Mowa jest srebrem, warczenie złotem…
 Oceń wpis
   

Zacznijmy od starego, żenującego dowcipu:

Facet poderwał babkę, która miała bardzo długie włosy zaplecione w warkocze. Baraszkują w łóżku i on przez przypadek jakąś tak się niefortunnie oparł, że mocno ją za fryzurę pociągnął.
Ona: „Auuu! Warkocz!”
On: „Wrrrrr! Wrrrr!”

Niektórzy już się pewnie domyślili, że skoro warkot, to będzie o tak lubianej na dzikonomice motoryzacji. To prawda, acz o rzeczach dużo lżejszego kalibru niż afera Volkswagena, której też pewnie poświęcimy osobny felieton za jakiś czas. Dziś skupimy się na odgłosach, które się wydobywają spod maski – albo też, jak się zaraz okaże – nie tylko spod maski.

Dawnymi czasy wsłuchiwanie się kierowcy w odgłos pracy silnika i układu napędowego miało spore znaczenie praktyczne, można wręcz rzec, że było istotnym elementem sztuki prowadzenia pojazdu. Doskonale zobrazował to w 1939 roku John Steinbeck w swoich „Gronach gniewu” opisujących exodus wywłaszczonych farmerów do Kalifornii. Od sprawności rozklekotanej ciężarówki zależał tam los trzypokoleniowej rodziny – kierowca musiał dokładnie monitorować odgłosy dochodzące spod maski, by zainterweniować zawczasu, zanim coś się przegrzeje lub ostatecznie rozleci.

Od tamtych czasów wiele się zmieniło – o groźbie awarii informują zapalone kontrolki czy komunikaty komputera pokładowego; same zaś odgłosy silnika straciły czysto utylitarną funkcję i stały się, w zależności od preferencji kierowców, albo niepożądanym szumem albo miłym uchu pomrukiem. Kierowcy, którzy pożądają ciszy w kabinie, generalnie nie mają na co narzekać, o ile dysponują jako-tako zasobnym portfel. Jednak ci, dla których ryk potężnego silnika jest najprzyjemniejszą muzyką i zarazem magnesem na spacerujące w pobliżu top-modelki, mają ostatnimi czasy powody do niezadowolenia.

Moda na ekologię (jednak całkiem od afery VW nie uciekniemy) nie oszczędziła również samochodów sportowych i tzw. supersportowych, co jest swego rodzaju absurdem – spadek spalania aż o całe pięć litrów na sto km oznacza oszczędności rzędu piętnastu-dwudziestu złotych dziennie, tymczasem dzienna amortyzacja (utrata wartości) takiego auta sięga ładnych kilkuset złotych. Tak czy owak, silniki aut sportowych mają być oszczędniejsze, są więc coraz mniejsze, coraz bardziej naszpikowane nowinkami technicznymi, a przez to… nie mruczą już tak, jak kiedyś.

Kierowca wydający na sportowe auto jakieś pół miliona złotych (albo więcej) oczekuje doznań na najwyższym poziomie, w tym miłej dla ucha reakcji silnika na gaz. Ponieważ jednak nowoczesne jednostki mu tego nie zapewniają, producenci pozwalają sobie na drobne oszustwo – odgłos sinika sztucznie wzmacniany/generowany przez głośniki systemu audio. Warto też nadmienić, że sztuczne poprawianie dźwięku w kabinie załatwia (o ile załatwia) tylko połowę problemu, bo aspekt „bulwarowego lansu” czy „podrywu na silnik” jak nie działał, tak dalej nie działa. Co ciekawe, sam pomysł nie jest nowy, proste gadżety generujące pomruk potężnej V8-ki w miejskim autku istniały już dawno i uchodziły… – jakżeby inaczej – za szczyt obciachu, a nie nowinkę techniczną. Awangardą we wprowadzaniu takich rozwiązań okazał się koncern BMW, doprowadzając wielu zagorzałych fanów do wściekłości i desperackich ingerencji w elektronikę auta.

Sztuczne wzmacnianie odgłosu silnika w kabinie stosuje też Lexus, i to choćby w nowej sportowej limuzynie GS-F, której wolnossący pięciolitrowy silnik – i to jest chyba w całej sprawie najbardziej intrygujące – uchodzi za dobrze brzmiący sam w sobie. Lexus na dodatek wcale się z tym rozwiązaniem nie kryje, wręcz przeciwnie, wymienia je jako jeden z ważniejszych atutów w auta w materiale promocyjnym. W stosunku do sytuacji z BMW mamy zatem istotną zmianę paradygmatu – poprawia się coś, co jest samo w sobie dobre, i wcale się z tym nie kryje:

lexusenthusiast.com/2015/09/16/video-lexus-gs-f-key-performance-features/

W czym problem – padnie teraz fundamentalne pytanie – czy nie ważne jest to, że miły dźwięk dociera do uszu kierowcy? Oczywiście znajdą się tacy, którym to nie przeszkadza. Tak samo jak znajdą się tacy faceci, którym nie przeszkadza, że ich partnerka udaje orgazm. Tym bardziej, że przecież technicznie jest wykonalne, by taki udawany orgazm był bardziej ekstatyczny od prawdziwego – i potem można się pochwalić przy piwie „udawany orgazm mojej żony jest głośniejszy i dłuższy od szczytowania sąsiadki za ścianą”.

Czy może jednak nie bardzo…

Warto zajrzeć tutaj: America’s best-selling cars and trucks are built on lies...

Problem okazuje się zatem dość fundamentalnej natury – wyboru między niedoskonałą twardą rzeczywistością a „doskonalszą” ułudą. Wyboru, który tylko częściowo dokonujemy sami, a coraz chętniej robią to za nas rządy, media i korporacje – w imię oszczędności, politycznej poprawności, czy walki o rząd dusz. Sprawa jest dość skomplikowana, bo można argumentować, że cały rozwój cywilizacyjny jest w jakimś sensie ucieczką człowieka od natury. Marudzenie na sztuczny dźwięk w aucie jest tak samo sensowne – powie ktoś – jak egzystencjalny lęk farmerów we wspomnianych „Gronach gniewu” przez bezdusznym traktorem zastępującym konia. Mimo wszystko byłbym skłonny uznać, że lęk przed wirtualizacją jest czymś jakościowo innym niż lęk przed techniką – zresztą w tej samej książce Steinbecka mamy świadectwo młodego kierowcy, który zajrzenie pod maskę superluksusowego Cadillaca V-16 opisuje niemal jako mistyczną ekstazę. Technika jako taka może nas skłaniać do podejmowania nowych wyzwań, jak choćby podbój kosmosu. Wirtualizacja, odwrotnie, ma nam zapewnić zaspokojenie tu i teraz – bez wysiłku, bez ryzyka, bez interakcji z innymi ludźmi. Tu choćby leży problem z wirtualnym seksem: nie chodzi tam li tylko o jego (nie)przyzwoitość, ale o to, że przez wieki i tysiąclecia pożądanie kobiet z krwi i kości było wielką siłą napędową władców, innowatorów, artystów. Czy na pewno można ją zastąpić rywalizacja o liczbę zaliczonych wirtualnych laseczek?

Jestem oczywiście realistą i zdaję sobie sprawę, że pewnych trendów odwrócić się nie da. Nie ma dla nas powrotu do wierzchowców, lepianek i odręcznych map na garbowanej skórze, ale możemy pozostać czujni – odsiewać te nowinki, które ułatwiają i umilają życie, od tych, które są życia surogatem. To nie będzie łatwe, bo różnym wielkim „po tamtej stronie” zależy, byśmy bezrefleksyjnie łykali pigułki, czyniące z nas rozleniwionych niewolników w imię naszego rzekomego dobra.  Doprawdy, nie dajmy sobie wmówić, że udawany orgazm jest lepszy, skoro głośniejszy.

Komentarze (0)
Gwałt jako miara postępu Kto tak naprawdę stoi za...

Komentarze

Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne