Gwałt jako miara postępu
 Oceń wpis
   

Rocznica 11 września 2001 to dobry moment na wpis o multi-kulti.

Przy okazji zamieszania z uchodźcami, trwa debata o mniejszość muzułmańskiej w Europie. Pojawia się tam ciekawy casus Szwecji, kraju, który obecnie przoduje w Europie a nawet na świecie w statystykach przemocy wobec kobiet – szczególnie szokujący jest wskaźnik gwałtów, w którym Szwecja z ponad sześćdziesięcioma przypadkami na sto tysięcy mieszkańców deklasuje nawet kraje trzeciego świata:

Co więcej, w przeciwieństwie do większość państw rozwiniętych, wskaźnik ten tam systematycznie rośnie, zamiast spadać. Jedni winią za to politykę multikulturowości, sugerując, że to muzułmańscy imigranci są odpowiedzialni za wzrost liczby gwałtów w ostatnich czterdziestu latach o 1400%.

Zwolennicy mutlikulturowości argumentują zaś, że powyższe statystyki są całkiem nieadekwatne, gdyż:

1.    Liczba raportowanych gwałtów zależy od świadomości społecznej, generalnie im społeczeństwo bardziej postępowe i rozwinięte w wymiarze równości płci (Szwecja przoduje w gender equality index) tym większa liczna raportowanych aktów przemocy.

2.    Definicja gwałtu zmienia się w czasie i różni między jurysdykcjami. W Szwecji wielokrotny gwałt na ten samej osobie liczy się jako kilka, a sama definicja przemocy seksualnej jest dość inkluzywna, stąd taka liczna raportowanych incydentów.

Niektórzy, jak bloger slwstr dodają jeszcze taki:

3.    Skoro w krajach bez imigrantów liczba gwałtów jest mała, w krajach muzułmańskich liczna gwałtów jest mniejsza, to jakim cudem w mieszanym miałaby być tak duża?

Zwolennikom trzeciego argumentu polecam wziąć pod rozwagę problem jeszcze bardziej fundamentalny: skoro mamy bardzo mało gwałtów kobiet na kobietach, niewiele gwałtów mężczyzn na mężczyznach, to jakim cudem jest tyle gwałtów mężczyzn na kobietach? Doprawdy, czy to tak trudno uwierzyć, że w pewnych kulturach tknięcie siostry sąsiada kończy się poderżniętym gardłem, ale jednocześnie gwałt na żonie obcego to powód do przechwałek przy kubeczku kumysu?

A teraz dzikonomicznie weźmy się za liczby:

Raportowanie i definicja gwałtów

Po pierwsze, teoria o tym, że Szwedki są szczególnie skłonne do zgłaszania gwałtów jest myśleniem życzeniowym bez podparcia w danych. Według szacunków Brå(Szwedzkiego Urzędu do Zapobiegania Przestępczości) zgłaszanych jest tylko około 20% gwałtów. Wiki zestawia to z np. szacunkiem 25% dla Wielkiej Brytanii. National Institute of Justice oraz fundacja RAINN szacują odsetek zgłoszeń w USA na ca. 31%.

W dalszego analizie bardzo przydatne okaże się odróżnienie gwałtu dokonanego przez osobę całkiem obcą ofierze (nazwijmy to rodzajem I, klasyczny model zbira nocą w parku) oraz gwałtu przez osobę znaną ofierze – kolegę z pracy, sąsiada, kogoś z rodziny (rodzaj II). Badacze problematyki przemocy seksualnej są zgodni, że gwałtów II rodzaju jest popełnianych dużo więcej, a także, że zawsze były one mniej chętnie zgłaszane, choć ta dysproporcja stopniowo maleje. Cytując NIS.GOV:

Among victims, the biggest increase in reporting was in cases where women had been attacked by people they knew. Historically, such cases had been much less likely to be reported.

Wg RAINN, w USA zgłaszane gwałty II rodzaju stanowią około 82% całości zgłaszanych gwałtów. Dane dla UK (Home Office: An Overview of Sexual Offending in England and Wales) mówią nawet o 90%. Analogiczny udział w gwałtach popełnianych musi być jeszcze większy przez wspomniany wyżej reporting bias. Zastanówmy się zatem, jaki będzie efekt większej śmiałości kobiet w zgłaszaniu przemocy i szerszej definicji prawnej,  wprowadzającej choćby pojęcie gwałtu małżeńskiego, czy liczącej gwałt seryjny jako kilka incydentów? Oczywistym efektem będzie bardzo wysoki udział gwałtów II rodzaju w zgłaszanych incydentach. W Szwecji tymczasem (znów oficjalne dane Brå):

Most of the sexual offences are committed in a public place (50%), and the perpetrator(s) are most often unknown to the victim (63%).

https://en.wikipedia.org/wiki/Rape_in_Sweden
 

Oooops!

 

Odsetek 63% gwałtów I rodzaju to zaskakująco wysoki wskaźnik (przypomnijmy, oczekiwalibyśmy co najwyżej 20%). W połączeniu z rzekomym świetnym raportowaniem gwałtów II rodzaju, to jest szokująco wysoki wskaźnik. Jakimś dziwacznym trafem, w przeciwieństwie do reszty cywilizowanego świata, Szwedki są gwałconego nie przez kolegów z pracy, mężów, czy krewnych, ale całkiem obcych facetów w ciemnych zaułkach.
 

Tożsamość sprawców

Otóż jest to w Szwecji wielkie tabu i rzecz zamiatana pod dywan. Mamy choćby takie kwiatki:

•    Raport Brå z 1996 roku wskazywał choćby, że imigranci z Północnej Afryki popełniają proporcjonalnie nawet 23 razy więcej gwałtów niż rodowici Szwedzi.

http://www.gatestoneinstitute.org/5195/sweden-rape

•    W 2005 dane o pochodzeniu etnicznym sprawców były już utajnione. Pojawiające się w Internecie przecieki sugerują, że dwuprocentowa subpopulacja imigrantów popełnia ponad 70% gwałtów. Oczywiście można takie źródło kwestionować, ale np. oficjalne statystyki dla sąsiedniej Danii też podają nadzwyczaj duży (ponad 50%) udział osób imigranckiego pochodzenia w popełnianych gwałtach.

https://muslimstatistics.wordpress.com/2015/03/19/sweden-77-6-percent-of-all-rapes-in-the-country-committed-by-muslim-males-making-up-2-percent-of-population/

http://www.infowars.com/feminists-mute-on-muslim-rape-epidemic-sweeping-europe/

•    Szwedzki polityk Michael Hess został skazany na karę więzienia w zawieszeniu za przytaczanie informacji na temat skali gwałtów popełnianych przez imigrantów. Sąd uznał, że prawdziwość przytaczanych danych jest irrelewantna dla oceny takiego postępowania jako szerzenie nienawiści.

http://conservative-headlines.com/2014/05/swedish-politician-convicted-of-a-crime-for-posting-statistics-about-rape-on-facebook/

•    Gdy gang złożony sześciu Somalijczyków i jednego Irakijczyka (nieposiadających szwedzkiego obywatelstwa) dokonał brutalnego gwałtu na fińskim promie, szwedzkie mainstreamowe media i tak napisały, że sprawcami byli „Swedish man”…

Co z tego wynika?


Mamy zatem drastyczną, choć zamiataną pod dywan nadreprezentację imigrantów w popełnianych w Szwecji gwałtach. I teraz wróćmy do wcześniejszej statystyki – zaskakująco wysokiego odsetka gwałtów I rodzaju. Te dane są ze sobą spójne! Dokładnie czegoś takiego oczekiwalibyśmy w sytuacji, gdy jakaś niezasymilowana męska mniejszość wykazuje szczególną agresję seksualną wobec kobiet z większości. Natomiast całkiem odmiennych statystyk oczekiwalibyśmy, gdyby miały się potwierdzić spekulacje (i tylko spekulacje) o bardzo wysokiej skłonności do zgłaszania gwałtów czy kluczowej roli poszerzonej definicji gwałtu.

Skoro już jest tak niewesoło, to może przynajmniej szwedzki wymiar sprawiedliwości surowo karze sprawców przemocy seksualnej? O nie, próżne nadzieje, nawet Amnesty International w 2009 roku skrytykowała Szwecję za zaskakująco niski odsetek skazań za przestępstwa seksualne. Porównajmy zresztą Szwecję do USA. Według RAINN, co piąte zgłoszenie gwałtu kończy się aresztem, a co szesnaste wyrokiem więzienia. W Szwecji w 2007 przy 30000 zgłoszonych gwałtów, do więzienia trafiło 216 osób (jeden skazany na sto czterdzieści zgłoszeń). Cynicznie rzec by można „hulaj fallus, kary nie ma”… Tak oto się okazuje, że straszne patriarchaty czy systemy kastowe mogłyby się uczyć rozgrzeszania sprawców i obwiniania ofiar od postępowego multi-kulti…

Na końcu jeszcze warto się wytłumaczyć z tytułu. Otóż sugerowano jeszcze jedno, już nie metodologiczne wytłumaczenie nadzwyczajnej liczby gwałtów w Szwecji. Wytłumaczeniem tym miał być swoisty bunt szwedzkich mężczyzn przeciw emancypacji i wyrównanej pozycji kobiet – ot, Szwed nie radzi sobie z gender equality, więc z zemsty czy frustracji zaczyna gwałcić na potęgę (serio, nie ja to wymyśliłem). Tym samym, wielka liczba gwałtów miałaby być poniekąd miarą postępu polityki genderowej. Cóż, to ja jeszcze dwa razy pomyślę, czego właściwie mam życzyć Szwedkom i Szwedom…
 

Komentarze (0)
Meandry progresji podatkowej
 Oceń wpis
   

Na początek ogłoszenie  dla czytelników, którzy tu zaglądają przez BBlog.pl/Money.pl. Dzikonomika właśnie dorobiła się strony na Facebooku, zapraszam do polubienia i śledzenia – poza powiadomieniami o nowych felietonach będzie tam parę zakręconych stałych działów jak „dziku-haiku”, czy „żenujący dowcip konserwatywny”, a nawet surrealistyczne rebusy. Gorąco polecam:

Ad rem, czy o progresywnych podatkach:

Pewnie nikt mi nie uwierzy, bo jestem jedynym takim człowiekiem w paru równoległych wszechświatach, ale kiedyś wypowiadałem się ciepło o pewnych formach progresji podatkowej na łamach – uwaga, uwaga – „Najwyższego Czasu” (nie wierzycie, trudno, ale to prawda).  Zatem, można by rzec, temat jest mi bliski.

Progresja podatkowa jest ostatnio modna. Jednym z powodów jest pewnie fakt, że w języku angielskim „pogressive” znaczy również postępowy, więc jeśli popierasz progressive to jesteś progressive i very cool. Progresywny podatek dochodowy ze skrajną stawką 75% postuluje u nas pewna nowa lewicowa formacja, znana najbardziej z tego, że nie ma u siebie nikogo znanego. Prawo i Sprawiedliwość coś też przebąkuje, że jak dojdzie to władzy to doda do PIT-u trzeci próg podatkowy.

Łopatologiczną agitkę na rzecz progresji podatkowej pojawiają się też co jakiś czas w mediach głównego nurtu, nawet bardziej zachodnich niż rodzimych. Mamy zazwyczaj do czynienia z mocnym naginaniem pojęć, więc tak spróbuję co nieco dzikonomicznie sprawy wyprostować.

Po pierwsze, najprostszy argument za progresją „bogatsi powinni płacić więcej” jest oczywiście pomieszaniem z poplątaniem. Przy podatku proporcjonalnym bogaci płacą więcej – dwa razy tyle zarabiasz, dwa razy tyle płacisz. Proste jak drut. A zatem, uczciwie postawione pytanie brzmi: „Czy bogatsi powinni płacić ponad-proporcjonalnie więcej"?

Argumentów jest wiele. Zacznijmy od tych najmniej trafnych.

(1) Argument z więcej niż proporcjonalnych korzyści.

Bogaci powinni płacić ponad-proporcjonalnie więcej, bo ponad-proporcjonalnie korzystają z tworzonej z podatków infrastruktury. To jest tyleż urocza co oczywista nieprawda, a kwestie została opisana dawno tzw. prawem Aarona Directora. Najbogatsi w zdecydowanie mniejszym stopniu niż reszta społeczeństwa korzystają z państwowej edukacji, służby zdrowia, policji a nawet infrastruktury komunikacyjnej (mają własną, np. private jet). Gdyby to miało być kryterium, podatki powinny być regresywne, ba, wręcz z zerową stawką krańcową.

(2) Argument z malejącej krańcowej użyteczności majątku.

To bardzo sprytny argument, bo bazuje na obserwacji, z którą właściwie wszyscy się zgadzają (acz i tu są możliwe pewne paradoksy, jak utility monster Nozicka). Jak bułka dla zagłodzonego ma większą wartość niż ta sama bułka dla sytego, podobnie jeden dodatkowy dolar dla biedaka ma większą użyteczność niż jeden dodatkowy dolar dla bogacza. A zatem – powiadają progresiści – jeśli mamy milion dolarów, to dużo większe social welfare uzyskamy, przekazując je tysiącu biedakom niźli jednemu multimilionerowi. Oczywistość! Pozamiatane! Kurtyna…

Ale zaraz, zaraz – można by pomarudzić – ten milion dolarów to tak z nieba spadł, jakiś demiurg go zrzucił w kopercie? Nie, to tylko kolejna werbalna manipulacja, jak z tym „niepłaceniem więcej”. Punktem wyjściowym nie jest jakiś abstrakcyjny milion, ale bardzo konkretny milion jako krańcowy dochód multimilionera – dochód, który chcemy mu zabrać aby poprawić sumaryczny dobrobyt. Progresistom bardzo zależy, by kwestię podatków sprowadzić do abstrakcyjnej kalkulacji, ale tak się nie da – mamy tu kwestie praw, integralności, sprawiedliwości w różnych, niekoniecznie utylitarnych wymiarach.

By zilustrować, gdzie leży problem, weźmy inny, bardzo wyraźmy casus malejącej użyteczności krańcowej – narządy parzyste. Użyteczność pierwszej zdrowej nerki jest wielokroć wyższa niż drugiej. Pierwsza nerka – to życie, druga – taki tam backup. Większość ludzi ma obie nerki zdrowe, ale są tacy, którzy nie mają żadnej – a zatem przeszczep nerki w oczywisty sposób poprawia social welfare, poprawia radykalnie, dużo bardziej niż jakiś tam transfer majątku. Dlaczego zatem progresiści nie postulują obowiązkowych przeszczepów narządów parzystych? A może jacyś postulują, tylko trochę się wstydzą powiedzieć, to wówczas przepraszam. Jest i wiele innych przykładów, mniej spektakularnych, ale też mocnych, np. dziesiątek dziecko w jednej rodzinie i bezdzietność w drugiej.

Widać zatem, że rachunek utylitarny to jeszcze za mało do progresji podatkowej – potrzebne są dodatkowe założenia o prawach jednostki. Choćby takie, czy dolary Kowalskiego są jego własnością, czy może raczej własnością państwa-hegemona, które łaskawie określa, jaką częścią owoców swej pracy Kowalski może dysponować.

Podsumowując, argument o malejącej użyteczności krańcowej, owszem, ma ekonomiczny sens – ale uczciwie trzeba dodać, że jest obciążony bardzo nieciekawą, totalitarną i depersonalizującą jednostkę filozofią.

(3) Argument z różnic majątkowych.

Ten argument bywa wstydliwie przemilczany, choć nie wiem czemu, bo na tle pozostałych jest całkiem niegłupi. Chodzi w skrócie o to, że ludzie oceniając własny dobrostan (subjective well-being) bazują w większym stopniu na porównaniach z innymi niż na wskaźnikach obiektywnych – to dość uniwersalna prawidłowość, wielokrotnie potwierdzana w badaniach psychologicznych. Innymi słowy, „najbogatszy” żebrak na przecznicy odczuwa większą satysfakcję życiową niż „najuboższy” mieszkaniec luksusowego apartamentowca. Istnienie w społeczeństwie osób bardzo bogatych wpływa zatem negatywnie na dobrostan uboższej mniejszość, co – zdaniem progresistów – implikuje postulat obniżania różnic majątkowych, czemu służą choćby progresywne skale podatkowe.

Argument z różnic majątkowych jest nieco podobny do argumentu z malejącej krańcowej użyteczność. Niemniej, bazuje raczej na psychologii i etyce niż bezdusznym rachunku utylitarnym. Silne antagonizmy społeczne osłabiają państwo od wewnątrz, zatem ich łagodzenie można uznać za niegłupią strategię, niezależnie od sympatii ustrojowych. Jednakowoż, warto sobie zadać pytanie, czy psychologiczna podbudowa polityki nie powinna się raczej opierać na promowaniu cnót a nie zaspokajaniu przywar? Pompowanie dobrostanu większości przez przycinanie dochodów mniejszości jest w końcu instytucjonalizacją zawiści, czyli bardzo paskudnej cechy charakteru. Warto w tym momencie przypomnieć lewicowym progresistom, że oni sami stanowczo odrzucają argument przeciw związkom homoseksualnym oparty na konstatacji, że „to obrzydliwe dla wierzącej większości”. Ale to przecież ta sama kategoria, co argument, że „bogactwo bogatych kłuje w oczy ubogich”.   

Dyskomfort związany z nierównościami majątkowymi jest, owszem, zjawiskiem uniwersalnym, ale nie wszędzie tak samo nasilonym. Pokazuje to doskonale poniższy wykres z raportu OECD – jak widać, korelacja między rzeczywistą skalą nierówności (mierzoną współczynnikiem Giniego) a postrzeganiem różnic majątkowych jak „zbyt dużych” jest właściwie zerowa:

http://www.oecd.org/site/progresskorea/44109816.pdf

A zatem, z psychicznym dyskomfortem związanym z nierównością można by walczyć nie tylko redystrybucją, ale również uwielbianą przez lewicę inżynierią społeczną. Przywary takie jak zawiść warto chyba wyplenić z oświeconego społeczeństwa, nieprawdaż?

(4) Argument z równych szans.

To dość popularny i uniwersalny argument nie wprost, o mocnej podbudowie filozoficznej (jak słynny eksperyment myślowy Johna Rawlsa z "kurtyną  niewiedzy"). Na takim poziomie ogólności, argument ten jednak cierpi na podobną słabość co argument z malejącej użyteczność – jest zbyt abstrakcyjny i ignoruje pewne całkiem naturalne elementy społecznego porządku jak prawa własności. Niemniej, na poziomie bardziej szczegółowym jest wart rozważenia.

Podnoszenie kwestii równych szans (fairness) w kontekście podatku dochodowego bazuje na mniej-więcej takim rozumowaniu: szczęściarz zarabia więcej, ponieważ miał zapewniony lepszy start (np. bogatych rodziców, którzy zapewnili mu lepsze wykształcenie i kapitał na rozkręcenie biznesu), a zatem powinno się mu jakoś „ściąć tę nadwyżkę”, by nieco podnieść szanse innych aspirantów w „kolejnym cyklu rozliczeniowym”. Jest wiele problemów z takim rozumowaniem – choćby taki, że bazuje ono na dość wybiórczej i prehistorycznej wizji funkcjonowania gospodarki:

Po pierwsze, nowoczesna gospodarka zawiera naprawdę duży czynnik niepewności. Lewica fascynuje się wyciąganiem faktów typu, że „a ten miliarder to jednak nie zaczynał jako pucybut, bo miał bogatego wujka” nie zauważając, że jednak bardzo wiele dzieci bogatych rodziców nie tylko własnej fortuny nie zbija, ale nawet uszczupla tę rodzinną.

Po drugie, we współczesnym świecie sukces jest coraz bardziej oparty na wymiarze niematerialnym, a więc niepowiązanym z odziedziczonym kapitałem. Łatwość kreowania wartości w sferze intelektualnej owocuje systemem, który Nassim N. Taleb nazwał extremistanem (od ekstremalnie skośnego rozkładu wyników). Weźmy choćby taką literaturę – dyscyplinę, w której ani odziedziczony majątek, ani wykształcenie nie są żadnymi gwarantami sukcesu. I co się okazuje: w USA „Top 20” bestselerów (sporo mniej niż 0,1% wszystkich tytułów na rynku) generuje połowę całkowitej sprzedaży. Toż to chyba większe nierówności niż w Starożytnym Egipcie!

Trudno zatem argumentować, że zabieranie człowiekowi sukcesu większej części owoców jego pracy jest dbałością o fairness. Jeśli ktoś jest bardzo przywiązany do samej idei, to powinien ją realizować w bardziej adekwatny sposób, np. przez bezwyjątkowy podatek od spadków i darowizn (warto tu przypomnieć poglądy Johna Stuarta Milla, który będąc zaciekłym przeciwnikiem podatku dochodowego był jednocześnie wielkim orędownikiem podatku od spadków jako metody przeciwdziałania szkodliwej koncentracji majątku).

Przejdźmy jeszcze szybko do rysu historycznego – zwykle powinien on być na początku, ale tutaj bardziej pasuje przy końcu, po analizie argumentów za progresją. Fakt, można się spotkać z twierdzeniem, że  podatek progresywny nie jest żadnym wymysłem współczesnej lewicy, ale rzeczą właściwie tak starą jak ludzka cywilizacja. W takich, na ten przykład, Starożytnych Atenach, istniały pewne obciążenia dotyczące tylko garstki najbogatszych obywateli, którzy na do dodatek z dumą je płacili. To, co jest skrzętnie przemilczane przy podobnych casusach, to realizacja zasady taxation with representation. Opodatkowanie bogatych przy istnieniu jednocześnie cenzusu majątkowego jest sytuacją całkiem odmienną co do praktyki i idei od każdego z wymienionych wyżej powodów do progresji, nieprawdaż? W takim układzie podatek płacony dumnie przez najbogatszych jest raczej rodzajem ustrukturyzowanej jałmużny niż podatkiem we współczesnym rozumieniu tego słowa.

A jak już jesteśmy przy historii, to warto wspomnieć o pewnej bardzo specyficznej formie progresji w podatku dochodowym, która jest skrzętnie przemilczana przez progresistów. Zwała się ona niewolnictwem. Ekonomicznie rzecz biorąc, pełne niewolnictwo to układ, w którym pan opodatkowuje pracę niewolnika podatkiem progresywnym z najwyższą stawką 100% powyżej minimum egzystencji (napisałem „pełne”, bowiem istniały i inne układy – wykształcony niewolnik w starożytnym Rzymie niekiedy zatrzymywał jakąś nadwyżkę i ostatecznie wykupywał się z niewoli). Jest w tym rozumowaniu – niewątpliwie – kropla sofistyki, ale jest też pewna intuicja. Choćby taka, ze podział owoców pracy między niewolnikiem a panem nie podlega negocjacji – czyli całkiem jak między obywatelem a państwem. Krańcowa stawka podatkowa 75% jest zaś, jakby nie patrzeć, bliższa do wspomnianych niewolniczych 100% niż do 0% i to powinno jej zwolennikom dać co nieco do myślenia. Doprawdy, trudno na gruncie moralnym bronić systemu, który zakłada przymus oddawania komukolwiek i na jakikolwiek cel większości owoców swojej pracy.

Summa summarum, progresja podatkowa jest rzeczą oczywistą tylko wtedy, gdy przyjmiemy pewne, już całkiem nieoczywiste założenia, np. o maksymalizowaniu przez państwo arbitralnie wybranej funkcji użyteczności. Lewica uwielbia ukrywanie (przed)założeń i redefinicję pojęć, bo wtedy łatwo udowodnić, że proponowane recepty są jedynie słuszne. Na podobnej zasadzie wszelkie próby redukcji obciążeń podatkowych są dyskredytowane jako rzekomy „demontaż państwa”, całkiem jakby jakakolwiek rewizja jakichkolwiek zobowiązań była uniwersalnie szkodliwa (zatem lewicowy rząd nie mógłby również, na ten przykład, wypowiedzieć konkordatu).

Progresywny podatek dochodowy jest więc tematem zastępczym. Jeśli dacie się wciągnąć w debatę na jego temat bez sięgania głębiej, do założeń o prawach jednostki i roli państwa, to progresiści was rozwałkują. W innym przypadku, balonik nie jest już taki trudny do przekłucia.

 

Komentarze (0)
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne