Mowa jest srebrem, warczenie złotem…
 Oceń wpis
   

Zacznijmy od starego, żenującego dowcipu:

Facet poderwał babkę, która miała bardzo długie włosy zaplecione w warkocze. Baraszkują w łóżku i on przez przypadek jakąś tak się niefortunnie oparł, że mocno ją za fryzurę pociągnął.
Ona: „Auuu! Warkocz!”
On: „Wrrrrr! Wrrrr!”

Niektórzy już się pewnie domyślili, że skoro warkot, to będzie o tak lubianej na dzikonomice motoryzacji. To prawda, acz o rzeczach dużo lżejszego kalibru niż afera Volkswagena, której też pewnie poświęcimy osobny felieton za jakiś czas. Dziś skupimy się na odgłosach, które się wydobywają spod maski – albo też, jak się zaraz okaże – nie tylko spod maski.

Dawnymi czasy wsłuchiwanie się kierowcy w odgłos pracy silnika i układu napędowego miało spore znaczenie praktyczne, można wręcz rzec, że było istotnym elementem sztuki prowadzenia pojazdu. Doskonale zobrazował to w 1939 roku John Steinbeck w swoich „Gronach gniewu” opisujących exodus wywłaszczonych farmerów do Kalifornii. Od sprawności rozklekotanej ciężarówki zależał tam los trzypokoleniowej rodziny – kierowca musiał dokładnie monitorować odgłosy dochodzące spod maski, by zainterweniować zawczasu, zanim coś się przegrzeje lub ostatecznie rozleci.

Od tamtych czasów wiele się zmieniło – o groźbie awarii informują zapalone kontrolki czy komunikaty komputera pokładowego; same zaś odgłosy silnika straciły czysto utylitarną funkcję i stały się, w zależności od preferencji kierowców, albo niepożądanym szumem albo miłym uchu pomrukiem. Kierowcy, którzy pożądają ciszy w kabinie, generalnie nie mają na co narzekać, o ile dysponują jako-tako zasobnym portfel. Jednak ci, dla których ryk potężnego silnika jest najprzyjemniejszą muzyką i zarazem magnesem na spacerujące w pobliżu top-modelki, mają ostatnimi czasy powody do niezadowolenia.

Moda na ekologię (jednak całkiem od afery VW nie uciekniemy) nie oszczędziła również samochodów sportowych i tzw. supersportowych, co jest swego rodzaju absurdem – spadek spalania aż o całe pięć litrów na sto km oznacza oszczędności rzędu piętnastu-dwudziestu złotych dziennie, tymczasem dzienna amortyzacja (utrata wartości) takiego auta sięga ładnych kilkuset złotych. Tak czy owak, silniki aut sportowych mają być oszczędniejsze, są więc coraz mniejsze, coraz bardziej naszpikowane nowinkami technicznymi, a przez to… nie mruczą już tak, jak kiedyś.

Kierowca wydający na sportowe auto jakieś pół miliona złotych (albo więcej) oczekuje doznań na najwyższym poziomie, w tym miłej dla ucha reakcji silnika na gaz. Ponieważ jednak nowoczesne jednostki mu tego nie zapewniają, producenci pozwalają sobie na drobne oszustwo – odgłos sinika sztucznie wzmacniany/generowany przez głośniki systemu audio. Warto też nadmienić, że sztuczne poprawianie dźwięku w kabinie załatwia (o ile załatwia) tylko połowę problemu, bo aspekt „bulwarowego lansu” czy „podrywu na silnik” jak nie działał, tak dalej nie działa. Co ciekawe, sam pomysł nie jest nowy, proste gadżety generujące pomruk potężnej V8-ki w miejskim autku istniały już dawno i uchodziły… – jakżeby inaczej – za szczyt obciachu, a nie nowinkę techniczną. Awangardą we wprowadzaniu takich rozwiązań okazał się koncern BMW, doprowadzając wielu zagorzałych fanów do wściekłości i desperackich ingerencji w elektronikę auta.

Sztuczne wzmacnianie odgłosu silnika w kabinie stosuje też Lexus, i to choćby w nowej sportowej limuzynie GS-F, której wolnossący pięciolitrowy silnik – i to jest chyba w całej sprawie najbardziej intrygujące – uchodzi za dobrze brzmiący sam w sobie. Lexus na dodatek wcale się z tym rozwiązaniem nie kryje, wręcz przeciwnie, wymienia je jako jeden z ważniejszych atutów w auta w materiale promocyjnym. W stosunku do sytuacji z BMW mamy zatem istotną zmianę paradygmatu – poprawia się coś, co jest samo w sobie dobre, i wcale się z tym nie kryje:

lexusenthusiast.com/2015/09/16/video-lexus-gs-f-key-performance-features/

W czym problem – padnie teraz fundamentalne pytanie – czy nie ważne jest to, że miły dźwięk dociera do uszu kierowcy? Oczywiście znajdą się tacy, którym to nie przeszkadza. Tak samo jak znajdą się tacy faceci, którym nie przeszkadza, że ich partnerka udaje orgazm. Tym bardziej, że przecież technicznie jest wykonalne, by taki udawany orgazm był bardziej ekstatyczny od prawdziwego – i potem można się pochwalić przy piwie „udawany orgazm mojej żony jest głośniejszy i dłuższy od szczytowania sąsiadki za ścianą”.

Czy może jednak nie bardzo…

Warto zajrzeć tutaj: America’s best-selling cars and trucks are built on lies...

Problem okazuje się zatem dość fundamentalnej natury – wyboru między niedoskonałą twardą rzeczywistością a „doskonalszą” ułudą. Wyboru, który tylko częściowo dokonujemy sami, a coraz chętniej robią to za nas rządy, media i korporacje – w imię oszczędności, politycznej poprawności, czy walki o rząd dusz. Sprawa jest dość skomplikowana, bo można argumentować, że cały rozwój cywilizacyjny jest w jakimś sensie ucieczką człowieka od natury. Marudzenie na sztuczny dźwięk w aucie jest tak samo sensowne – powie ktoś – jak egzystencjalny lęk farmerów we wspomnianych „Gronach gniewu” przez bezdusznym traktorem zastępującym konia. Mimo wszystko byłbym skłonny uznać, że lęk przed wirtualizacją jest czymś jakościowo innym niż lęk przed techniką – zresztą w tej samej książce Steinbecka mamy świadectwo młodego kierowcy, który zajrzenie pod maskę superluksusowego Cadillaca V-16 opisuje niemal jako mistyczną ekstazę. Technika jako taka może nas skłaniać do podejmowania nowych wyzwań, jak choćby podbój kosmosu. Wirtualizacja, odwrotnie, ma nam zapewnić zaspokojenie tu i teraz – bez wysiłku, bez ryzyka, bez interakcji z innymi ludźmi. Tu choćby leży problem z wirtualnym seksem: nie chodzi tam li tylko o jego (nie)przyzwoitość, ale o to, że przez wieki i tysiąclecia pożądanie kobiet z krwi i kości było wielką siłą napędową władców, innowatorów, artystów. Czy na pewno można ją zastąpić rywalizacja o liczbę zaliczonych wirtualnych laseczek?

Jestem oczywiście realistą i zdaję sobie sprawę, że pewnych trendów odwrócić się nie da. Nie ma dla nas powrotu do wierzchowców, lepianek i odręcznych map na garbowanej skórze, ale możemy pozostać czujni – odsiewać te nowinki, które ułatwiają i umilają życie, od tych, które są życia surogatem. To nie będzie łatwe, bo różnym wielkim „po tamtej stronie” zależy, byśmy bezrefleksyjnie łykali pigułki, czyniące z nas rozleniwionych niewolników w imię naszego rzekomego dobra.  Doprawdy, nie dajmy sobie wmówić, że udawany orgazm jest lepszy, skoro głośniejszy.

Komentarze (0)
A bo u innych to się sprawdziło...
 Oceń wpis
   

Zbliżają się wybory a z nimi niezawodne recepty na poprawę sytuacji w kraju. Polska lewica uważa własne państwo za zacofany zaścianek, prawica za opresyjne kondominium, toteż jedni i drudzy tęskno patrzą na Zachód, choć wzrok zatrzymują na całkiem odmiennych rzeczach. Połączenie kompleksu niższości z głęboką wiarą we własną błyskotliwość owocuje popularnym „argumentem-młotkiem”, że trzeba wprowadzić u nas to i owo, bo się na Zachodzie sprawdziło (albo też, że nie wolno u nas czegoś wprowadzać, bo się na Zachodzie nie sprawdziło).

Gdyby ktoś jednak powiedział, że skoro drzewka pomarańczowe tak ślicznie rosną w Sevilli, to można je również posadzić na Mazowszu, to ci sami mędrkowie popukaliby się w czoło. A różnica jest przecież tylko taka, że rzeczywistość społeczno-ekonomiczna Polski różni się od Zachodniej nawet bardziej niż różnią się uwarunkowania klimatyczne. Polityków tymczasem, tak z lewa jak i z prawa, kusi niesłychanie prymitywna wizja, że każde społeczeństwo to wystandaryzowane stół i zestaw kul bilardowych, gdzie wystarczy odpowiednio dobrać kąt i siłę uderzenia, by deterministycznie posłać kule w odpowiednie łuzy. Tak jednak nie jest.

Zacznijmy od bardzo prostego i pouczającego przykładu. Parę lat temu komisja „Przyjazne państwo” zaproponowała wprowadzenie na szeroką skalę tzw. autoakredytacji, czyli zastąpień zaświadczeń oświadczeniami – pomysł zaczerpnięty, a jakże, z rozwiniętych demokracji zachodnich. W szerokim zakresie spraw urzędnik miał wierzyć petentowi na słowo, co znacząco oszczędzałoby czas obu stronom i obniżało koszty transakcyjne biurokracji. Napisałem wówczas w felietonie na Money.pl, że u nas się to całkowicie nie sprawdzi i jak się szybko okazało, miałem rację. Polak bowiem, niestety, jeśli może coś bezkarnie zyskać ściemniając, to będzie ściemniał a nie dokładał cegiełkę do budowy społeczeństwa opartego na zaufania. Ludzie bez najmniejszej żenady kłamali choćby w tak oczywistej kwestii jak bycie samotną matką, jeśli dawało to dodatkowe punkty przy rekrutacji dziecka do państwowego przedszkola. Przez to niesamotni idealiści, którzy składali prawdziwe oświadczenia, byli na podwójnie przegranej pozycji.

Regulacje powinny uwzględniać specyfikę społeczeństwa, w którym mają obowiązywać, powinny kanalizować energię tegoż, a nie iść na przysłowiową „czołówkę”. Polacy są narodem przekornych kombinatorów – to po prostu fakt, a nie zarzut. Prawo u nas powinno być maksymalnie proste, surowe i odporne na arbitraż, nawet jeśli przez to boleśnie „niesubtelne” i „niezniuansowane”. Ściganie się z własnym społeczeństwem, o czym marzy postępowa lewica, za pomocą spiętrzania regulacji i mnożenia urzędników jest potwornym marnotrawstwem energii i zasobów.

Jakby powyższego było mało, argument „bo u innych jest tak fajnie” bywa po prostu nieprawdziwy. Dobrym przykładem jest bezmyślne (acz na szczęście jeszcze dość nieśmiałe)  promowania u nas samochodów czy autobusów elektrycznych jako rzekomo ekologicznych. Ekologiczność pojazdu elektrycznego nie jest jakąś jego immanentną cechą, ale pochodną ekologiczności energii, którą się taki pojazd ładuje. W Norwegii, Francji, ewentualnie Kalifornii, energy grid jest czysty bądź dość czysty, oparty na wodzie bądź atomie. Generalnie udział energii ze spalania kopalin winien być niższy niż 50%, by rzeczywista emisja pojazdów elektrycznych i spalinowych się zrównywała. Zatem w Polsce, gdzie przytłaczająca większość energii pochodzi z węgla, pojazdy elektryczne nie tylko nie powinny być promowane, ale powinny być wręcz zabronione, bo trują nawet bardziej od benzynowych i dieslowskich gruchotów.

Innym, dosadniejszym przykładem na bujanie w chmurach wysoko ponad faktami jest próba przeszczepienia na polski grunt różnych regulacji z postępowej Skandynawii dotyczących wyrównywania szans kobiet. Trick jednak polega na tym, że jak sięgniemy po twarde dane, to okazuje się, że rozpiętość średnich zarobków kobiety i mężczyzny (gender wage gap) jest w Polsce wyraźnie mniejsza niż w Szwecji czy Niemczech, a zatem może warto bez uprzedzeń podumać, czego oni się mogą nauczyć od nas, raczej niż odwrotnie. Podobnie rzecz się ma z przemocą wobec kobiet, wielokrotnie większą w takiej Szwecji niźli u Polsce. Lewica ma tymczasem ogromny problem ze zrozumieniem, że nie ocenia się regulacji po tym, jak bardzo postępowe są na papierze.

Problem zaszczepiania poważniejszych regulacji na danym gruncie to coś, co w naukach społecznych nazywamy zależnością od ścieżki (path dependence). Warto tu wspomnieć tym razem prawą stronę sceny politycznej, zafascynowaną liberalizmem USA w kwestii posiadania broni. Choć sam uważam to prawo za bardzo istotny element wolności obywatelskiej, zdaje sobie sprawę, jak ekstremalnie trudne byłoby przeszczepienie go na rodzimy grunt. Przepaść oddziela społeczeństwo, gdzie łatwo dostępna broń palna jest elementem tradycji, od społeczeństwa, gdzie broń palna stałaby się łatwo dostępna z dnia na dzień. Uzbrojenie Polaków to pomysł zacny, jednak konia z rzędem temu, kto wymyśli na to sensowną ścieżkę.

Co bystrzejszy czytelnik zarzuci mi teraz niekonsekwencje, bo raz mówię o tym, że regulacja mają być dostosowane do społeczeństwa, a zaraz potem o tym, że odpowiednią ścieżką regulacji można społeczeństwo do broni palnej „przygotować”. Różnica między jednym a drugim przypadkiem jest jednak dość oczywista: tak jak różnica między przymuszaniem młodego miłośnika motoryzacji, aby został rowerzystą, a wymaganiem od niego, by zanim wyjedzie na drogę publiczną, uzyskał prawo jazdy. 

Zasada „a bo u innych to się sprawdziło” jest zresztą ogólniejszym przypadkiem fałszywej analogii, najmodniejszego chwytu erystycznego współczesnej Realpolitik. Widać do dobrze w paru gorących aktualnych debatach, ale to już temat na innych felieton.

----------

Tradycyjnie zapraszam do odwiedzania i polubienia profilu dzikonomiki na Facebooku:

www.facebook.com/dzikonomika

Komentarze (0)
Tymczasem w Europie...
 Oceń wpis
   

Na rodzimych portalach motoryzacyjnych głównym tematem jest kiedy benzyna spadnie poniżej 5 zł ewentualnie czy wprowadzą u nas obowiązek jazdy na „zimówkach”. Co innego za Oceanem… Parę dni temu głośno było o tzw. ustawie 5606 w stanie Michigan, blokującej tam dystrybucję elektrycznych limuzyn Tesla. Sprawa zresztą ciągnie się już długo – Tesli, która sprzedaje swe samochody bez pośredników, organizacje dealerów i przemysł naftowy wciąż rzucają kłody pod koła. Co ważne, negatywnie o takich blokadach wypowiedziała się Federalna Komisja Handlu, zwracając uwagę na ich anty-konkurencyjny charakter.

Co ciekawe, ustawą 5606 została otwarcie poparta przez General Motors. Motoryzacyjny gigant jeszcze niedawno był ratowany przez władze federalne (wg ostatnich szacunków, kosztowało to amerykańskich podatników jedenaście miliardów dolarów) zaś teraz, gdy stanął na nogi, kruczkami prawnymi podgryza innowacyjnych konkurentów. Kolejny to niestety dowód, że istnienie firm „za dużych by upaść” mocno degeneruje gospodarkę rynkową.

Drugą głośną ciekawostką a propos Tesli jest zapowiedź nowej limuzyny P85D z napędem na cztery koła i dwoma silnikami o mocy 691 koni. Sprint do 60 mil ma trwać 3,2 sekundy i… tu pojawia się problem, bo odbierałoby to rekord innej amerykańskiej super-limuzynie, Chargerowi Hellcat, którego benzynowe V8 z kompresorem generuje imponujące 707 kucyków...

Przez fora motoryzacyjne przetoczyła się burza, bo jakim prawem nudne elektryczne wozidło ma być potężniejsze niż najpotężniejszy seryjny muscle car?! Ostatecznie, chłopskim (redneckim?) targiem stanęło na tym, że Tesla jest „quicker” ale Hellcat „faster” czy jakoś tak. Nie ma tu sprzeczności, bo co innego sprint do setki, co innego jedna czwarta mili, co innego Nürburgring Nordschleife (na tym ostatnim Tesla sobie jeszcze nie radzi, bo przegrzewają się baterię) itd. itp. Generalnie, wnioski z tego zamieszania płyną dwa: (1) samochody elektryczne mają niesamowity potencjał (2) chciałoby się mieć takie problemy w Polsce, jakie mają w Ameryce, bo…

…tymczasem w Europie:

A właśnie, jakimiż to innowacjami motoryzacyjnymi może się ostatnio pochwalić Stary Kontynent? Nie mamy czegoś tak przełomowego jak Tesla, nie mamy czegoś tak romantycznego jak Hellcat, ale mamy niezawodnych urzędników. Zatem, od przyszłego roku zaczyna obowiązywać norma Euro 6, która stawia bardzo ostre wymogi przed silnikami diesla. Problem w tym, że już dziś nowoczesne „ekologiczne” diesle są koszmarem wielu kierowców, którzy z desperacji wycinają filtry cząstek stałych i modlą się, by nie padły pompowtryskiwacze. Jakby tego było mało, niedawne studium na politechnice w Cluj-Napoce sugeruje, że oferowane obecnie paliowo nie jest „kompatybilne” i może uszkadzać silniki Euro 6. Tymczasem producenci paliw umywają ręce i mówią, że silniki to nie ich sprawa. Jak przyjdzie co do czego, ci od silnika i ci od oleju napędowego pewnie będą się przerzucali odpowiedzialnością, a kierowcę szlag trafi. Ale za będzie ekologicznie, albo przynajmniej „eko”, bez drugorzędnego „logicznie”…

Przemysł motoryzacyjny jest o tyle ciekawy, że dostajemy tam na tacy całą współczesną ekonomię polityczną, ekologię, obyczajówkę i spory kawałek postępu technologicznego. A wówczas, wybaczcie dosadność porównania, trochę nam szkoda, że za Oceanem trwa wyścig na najmężniejsze serce, a u nas na najmniej pierdzącą d…
 

Komentarze (0)
Fakty i interpretacje
 Oceń wpis
   

W tym miesiącu mija 15 lat od premiery książki, która mocno wstrząsnęła naukami społecznymi – The Bell Curve Richarda J. Herrnsteina i Charlesa Murraya. Autorzy, uznani naukowcy (Herrnstein jest autorem bardzo interesującej koncepcji tzw. melioracji), nie tylko pokazali dowody na międzyrasowe istotne różnice w poziomie inteligencji, przedstawili dowody, że inteligencja przekłada się na konkretne profity w realnym życiu i wreszcie sugerowali, że niewiele da się z tym zrobić, bo inteligencję determinują głównie geny a nie wychowanie i edukacja.

Teraz to wszystko nie brzmi jakość szczególnie bluźnierczo, ale w czasach tryumfującej politycznej poprawności i akcji afirmatywnych było szokiem dla naukowego mainstreamu, czymś w stylu 11 września 2001 dla świata polityki. Szok ten wynika jednak bardziej nie z tego, że ujawniono pewne fakty, ale z tego, że zderzyły się one z pewną domyślną interpretacją. Bo właśnie w interpretacjach, a nie faktach, jest niemal zawsze pies pogrzebany.

U jednych stwierdzenie, że Murzyni dziedziczą średnio niższe IQ niż Biali wywoła wzruszenie ramion, ale już u innych histerię, że wraca segregacja rasowa i pewnie zaraz niewolnictwo. Rozsądny człowiek wie, że to, jak powinien być urządzony świat nie wynika z tego, jak jest urządzony (czyli nie popełnia błędu naturalistycznego), nierozsądni często panikują i wciągają w panikę innych.

Doskonałym przykładem, jak bardzo różną rzeczą są fakty i interpretacje, jest problem globalnego ocieplenia. Ostatnio wybitny klimatolog Leonardo DiCaprio przekonywał nas, że jest ono faktem i stanowi największy problem dla ludzkości. Trick polega na tym, że w połowie miał rację. Owszem, świat się ociepla i nawet, owszem, grają tu rolę czynniki antropogeniczne. Natomiast nie ma żadnych twardych dowodów, że jest to nasz największy problem.

Analizy ekonomiczne wskazują, że koszty globalnego ocieplenia są niższe niż koszty walki z globalnym ociepleniem. Wskazują też, że są na świecie problemy o wyższym priorytecie, na zmaganie z którymi środki powinny pójść w pierwszej kolejności (Konsensus Kopenhaski). Zwolennicy przestawiania świat na tryb „eko” jednak jak diabeł wody święconej unikają dyskusji o tym, jak naprawdę globalne ocieplenie powinno być zhierarchizowane wśród wyzwań współczesnego świat. W tym sensie bardzo przypominają religijnych fundamentalistów.

Niestety, sporo część prawicy i konserwatystów ma z kolei ten problem, że próbuje walczyć z ekoterroryzmem niepotrzebnie negując fakty, zamiast zwrócić uwagę, że u drugiej strony kuleje nie faktografia, ale interpretacja. To bardzo źle, bo niby rozsądni ludzie spychają się w ten sposób do pozanaukowego getta.

Walczmy zatem nie z faktami, ale ze straszakiem globalnej katastrofy. Zawsze warto pamiętać, że owa medialnie rozdmuchana globalna katastrofa to pikuś wobec tego, co już wiele razy serwowały ziemskim ekosystemom przestrzeń kosmiczna i sama natura. Demolka, jaką odstawia nieodpowiedzialny człowiek, to małe piwo wobec prehistorycznych masowych wymierań. Nieprawna politycznie prawda jest zatem taka, że to nie Matka Ziemia ma się nas obawiać, ale my powinniśmy się systematycznie przed nią zbroić.
 

Komentarze (3)
Machina non grata
 Oceń wpis
   

Tym razem zamiast wielkiej polityki i palących problemów gospodarczych, przyjdzie czas na coś lżejszego, czyli narzekanie, że świat się kończy. W sensie obyczajowym rzecz jasna.

Miłośnicy czterech kółek, jak świat długi i szeroki, nie mają lekko.  Samochód to teraz taka machina non grata w centrach miast, smok szkaradny ziejący CO2,  narzędzie lansu niesubtelnych konserwatystów z epoki tłoka kutego. Niestety, ku zmartwieniu postępowców, samochody są wciąż produkowane a nawet ludzie nimi jeżdżą. Skoro nie można samochodów wyeliminować, można je przynajmniej trochę wykastrować, obrzydzić i sprowadzić do roli nudnego środka transportu.

Australia, wydawałoby się, to kraj wielkich przestrzeni i wolnych ludzi. Wydawałoby się… W kwietniu tamtejszy urząd wziął pod lupę puszczany w kinach spot reklamowy sportowego coupe BMW serii 2. Spot przedstawiał tak straszne rzeczy jak gwałtowne przyspieszanie czy utratę trakcji (na pustym pustkowiu). Jednym słowem, była to reklama straszliwie nieodpowiedzialna, niebezpieczna, nierozsądna i powinna by zakazana.

www.autoblog.com/2014/04/29/bmw-2-series-ad-video-poll/

Co ciekawe, BMW tłumaczył się mętnie, że tak właściwie nie przekraczano dozwolonej prawem prędkości, że złudzenie agresywnej jazdy wynika z techniki filmowania itd. itp. Czyli spuścili uszy po sobie.

Skoro już postępowcy ustalili, że auto sportowe nawet na terenie prywatnym służy to grzecznej jazdy, to trzeba się zastanowić, jaki to nabywca ma z owej sportowości benefit. Może chociaż nasyci uszy pomrukiem potężnego silnika. No… też nie do końca.

Zostając przy bawarskiej marce, okazuje się, że w swych nowym sportowych limuzynach (linia modelowa M) BMW stosuje system ASD, w którym za piękny pomruk we wnętrzu auta odpowiada już nie silnik, ale… system audio. Rozwiązanie to byłoby nawet dowcipne gdyby chodziło o miejski samochodzik, w środku którego mruczy V12 Lambo. My wszak mówimy o autach sportowych za pół miliona zł, które chyba powinny mruczeć same z siebie. Cóż, eko-standardy docierają i do tego segmentu, a wtedy trzeba się ratować takimi ersatzami.

Powie ktoś, że się niesłusznie czepiam. Że stawiam brawurę i lans ponad bezpieczeństwem i ekonomiką. A owszem, poniekąd. Bo jak powiedział Benjamin Franklin, kto oddaje wolność za bezpieczeństwo, straci jedno i drugie.

Nie jestem przeciwnikiem postępu w motoryzacji jako takiego, chętnie przygarnąłbym super-nowoczesne Teslę S czy Nissana GT-R. Samochód jednak, wbrew twierdzeniom lewicowych postępowców, nie jest i nigdy nie będzie tylko narzędziem do przemieszczania się. Jest też następcą wierzchowca, częścią twardego, męskiego pierwiastka w kulturze. Im bardziej ten aspekt kastrujemy, tym bardziej cieszy się Wielki Brat i zacierają łapska czyhający przy granicy barbarzyńcy.
 

Komentarze (3)
Eko-panika i magia liczb
 Oceń wpis
   

"Gazeta Wyborcza" bije na alarm – jeśli nie ograniczymy emisji CO2 do atmosfery, to do roku 2100 oceany się zakwaszą, a ich lustro wzrośnie nawet o jeden metr. Straty z tego tytułu dla ludzkości mogą wtedy sięgać od 0,5 do prawie 2,0 bilionów dolarów rocznie. No po prostu mega-ultra-hiper-Armagedon:


wyborcza.pl/eko/1,113774,11431299,Drogie_oceany___ile_zaplacimy_w_przyszlosci_.htmll

Dwa biliony piechotą nie chodzą, jakby powiedzieli dziś Obama czy Barroso. Liczba robi wrażenie. Gdy jednak zaczniemy podchodzić do problemu na trzeźwo, to owo wrażenie to nagle pryśnie niczym mydlana bańka:

Po pierwsze. Załóżmy czysto teoretycznie, że te obliczenia są trafne i oddają dokładnie pesymistyczny stan rzeczy. Załóżmy, że mamy do czynienia z tym najgorszym, dwubilionowym wariantem. A teraz obliczmy na poczekaniu, ile wyniesie sumaryczne PKB na świecie w roku 2100, nawet przy założeniu jakiegoś mizernego wzrostu typu 1,5% rocznie. Co się okazuje? Otóż te mega-szokujące dwa biliony w roku 2100 to nie będzie nawet 1% produktu światowego brutto. Cóż… a miało być tak strasznie.

Po drugie. Załóżmy wciąż, że szacunki kosztów globalnego ocieplenia są właściwe. Ale to przecież tylko jednak strona medalu. Drogą są koszty walki z globalnym ociepleniem, które już teraz urastają do bardzo niebagatelnych rozmiarów. Racjonalna kalkulacja wymaga zestawienia zdyskontowanych przyszłych strat z ponoszonymi teraz kosztami ograniczenia emisji. Może się okazać, że choć duże stężenie dwutlenku węgla jest niebezpieczne, to walka z nim jest jeszcze gorsza i najlepiej – o ekologiczna zgrozo – nauczyć się żyć z nadmiarowym CO2 (tzw. scenariusz adaptacyjny, o którym wielu orędowników walki z ociepleniem najwyraźniej nie ma pojęcia).

Po trzecie. Zastanówmy się, jak wiele znamy celnych prognoz obecnej sytuacji pochodzących z roku 1924 (88 lat temu) – ktoś wtedy trafnie zdiagnozował główne zagrożenia dla rozwoju ludzkości, przewidział cenę baryłki ropy naftowej itd. itp.? Dlaczego więc dajemy wiarę szacunkom, które z taką dokładnością (1979 mld. USD) przedstawiają koszty bardzo trudnego w modelowaniu zjawiska na rok 2100?

Czyżby, przez te 88 lat nic się nie mogło ważnego w geopolityce, nauce (energetyka, geoinżynieria, biotechnologia) i Układzie Słonecznym wydarzyć? Poza rosnącym stężeniem CO2 wszystko będzie tak jak jest, zrozpaczeni ludzie będą stali na plaży i patrzyli, jak oceany po dwa milimetry rocznie zalewa ich domy i liczyli miliardowe straty? Dobre sobie…

Przewidywanie na prawie sto lat w przód jest o tyle ciekawe, że choć nie mamy pojęcia, co się przełomowego wydarzy, to zapewne popełnimy największy błąd, przewidując , że nic się nie wydarzy. Eko-prorocy w swych prognoza przypominają pod tym względem XIX-wiecznych pozytywistów i za kilkadziesiąt lat podobnie będą postrzegani. Na razie czekajmy więc spokojnie, nie dając się zwariować eko-panice.
 

Komentarze (3)
Jestem gangsterem, nie palę!
 Oceń wpis
   

Jak to jest z aktorami, każdy wie – degeneracji, pijacy, rozwodnicy, rozrabiacy i tak dalej. Na dodatek zupełnie niesłusznie zarabiają niebotyczne pieniądze – nie to co pałający chęcią pomocy obywatelom urzędnik czy wymyślający plan zbawienia ludzkości akademicki aktywista.

Okazuje się jeszcze, że ci wredni aktorzy palą na scenie papierosy, gdy grają ludzi z półświatka – przynajmniej w Teatrze Narodowym w Londynie, co oburzyło walczącego z biernym paleniem amerykańskiego profesora:

wyborcza.pl/1,75248,11374780,Papierosy_na_scenie_teatralnej_truja_widzow.html

Zakaz palenia na scenie czy planie filmowym to w ogóle większy problem: niektórzy to uważają za ograniczenie swobody ekspresji, inni popierają w ramach mody na zdrowe życie. Problem zdaje się błahy i trzeciorzędny, ale rzecz w tym, że mamy do czynienia z jednym z wielu symptomów boleśnie zaburzonej proporcji.

Z jednej strony, za objaw wolności uchodzi przekraczanie granic dobrego smaku czy deptanie drobnomieszczańskiej moralności – obrzydliwe instalacje „artystyczne” w publicznych galeriach, płatny morderca jako archetyp sympatycznego bohatera, antykoncepcja bez zgody rodziców dla trzynastolatek (to ostatnie w Wielkiej Brytanii). Z drugiej, w dobrym tonie jest się kłaniać świętym krowom postępu – krucjata przeciw palaczom czy blokowanie budowy ważnej obwodnicy z powodu troski o jakąś żabkę.

Na mój zaściankowy konserwatywny rozumek, mamy do czynienia z pewnym przewartościowaniem – tradycyjne wartości, mocno osadzone w chrześcijaństwie, są wypierane przez panteistyczno-newageowski melanż, bo natura nie znosi próżni. Bohaterem starych czasów jest seksistowski honorowy twardziel z papierosem w zębach, który dawał łupnia złym gangsterom. Bohaterem nowych będzie wyluzowany i najlepiej biseksualny gangster wegetarianin, jeżdżący ekologicznym elektrycznym autem. Obowiązkowo niepalący.

Postępowcy mają na ustach hasła o prawie do samorealizacji, dbałości o zdrowie publiczne i troski o Matkę Ziemię. W praktyce zamiast starego gorsetu norm moralnych proponują gorset nowy. Nawet ciaśniejszy, ale za to w modnym zielono-różowym kolorze.

Komentarze (2)
Tłuszcz nasycony i porządek wszechświata
 Oceń wpis
   

Dania słynie z wielu rzeczy. Bardzo wysokiego dochodu per capita, bardzo wysokiego poziomu zadowolenia z życia obywateli, dużej aktywności zawodowej seniorów i długowieczności czy wreszcie niesłychanie sprawnej i wszechogarniającej statystyki publicznej. Wszystko pięknie, ale przecież lepsze jest wrogiem dobrego. W ramach zachęcania i tak generalnie zdrowych obywateli do zdrowszego trybu życia opodatkowano tłuszcze nasycone, czyli np. masło:

wyborcza.biz/biznes/1,100896,10395853,W_Danii_zaczal_obowiazywac__podatek_tluszczowy_.html

Generalnie, Duńczycy mają być zdrowsi i żyć jeszcze dłużej. Bo przecież leczenie wywołanych przez spożywanie tłuszczy chorób kosztuje. Czy jednak paternalistyczna troska o obywateli idzie zawsze w parze z rachunkiem ekonomicznym? Oczywiście nie!

Jedno z najbardziej niepoprawnych politycznie prawideł współczesności, dobrze znane ekspertom, a izolowane od publicznej świadomości mówi, że najdroższymi klientami służby zdrowia są ci, których określamy właśnie jako „okazy zdrowia”.

Palacze czy obżartuchy żyją krócej, przez co służba zdrowia oszczędza na najbardziej kosztownych terapiach paliatywnych czy nowotworowych. Osoby o niezdrowym stylu życia to również zbawienie dla systemów emerytalnych, to dzięki nim reszta ma wyższe średnie emerytury. Zatem, gdyby kierować się kryteriami ekonomicznej sprawiedliwości, to raczej zdrowa żywności powinna być dodatkowo opodatkowana...

O co zatem w tym wszystkim chodzi, skoro nie o pieniądze? Kolejna nasuwająca się odpowiedź, że po prostu o to. by ludzie żyli długo i zdrowo, też nie jest taka oczywista. Jakiś czas temu opublikowane zostały wyniki badań, że można się niezdrowo odżywiać i minimalizować ryzyko powikłań, biorąc równolegle leki przeciwmiażdżycowe. Zamiast się cieszyć, potraktowano to jako groźną herezję, zachętę do nieodpowiedzialności, naruszenie porządku wszechświata niemalże. Okazuje się zatem, że wcale nie chodzi o ludzkie zdrowie czy radość z życia - ludzie mają być zdrowi i cieszyć się życiem tylko według ściśle określonego przez postępowców scenariusza!

Stolica Danii, Kopenhaga, była miejscem gdzie po raz pierwszy przy okazji ekologicznego kongresu tak głośno wyartykułowano, że ludzkość to generalnie problem dla zmęczonej Ziemi, że jest nas za dużo itd. itp. Reperkusją tego stylu myślenia są już australijskie pomysły wprowadzenia podatku od „nadmiarowych” dzieci, emitentów CO2. Po co zatem dbać o to, by ludzie długo żyli, skoro stanowią oni takie ekologiczne obciążenie dla planety? W postępowej retoryce troska o dobro obywatela miesza się dialektycznie z pogardą dla ludzkości jako takiej.

Postępowcom nie chodzi o  dobro ludzkość. Ani nawet o pieniądze. Chodzi o rząd dusz. Ludziom należy dyktować, co im wolno jeść, jakimi żarówkami powinni oświetla salony i ile mogą mieć dzieci. Takie urabianie będzie łatwiejsze, jeśli dodatkowo wzbudzi się u obywateli wyrzuty sumienia, że są wrzodem na ciele Matki Ziemi. I tak kroczek po kroczku do Nowego Wspaniałego Świata... 

Komentarze (1)
Pożegnanie 60-ki
 Oceń wpis
   

Jutro czeka nas kolejna fala rozpoczętych jakichś czas temu pożegnań. Zgodnie z wytycznymi Komisji Europejskiej ze sklepów zniknąć mają klasyczne żarówki o mocy 60W. To kolejny krok w stronę edukowania na siłę społeczeństwa, które zbyt opornie asymiluje ekologiczne nowinki.

"Cóż to znaczy" - zapyta ktoś - "w dobie meta-debat nad brakiem debaty przed wyborami w Polsce, kryzysu strefy Euro, wojny domowej w Libii?" Otóż warto wiedzieć, że żarówkowy casus znaczy dużo więcej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

Jako podstawowy substytut dla żarówek proponuje się energooszczędne świetlówki. Zawierają one trujące substancje (i powiedzmy sobie szczerze, przeciętny Kowalski je wyrzuca, a nie utylizuje), dają mniej przyjemne dla oczu światło i czasem posiadają żywotność dużo mniejszą niż deklarowaną (np. zainstalowane w łazience wytrzymują pół roku zamiast dziesięciu).

Alternatywą są jeszcze żarówki LED, rozwiązanie bardzo dobre,  nowoczesne, ale wciąż drogie (potrafią kosztować ponad 100 zł). Oczywiście, jak z każdymi nowinkami, możemy się spodziewać, że ich ceny spadną, przyjdzie nam jeszcze na to jednak trochę poczekać.

Komisja Europejska zarządziła zatem wycofanie żarówek w sytuacji, gdy istniejące substytuty mają albo gorsze właściwości albo dużo wyższą cenę. Dlaczego nie zaczekano, aż ceny rozsądnych substytutów nie spadną na tyle, by zaczęły stanowić realną rynkową alternatywę dla starych żarówek? Dlaczego nie posłużono się słabszym od zakazu instrumentem fiskalnym, jak opodatkowanie żarówek czy subsydiowanie LEDów?

Odpowiedź na powyższe pytania może być dla niektórych zaskoczeniem. O ile bowiem globalni gracze zbierają cięgi za niemrawość bądź brak przewidywalności w walce z falami kryzysu finansowego, o tyle ich polityka ekologiczna jest nadgorliwym dmuchaniem na zimne. W sytuacji, gdy gospodarki krajów rozwiniętych czeka ciężka próba, łatwość z jaką decydenci forsują coraz ambitniejsze cele redukcji CO2 czy wykorzystania energii odnawialnej może szokować.

Co ciekawe, nawet jeśli w pełni zgodzimy się z modelami przewidującymi antropogeniczne ocieplenie klimatu, obecna presja na drogie proekologiczne rozwiązania nie ma sensu. Po pierwsze, w początkowej fazie ocieplenia wiele krajów korzysta na tym efekcie, co utrudnia międzynarodowy konsensus. Po drugie, zamiast wdrażać drogie i łopatologiczne rozwiązania teraz, lepiej poświęcić czas na badania i rozwój, wypracowując metody, które pozwolą walczyć z ociepleniem taniej i efektywniej (geoinżynieria, prace nad gorącą fuzją).

Czemuż zatem zazwyczaj nierychliwi decydenci tak bardzo się śpieszą w dziedzinie, gdzie rozsądek nakazywałby poczekać? Ktoś mógłby powiedzieć, że chodzi o interes tych, którzy na ekologii zbijają kokosy. Gdyby tak się sprawy miały, to w sumie nie byłoby jeszcze najgorzej - lobbing boli, ale da się z nim żyć i można go temperować. Niestety, prawdziwa przyczyna może być inna - ekologizm staje się nową panteistyczną quasi-religią, która chce uporządkować świat. Radykalnie, bez kompromisów.

Żarówkę wynalazł genialny Edison, dla wielu wciąż pozostaje ona symbolem prostej i użytecznej innowacji. Ci, którzy wydali jej bezkompromisową wojnę, w niewielkim poważaniu mają wolność i zdrowy rozsądek. Pamiętajmy o tym, bo jeszcze nie raz spróbują uszczęśliwić nas na siłę.  

Komentarze (0)
Przed kataklizmem nie uciekajmy do lepianki
 Oceń wpis
   

Wydarzenia w Japonii głęboko mną poruszyły, bo jestem miłośnikiem Kraju Kwitnącej Wiśni i szczególna estymą darzę japońską technologię, zwłaszcza zegarmistrzowską i samochodową. Natomiast reakcja świata na wydarzenia w japońskich elektrowniach atomowych o ile nie zaskakuje, to wzbudza poważny niepokój.

Trauma atomowa Japończyków, związana z Hiroszimą i Nagasaki, jest wciąż olbrzymia i trudna do ogarnięcia dla przeciętnego Europejczyka. Wystarczy dodać, że słynny potwór Godzilla jest właśnie personifikacją atomowych lęków, a fabularne okoliczności jego narodzin nieco przypominają to, co teraz się dzieje w Japonii.

Choć skala zniszczeń jest olbrzymia, straty ekonomiczne i ludzkie są relatywnie dużo mniejsze niż podczas dziesięciokrotnie słabszego trzęsienia ziemi w 1923 roku. Japonia było dobrze przygotowana pod względem infrastruktury i obrony cywilnej na trzęsienie ziemi i te zabezpieczenia zdały egzamin na tyle, na ile mogły. Oceniając to, trzeba zachować zdrowe proporcje i nie stawiać nierealistycznych wymagań.

Casus Japonii zaprzecza popularnej ludowej mądrości, że "na naturę nie ma mocnych". Mądrości, co ciekawe, podzielanej zarówno przez środowiska lewicowych ekologów jak i częściowo przez prawicę, choć z zupełnie innych przyczyn. Oczywiście totalne okiełznanie natury nie jest możliwe. Niemniej, minimalizacja strat w zmaganiach z żywiołami to już bardzo dużo, a kraje jak Japonia i Holandia są tutaj dobrym wzorem.

Mówi się, że po tym, co się wydarzyło, Świat odwróci się od atomu. Katastrofy w elektrowniach atomowych się zdarzały i zdarzają. Jednak twierdzenie, że skoro nie jest to technologia w pełni bezpieczna (a jaka jest?), to należy z niej zrezygnować, są czystym przykładem irracjonalizmu. Idąc tą drogą, zakażmy również zdjęć RTG, bo to przecież też zagrożenie promieniotwórcze. Choć to mentalnie trudne, może warto trzeźwo polubić atom, nie negując istnienie ryzyka, ale po prostu "wliczając je w koszty".

Co bardzo ważne, należy odróżnić medialność od rzeczywistego zagrożenia. Nawet ów straszny Czarnobyl, biorąc po uwagę wszystkie jego skutki, nie był wcale największą katastrofą przemysłową w dziejach świata. O wiele gorsza, choć nieporównywanie mniej obecna w mediach, była katastrofa w indyjskim Bhopalu w 1984 roku: wyciek izocynianu metylu w fabryce pestycydów, który pociągnął za sobą tysiące ofiar śmiertelnych. Okazuje się, że banalna fabryka środków owadobójczych zachodniego koncernu może być groźniejsza niż szalony eksperyment sowieckich ekspertów w nuklearnej siłowni.

Niestety, przez najbliższy czas będziemy bombardowani propagandą o strasznym atomie i dobrych alternatywnych źródłach energii. Będziemy słyszeli, że na żywioły nie ma mocnych, że skoro tak, najlepiej się cofnąć w rozwoju, palić biomasą i mieszkać w krytej strzechą lepiance, która jest bezpieczniejsza w przypadku trzęsienia ziemi niż drapacz chmur.

Tymczasem powinno być dokładnie odwrotnie - przyjrzyjmy się, jak działy systemy bezpieczeństwa i udoskonalajmy je. Inwestujmy w tanią energię, która nam pozwoli lepiej zabezpieczyć się przed kataklizmami, a przy okazji rozwiązać setki innych problemów. Pamiętajmy bowiem, że są zagrożenia naturalne, przed którymi ekologia nas nie obroni. Jeśli kiedyś zabłąkana asteroida wejdzie na kurs kolizyjny z Ziemią, to wówczas nie pomogą nam lepianki, biomasa i energooszczędne żarówki, tylko atom i najnowocześniejsza technika.

Komentarze (3)
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne