Kto tak naprawdę stoi za kryzysem demokracji?
 Oceń wpis
   

Tradycyjnie zapraszam do odwiedzenia i polubienia Dzikonomiki na Facebooku – tam dzieje się sporo więcej niż na blogu:

https://www.facebook.com/dzikonomika

Dziś coś lżejszego dla tych, którym przejadła się polityczna codzienność…

Kryzys demokracji liberalnej staje się faktem i nie mówimy już tylko o Polsce czy Węgrzech, ale choćby ultraświeckiej Francji (coraz lepsze wyniki Frontu Narodowego) czy Stanach Zjednoczonych (Donald Trump). Typową diagnoza upatruje wzrost poparcia dla (skrajnej) prawicy w coraz widoczniejszych niedostatkach welfare state i emocjonalnym rozgrywaniu kryzysu imigracyjnego – to jednak bardzo płytkie wytłumaczenie.

Kwestionowanie porządku demokratycznego zaczęło się wcześniej niż parę miesięcy temu i wcale nie jest domeną odciętych od świata babinek, ale ludzi młodych i wykształconych, czujących się w nowoczesnym świecie jak ryba w wodzie. Ktoś zatem tych ludzi urobił, ukształtował jeszcze zapewne w dzieciństwie jako piątą kolumnę do rozsadzenia demokratycznych struktur. Chwila refleksji i stosunkowo łatwo wskazać winnego – to telewizyjne bajki!

Bajki?!

A, owszem. Te same postępowe bajki, na które spadają gromy od nieogarniętych kaznodziejów z Frondy. Na pierwszy rzut oka agenda współczesnych kreskówkowych seriali jest bardzo nowoczesna, wręcz modernistyczna: nacisk na wielorasowość, sporo ekologii, emancypacja, nowoczesne podejście do ról w rodzinie z okazjonalnymi kwestionowaniem autorytetu ojca („Świnka Peppa”), wszechobecna tęczowość („Pogodusie”, „My Little Pony”), elementy New Age na każdym kroku (magia, supermoce) itd. No po prostu koszmar konserwatysty, można by rzec. Ale zaraz, zaraz… czegoś tu ewidentnie brakuje. Tak, owszem, dobrze zgadujecie – demokracji!

Czyż nie jest zaskakujące, że przy tak postępowym programie bajek pominięto zarazem tak podstawowy, fundamentalny element, jakim jest porządek demokratyczny?! Zdawałoby się, że nawet do baśni osadzonych w realiach quasi-feudalnych (np. „Rycerz Mike” czy „Jej Wysokość Zosia”) powinny być przemycane elementy demokracji liberalnej, jakieś formy reprezentacji parlamentarnej stanów niższych itp. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie – to agenda autokratyczna jest przerzucana do współczesności. Monarchów możemy spotkać nawet w tak nowoczesnych bajkach jak „Stacyjkowo” czy pełnometrażowe filmy o Barbie. Co bardzo ważne, nie są to monarchie tytularne, fasadowe – władza tych niby cukierkowych księżniczek jest jak najbardziej realna i absolutna, np. w odcinku Barbie „Akademia księżniczek” pojawia się kwestia dekretu, który zrównuje z ziemią całą dzielnicę i wywłaszcza jej mieszkańców bez odszkodowania. O demokratycznym państwie prawa czy porządku konstytucyjnym nikt się nawet nie zająknie.

Weźmy na tapetę takie ponoć feministyczne „My Little Pony: Przyjaźń to magia”. Absolutną władzę w – o ironio – Equestrii, sprawuje od wieków księżniczka Celestia, wpierana przez koterię alikornów (elityzm i rasizm w jednym). To nie jest już nawet zwykły monarchizm, to legitymizm w wersji hardcore! Przyjaźń, fundament ideologiczny serialu, wcale nie ma tam demokratycznego charakteru, Księżniczka Przyjaźni Twililight Sparkle co prawda usadza swoje przyjaciółki przy okrągłym stole w pałacu, ale na żadne kolektywne podejmowanie decyzji nie ma tam tak naprawdę miejsca.

Elementy demokracji pojawiają się w bajkach w formie szczątkowej i w sumie nie wiadomo do końca, czy naprawdę demokratycznej – mamy więc np. instytucję burmistrza (w „Słoniczce Elli” czy „My Little Pony”) choć w sumie nie wiadomo, czy funkcja ta nie została obsadzona odgórnie. Prezydent jako zwierzchnik występuje co prawda w „Rastamyszy”, no ale bajeczki z odurzonymi maryśką gryzoniami to nawet dziecko na poważnie nie weźmie. Motyw głosowania, jeśli już pojawia się w bajkach, to w kontekście plebiscytów, jakichś konkursów piękności dla gawiedzi, co oczywiście z demokracją jako taką nie ma nic wspólnego – wręcz przeciwnie, jest już prędzej swoistym opium dla rządzonego twardą ręką pospólstwa.

Ktoś powie: ale to tylko bajki! Nieprawda, to agitki. Zanim młody człowiek trafi na pierwszą lekcję z wiedzy o społeczeństwie, będzie przez setki godzin indoktrynowany antydemokratyczną agendą, a  czym skorupka za młodu nasiąknie…

Uświadomiwszy sobie, jak sprawy stoją, łatwo rozwiążemy zasygnalizowany wcześniej paradoks, że bajki są niby takie nowoczesne, a jednak potwornie reakcyjne. Jest to element niesłychanie perfidnego spisku. Fasadowo mamy te wszystkie feminizmy, tolerancje, równouprawnienia, gendery i wszyscy są zachwyceni, z postępową lewicą na czele. A że przy okazji księżniczka w różowej sukni – oj tam, oj tam, konwencja dla dziewczynek. Tymczasem jest dokładnie na odwrót, to wszystko mistrzowskie smoke and mirros krypto-monarchistów. Wystarczy chwilę pomyśleć: żaden postępowiec tak naprawdę nie potrzebuje korony i berła by lansować swoją agendę, ale już monarchista, chcący wykorzystać wehikuł mainstremowych mediów, musi się taktycznie ubrać w tęczowe ciuszki, które odrzuci i zdepcze do przejęciu władzy.

Czy można zatem coś zrobić? – zapytacie. A nie, już za późno, cieszcie się liberalną demokracją, póki możecie. Przyszłość należy do księżniczek!
 

Komentarze (0)
O wyższości wyborów samorządowych nad superwulkanem
 Oceń wpis
   

Pierwsza tura wyborów samorządowych zafundowała nam trzy niespodzianki. Dwóm – awarii systemu informatycznego oraz okupacji siedziby PKW poświęcono wiele gadaniny, podczas kiedy są one naprawdę drugorzędnymi incydentami na tle trzeciej…

Przypomnijmy najpierw ciekawy fakt. W ostatnich wyborach do europarlamentu badanie exit poll przeprowadzone przez Ipsos nie pomyliło się w wypadku żadnej z pierwszych pięciu partii o więcej niż 0,7 punka procentowego. To zaiste doskonała trafność.

Exit poll używa tzw. próbkowania klasterowego, co sprawia, że błąd względny takiego badania będzie wyższy niż wynikałoby to z rozmiaru próbki. Gdyby odchylenie standardowe (pół błędu) wynosiło 1,0 punka procentowego to wychodzi, że Ipsos  miał sporo szczęścia, że poprzednio w każdym przypadku zmieścił się w graniach jednego odchylenia. Najpewniej zatem, zastosowana metodologia daje odchylenie standardowe poniżej 1,0 pp. więc i błąd oszacowania poniżej 2,0 pp. (czyli potoczonego plus-minus 2%).

Dobra, teraz rzućmy sobie garścią prawdopodobieństw:

  • ryzyko, że w ciągu roku zgnieciesz od pioruna (dane USA): 1 do ca. 13 milionów
  • szansa, że jednym obstawieniem trafisz szóstki w lotto: 1 do ca. 14 milionów
  • dzisiaj wybuchnie superwulkan Yellowstone (interpolacja liniowego prawdopodobieństwa): 1 do ca. 243 milionów
  • wynik wyborów odchyli się o siedem odchyleń standardowych od poprawnego exit poll: 1 do ca. 391 miliardów

Tymczasem, w naszej skromnej rzeczywistości wyniki pewnej partii mogą odbiegać się od exit poll nawet nie na siedem, ale i dziesięć odchyleń standardowych. A prawdopodobieństwo na to wynosi 1 do …no niestety, Excel mi zwraca dzielenie przez zero. Superwulkan niszczący jutro naszą cywilizację to rzecz niemal pewna w porównaniu do cudownych przetasowań wyborczych.

Uprzedzając komentarze – nie, powyższe nie jest żadnym dowodem na fałszerstwa (wręcz przeciwnie, dokładniejsza analiza statystyczna danych, gdy będą dostępne, możliwość mega-fałszerstwa wykluczy). Jest za to dowodem, że ktoś te wybory koszmarnie schrzanił. Oraz na to, że demokracja jest kruchsza niż nam się dotąd wydawało…
 

Komentarze (0)
Rytualny ubój a prawa większości
 Oceń wpis
   

Jak na sezon ogórkowy dzieje się całkiem sporo, szczególnie w obszarze religijno-nadprzyrodzonym. Niedawno choćby co bardziej oświeceni i postępowi publicyści zamartwiali się nad popularnością afrykańskiego rekolekcjonisty, który ponoć ma na swoim koncie wskrzeszenia zmarłych. Co ciekawe, tych samych oświeconych ludzi jakoś nie porusza, gdy na uczelniach naucza się, że płeć jest konstruktem kulturowym, albo gdy rząd i gromadka ekspertów przekonuje, że prawdziwe pieniądze to nie te w funduszach emerytalnych ale w komputerach ZUS – a wszak przy czymś takim ewangeliczne cuda to „pikuś”.

Teraz topowym problemem jest zakaz tzw. uboju rytualnego. Poważna sprawa wagi międzynarodowej, miejmy nadzieję, że nie skończy się wojną. Spór ma kilka płaszczyzn, z których najważniejszą jest naruszenie wolności religijnej. Niełatwo tu o kompromis – jeśli ktoś traktuje swoją wiarę poważnie, to wypełnianie Bożych przykazań stawia ponad własne życie. W Biblii mamy zresztą opis męczenników, którzy woleli umrzeć, niż zjeść „nieczyste” mięso. Zakaz uboju rytualnego to na szczęście coś zupełnie innego kalibru niż nakaz jedzenia mięsa niekoszernego – bo zawsze możliwy jest wegetarianizm lub import.

Warto sobie uświadomić, że chodzi o próbą sił w wojnie kulturowej. Zakaz uboju rytualnego nie jest jedynym ani nawet najważniejszym elementem godzącym w obyczaje żydów czy muzułmanów. Taka choćby ustawowa monogamia również nijak się ma do możliwość posiadania czterech żon i zapewne dla niejednego muzułmanina stwarza dużo większą uciążliwość niż konieczność płacenia paru złotych więcej za „czyste” mięso z importu. Sprawa jest o tyle ciekawa, że dużo łatwiej uzasadnić zakaz zadawania zwierzętom zbędnych cierpień niż zakaz dobrowolnej wszak poligamii (chyba że przyjmiemy, że ktoś decydujący się na posiadanie czterech teściowych nie może być zdrowy na umyśle i trzeba go ubezwłasnowolnić).

Według socjobiologów, monogamia jest rodzajem spisku liczniejszych samców beta przeciw samcom alfa, czyli – przekładając na język polityki – dyktatem większość nieliczącej się z prawami mniejszości. Uniwersalnie uznanym dyktatem, który dobitnie pokazuje, że prawa mniejszości w demokracji to iluzja (jest zresztą na to wiele innych przykładów, np. podatek progresywny). Jeśli jakieś mniejszościowe ekscentryczne obyczaje są tolerowane, to nie dlatego, że demokracja jest taka dobra, ale co najwyżej dlatego, że są to zachowania obojętne dla większości bądź ta większość jest, pomimo przewagi liczebnej, słaba.

Zakazu uboju rytualnego świadczy o tym, że komuś los zwierząt nie jest obojętny. W sporze mamy do czynienia z konfliktem dwóch systemów wartości – cokolwiek się wybierze, ktoś będzie niezadowolony, ale jaki jest logiczny argument za tym, by niezadowolona była większość? Domaganie się od większości „wyłączenia moralnej wrażliwości” ze względu na prawa mniejszości jest czystej wody absurdem. Co więcej, w ustach człowieka wierzącego jest aktem bałwochwalstwa – stawia bowiem jakąś abstrakcyjną regułę poszanowania mniejszości w demokracji w roli swoistej nad-zasady, ważniejszej niż cała moralność.

Spór o ubój rytualny naprawdę ma niewiele wspólnego z demokracją jako taką. Mógłby mieć równie dobrze miejsce np. w monarchii absolutnej i wcale nie jest powiedziane, że wtedy żydzi i muzułmanie byliby na gorszej pozycji niż tutaj. Z drugiej strony, w demokracji również mniejszość może krytycznie odnosić się do niemoralnych zachowań większości i próbować je ukrócić, czego dobrym przykładem są ruchy pro-life. Zatem przeciwnicy zakazu uboju rytualnego nie powinni się powoływać na prawa mniejszości, ale raczej pomyśleć, jak stać się demokratyczną większością…
 

Komentarze (10)
Jak biedny bogatemu dopłaca
 Oceń wpis
   

Świat motoryzacyjny obiegła wiadomość, że po siedmiu latach kończy się produkcja super-samochodu Bugatti Veyron, zabawki rozpędzającej się do ponad 400 km/h i kosztującej dobrze ponad milion dolarów. Historia Veyrona to jednak nie tylko ciekawostka ze świata luksusu, ale również intrygujący kazus ekonomiczny.

Veyron

Powszechnie przyjmuje się, że dobra luksusowe sprzedawane są z olbrzymią marżą. Jest to zazwyczaj prawda, jeśli uwzględniać tylko bezpośrednie koszty produkcji - materiały i robociznę, ale już nie nakłady na rozwój czy marketing. Intrygującym paradoksem jest, że pomimo obłędnej ceny, projekt Bugatti Veyron jako taki okazał się... deficytowy (ewentualnie mówiło się o minimalnym zysku po zakończeniu cyklu produkcji), głównie ze względu na astronomiczne koszty stałe.

Bugatti jest częścią koncernu Volkswagen, który sobie może na taką ekstrawagancję pozwolić, bo czerpie zyski z bardziej przyziemnych projektów. Tak oto poczciwy Kowalski, który za ciężko zarobione pieniądze kupuje wymarzoną Skodę Fabię, dokłada do miliardera, który wrzuca kolejne drogie cacko do przypałacowego garażu. Ludowe porzekadło, że biednemu zawsze wiatr w oczy okazuje się nadzwyczaj prawdziwe.

Nie jeżdżę Skodą, ale gdybym jeździł, specjalnie nie przeszkadzałoby mi to, ze dokładam się komuś do Veyrona. Miałbym motywację, do wspinaczki po szczeblach drabiny społecznej. A jeśli uważałbym sprawę za nie fair, zawsze można wybrać pojazd innego koncernu. Zatem ten rodzaj redystrybucji od bogatych do biednych jest niezbyt frustrujący.

Dużo gorsze są sytuacje, gdy rzecz odbywa się poza rynkiem i ponad naszymi głowami. Gdy musimy kupować drogie i nieefektywne wiatraki, bo ktoś rozstrzygnął, że za dużo emitujemy CO2. Gdy Kowalski wyłoży kasę dla wielkich instytucji, które trzymają greckie obligacje, w ramach specyficznie rozumianej solidarności z tymi, którzy przejedzą każdą pomoc po czym i tak zbankrutują.

Współczesne dekoracje są pod pewnym względem zbliżone do monarchii - przeciętny szaraczek ma w nich tak naprawdę coraz mniej do powiedzenia, bo o wszystkim decyduję "układy na górze". Różnica jest taka, że królewskie kaprysy (kiedyś złote karoce, dziś pewnie złoty Veyron) były chyba jednak mniej kosztowne niż wdrażanie pomysłów decydentów, którzy realizują drogie fantazje eko-intelektualistów lub wspierają gigantów "za dużych by upaść".

Komentarze (3)
Modne rewolucje i demokratyczni fundamentaliści
 Oceń wpis
   

Trudno zakładać, że napełniania przez lata czara goryczy przypadkiem przelała się równocześnie w kilku krajach arabskich. Mieliśmy do czynienia z efektem kuli śniegowej, a może nawet bardziej mody. Dokładnie tak - mody na rewolucje.

Potrzeba naśladownictwa jest bardzo mocno zakorzeniona w ludzkiej naturze. Modzie polegają nawet tak poważne i intymne kwestie jak samobójstwa - gdy zabije się znana osoba, natychmiast rośnie też liczba samobójstw w całej populacji.

Oczywiście, w przypadku samobójstw czy rewolucji moda nie jest ślepa - stoją za nią jakieś racjonalne kalkulacje, w rodzaju "to widać nie jest takie straszne" czy "innym się udało, to może i nam się uda", niemniej pierwotny instynkt naśladownictwa ma tu coś do powiedzenia.

Ciekawym aspektem wydarzeń w Tunezji czy Egipcie jest rozstrzał formowanych w związku z nimi prognoz. Niektórzy eksperci mówią o "drugiej Solidarności" i drodze ku gospodarce rynkowej pogłębieniu demokracji, inni straszą dojściem do władzy islamskich fundamentalistów. Paradoksalnie, w obu diagnozach może być ziarno prawdy. Zryw może mieć u źródła pro-demokratyczny charakter, ale jednocześnie może się zakończyć przejęciem rządów przez radykałów.

Bassam Tibi w książce Fundamentalizm religijny (PIW 1997) zwraca uwagę, na instrumentalne traktowanie demokracji przez islamskich fundamentalistów, chcących dojść do władzy. Najpoważniejsza (choć nieudana) taka próba miała miejsce w Algierii w 1991 roku. Problem, czy demokracja może tolerować przeciwników demokracji to niezmiernie ciekawe zagadnienie, które, mam nadzieję, zasłuży kiedyś na osobny wpis na blogu.

Zauważmy, że zamieszki mają miejsce w krajach, które można by określić jako łagodnie autorytarne, pośrednie między demokracją a autorytaryzmem. Taki łagodny autorytaryzm raczej nie zbudza zachwytu u postępowych teoretyków, zapewnia jednak względny spokój w tej części świata. Próba jego udemokratycznienia może się paradoksalnie skończyć "utotalitarnieniem".

Widać tu wyraźną różnicę między polityką i ekonomią. Ekonomia gorzej znosi stany pośrednie i pół-rynkowa hybryda zwykle będzie gorsza i od systemu rynkowego i nawet nierynkowego. Tymczasem w polityce system pośredni między autorytaryzmem i demokracją może być najlepszym wyborem dla niejednego kraju na świecie. 

Komentarze (2)
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne