Banalna historyjka z podwójnym morałem
 Oceń wpis
   

Tradycyjnie zapraszam do odwiedzenia i polubienia Dzikonomiki na Facebooku – tam dzieje się sporo więcej niż na blogu:

https://www.facebook.com/dzikonomika

Dawno nic nie było o samochodach, a więc...

Spacerując sobie ostatnio, przechodziłem koło czerwonego Opla Corsy C (czyli ta wersja, na której w Warszawie szkolono na prawo jazdy). Kiedyś były bardzo popularne na ulicach, teraz niewiele się ich ostało, pewnie rdza zżarła. Taka właśnie czerwona Corsa to był mój pierwszy samodzielnie nabyty samochód, więc jakiś tam sentymencik się w łepetynie zakręcił. Nie uszło wszak przy tym mojej uwadze, bo starczyło nie być ślepym, że z ta czerwienią mijanego auta jest coś nie tak – to znaczy każdy element, błotnik, maska, lusterko miał trochę inny odcień, różnica widoczna gołym okiem. No taki monochromatyczny patchwork poniekąd. Gdyby auto było na sprzedaż, nabywcy od razu powinna zapalić się w głowie czerwona (nomen omen) lampka...

... a gó[cenzura] prawda!

Przemyślmy to bowiem raz jeszcze – nie trzeba być macherem z Pleszewa, każdy średnio ogarnięty lakiernik tak szrota-składaka odpicuje, aby lakier promieniał jednolitością. No dobra - powie ktoś - jeśli to auto nie jest złożone z pięciu innych, to czemu tak wygląda? Fachowa odpowiedź brzmi, jakżeby inaczej: ten typ tak ma. Czerwony ów lakier, o ile pamiętam, nazywał się malowniczo Tizian Red, choć powinien raczej Picasso Red (no ale to był Opel, nie Citroën). W swoim aucie też ten problem miałem - co element, to inny kolor, tak się kubistycznie starzał.

Przesadnie mi to nie przeszkadzało, ale stanowiło niewątpliwy problem przy odsprzedaży, bo każdy kupujący niemal od razu podejrzewał nie wiadomo jaką masakrę w historii auta. A tymczasem przy badaniu miernikiem grubości lakieru wszystko pięknie, cienko, firmowo. Taki to już specyficzny urok branży motoryzacyjnej, że jeśli coś wygląda źle, to paradoksalnie, zapewne nie jest najgorzej. Nota bene, czerwone lakiery wydają się jakieś generalnie pechowe, jakiś czas temu spore problemy miało Mitsubishi w modelu Lancer - lakier tak odpryskiwał, że samochody przypominały muchomorki, a konsumenci straszyli pozwami.

Taka to średnio fascynująca historyjka z umiarkowanymi zwrotami akcji, ale za to mamy dwa morały:

1) nie wszystko kupa, co śmierdzi (zob. też „durian”)

2) red is bad

 

Komentarze (0)
Kto tak naprawdę stoi za... Jak to jest z tym wiekiem...

Komentarze

Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne