A bo u innych to się sprawdziło...
 Oceń wpis
   

Zbliżają się wybory a z nimi niezawodne recepty na poprawę sytuacji w kraju. Polska lewica uważa własne państwo za zacofany zaścianek, prawica za opresyjne kondominium, toteż jedni i drudzy tęskno patrzą na Zachód, choć wzrok zatrzymują na całkiem odmiennych rzeczach. Połączenie kompleksu niższości z głęboką wiarą we własną błyskotliwość owocuje popularnym „argumentem-młotkiem”, że trzeba wprowadzić u nas to i owo, bo się na Zachodzie sprawdziło (albo też, że nie wolno u nas czegoś wprowadzać, bo się na Zachodzie nie sprawdziło).

Gdyby ktoś jednak powiedział, że skoro drzewka pomarańczowe tak ślicznie rosną w Sevilli, to można je również posadzić na Mazowszu, to ci sami mędrkowie popukaliby się w czoło. A różnica jest przecież tylko taka, że rzeczywistość społeczno-ekonomiczna Polski różni się od Zachodniej nawet bardziej niż różnią się uwarunkowania klimatyczne. Polityków tymczasem, tak z lewa jak i z prawa, kusi niesłychanie prymitywna wizja, że każde społeczeństwo to wystandaryzowane stół i zestaw kul bilardowych, gdzie wystarczy odpowiednio dobrać kąt i siłę uderzenia, by deterministycznie posłać kule w odpowiednie łuzy. Tak jednak nie jest.

Zacznijmy od bardzo prostego i pouczającego przykładu. Parę lat temu komisja „Przyjazne państwo” zaproponowała wprowadzenie na szeroką skalę tzw. autoakredytacji, czyli zastąpień zaświadczeń oświadczeniami – pomysł zaczerpnięty, a jakże, z rozwiniętych demokracji zachodnich. W szerokim zakresie spraw urzędnik miał wierzyć petentowi na słowo, co znacząco oszczędzałoby czas obu stronom i obniżało koszty transakcyjne biurokracji. Napisałem wówczas w felietonie na Money.pl, że u nas się to całkowicie nie sprawdzi i jak się szybko okazało, miałem rację. Polak bowiem, niestety, jeśli może coś bezkarnie zyskać ściemniając, to będzie ściemniał a nie dokładał cegiełkę do budowy społeczeństwa opartego na zaufania. Ludzie bez najmniejszej żenady kłamali choćby w tak oczywistej kwestii jak bycie samotną matką, jeśli dawało to dodatkowe punkty przy rekrutacji dziecka do państwowego przedszkola. Przez to niesamotni idealiści, którzy składali prawdziwe oświadczenia, byli na podwójnie przegranej pozycji.

Regulacje powinny uwzględniać specyfikę społeczeństwa, w którym mają obowiązywać, powinny kanalizować energię tegoż, a nie iść na przysłowiową „czołówkę”. Polacy są narodem przekornych kombinatorów – to po prostu fakt, a nie zarzut. Prawo u nas powinno być maksymalnie proste, surowe i odporne na arbitraż, nawet jeśli przez to boleśnie „niesubtelne” i „niezniuansowane”. Ściganie się z własnym społeczeństwem, o czym marzy postępowa lewica, za pomocą spiętrzania regulacji i mnożenia urzędników jest potwornym marnotrawstwem energii i zasobów.

Jakby powyższego było mało, argument „bo u innych jest tak fajnie” bywa po prostu nieprawdziwy. Dobrym przykładem jest bezmyślne (acz na szczęście jeszcze dość nieśmiałe)  promowania u nas samochodów czy autobusów elektrycznych jako rzekomo ekologicznych. Ekologiczność pojazdu elektrycznego nie jest jakąś jego immanentną cechą, ale pochodną ekologiczności energii, którą się taki pojazd ładuje. W Norwegii, Francji, ewentualnie Kalifornii, energy grid jest czysty bądź dość czysty, oparty na wodzie bądź atomie. Generalnie udział energii ze spalania kopalin winien być niższy niż 50%, by rzeczywista emisja pojazdów elektrycznych i spalinowych się zrównywała. Zatem w Polsce, gdzie przytłaczająca większość energii pochodzi z węgla, pojazdy elektryczne nie tylko nie powinny być promowane, ale powinny być wręcz zabronione, bo trują nawet bardziej od benzynowych i dieslowskich gruchotów.

Innym, dosadniejszym przykładem na bujanie w chmurach wysoko ponad faktami jest próba przeszczepienia na polski grunt różnych regulacji z postępowej Skandynawii dotyczących wyrównywania szans kobiet. Trick jednak polega na tym, że jak sięgniemy po twarde dane, to okazuje się, że rozpiętość średnich zarobków kobiety i mężczyzny (gender wage gap) jest w Polsce wyraźnie mniejsza niż w Szwecji czy Niemczech, a zatem może warto bez uprzedzeń podumać, czego oni się mogą nauczyć od nas, raczej niż odwrotnie. Podobnie rzecz się ma z przemocą wobec kobiet, wielokrotnie większą w takiej Szwecji niźli u Polsce. Lewica ma tymczasem ogromny problem ze zrozumieniem, że nie ocenia się regulacji po tym, jak bardzo postępowe są na papierze.

Problem zaszczepiania poważniejszych regulacji na danym gruncie to coś, co w naukach społecznych nazywamy zależnością od ścieżki (path dependence). Warto tu wspomnieć tym razem prawą stronę sceny politycznej, zafascynowaną liberalizmem USA w kwestii posiadania broni. Choć sam uważam to prawo za bardzo istotny element wolności obywatelskiej, zdaje sobie sprawę, jak ekstremalnie trudne byłoby przeszczepienie go na rodzimy grunt. Przepaść oddziela społeczeństwo, gdzie łatwo dostępna broń palna jest elementem tradycji, od społeczeństwa, gdzie broń palna stałaby się łatwo dostępna z dnia na dzień. Uzbrojenie Polaków to pomysł zacny, jednak konia z rzędem temu, kto wymyśli na to sensowną ścieżkę.

Co bystrzejszy czytelnik zarzuci mi teraz niekonsekwencje, bo raz mówię o tym, że regulacja mają być dostosowane do społeczeństwa, a zaraz potem o tym, że odpowiednią ścieżką regulacji można społeczeństwo do broni palnej „przygotować”. Różnica między jednym a drugim przypadkiem jest jednak dość oczywista: tak jak różnica między przymuszaniem młodego miłośnika motoryzacji, aby został rowerzystą, a wymaganiem od niego, by zanim wyjedzie na drogę publiczną, uzyskał prawo jazdy. 

Zasada „a bo u innych to się sprawdziło” jest zresztą ogólniejszym przypadkiem fałszywej analogii, najmodniejszego chwytu erystycznego współczesnej Realpolitik. Widać do dobrze w paru gorących aktualnych debatach, ale to już temat na innych felieton.

----------

Tradycyjnie zapraszam do odwiedzania i polubienia profilu dzikonomiki na Facebooku:

www.facebook.com/dzikonomika

Komentarze (0)
Dwanaście gwiazdek w gulaszu...
 Oceń wpis
   

Modne ostatnimi dniami stało się - w zależności od orientacji polityczno-światopoglądowej - wieszanie psów na węgierskim rządzie Victora Orbana albo, wręcz przeciwnie, wychwalanie go pod niebiosa. Pisząc nieco dialektycznie, muszę przyznać, że każda ze stron ma rację, a wynika to z faktu, że racja jest jak… no sami wiecie co.

Przy całej mojej sympatii dla konserwatyzmu i prawicy, jakoś nie palę się, aby dołączyć do chórku Orbanofilów, których dwa podstawowe argumenty uważam za dość słabe.

Pierwszy argument brzmi tak: Orban jest nielubiany z powodów nie tyle merytorycznych, co „obyczajowych”. Otóż takie rozróżnienie nie ma sensu. Unia Europejska to nie dawna Wspólnota Węgla i Stali, to projekt w równym stopniu ideologiczny, co ekonomiczny. Jak ktoś wstąpił i chce być w Unii, to musi zdawać sobie sprawę z takiego dobrodziejstwa inwentarza. Fajnie byłoby dostawać dopłaty czy subwencje i jednocześnie nie przejmować się Naturą 2000, moratorium na karę śmierci itd. itp., ale tak się nie da.

Wstępując do Unii, Węgrzy zgodzili się, że gulasz od tego momentu będzie doprawiany dwunastoma gwiazdkami. Widziały gały, co brały, na co głosowały, jaki traktat podpisywały… Jak się komuś taki układ nie podoba, to niech z UE wystąpi i zwiąże się np. z Turcją, a nie jęczy oburzony, że cytryna jest kwaśna.

Drugi popularny argument brzmi: Orbanowi wszystko by ładnie wyszło, gdyby nie lewicowy spisek, który mu rzuca kłody pod nogi. Nawet jeśli założymy (mocno optymistycznie), że to prawda, to… nie jest to żadne usprawiedliwienie dla niepowodzeń. Gdy ktoś idzie na wojnę z resztą świata, to niech się wcześniej odpowiednio uzbroi. Jak to świetnie ujął G.K. Chesterton, dobre chęci jako jedyna kompetencja sprawdzają się tylko u męczenników. A z dobrego męczennika nie będzie dobrego polityka.

Orban na trzy wyjścia: ugiąć kark, próbować wystąpić z UE, albo pójść na całość i samobójczo spróbować sprowadzić UE do standardów węgierskich, a nie odwrotnie. To trzecie byłoby bardzo, nie powiem, nadzwyczaj ciekawe. Natomiast bezproduktywne biadolenie, że zły lewicowy świat się przeciw nam sprzysiągł, nie ma większego sensu.

Komentarze (1)
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne