Jak to jest z tym wiekiem emerytalnym?
 Oceń wpis
   

Rządowy projekt obniżenia wieku emerytalnego wzbudza wielkie lamenty przeróżnych etatowych ekonomistów i komentatorów. Jako argument przeciw powtarza się dwie mantry: (1) niższy wiek emerytalny to nawet o 30% niższa emerytura, (2) niższy wiek emerytalny to parę miliardów większy deficyt w ZUS w najbliższych latach. Oraz czasem jeszcze jedną – (3) ludzie dłużej żyją, więc mogą dłużej pracować. Argumentom tym trudno odmówić formalnej słuszności, natomiast zdecydowanie można im omówić kompletności. Jeśli ktoś bowiem uważa, że wyczerpują one debatę, to znaczy, że bardzo mało wie o tym, jak naprawdę funkcjonuje, tak od strony prawnej, jak i praktycznej, nasz system emerytalnej.

Zatem po kolei. Stwierdzenie „popracujesz 7 lat dłużej to będziesz miał(a) 30-40% wyższą emeryturę” zakłada, że dana osoba może swobodnie wybierać między pracą a pójściem na emeryturę. Jak to się ma do praktyki – ano nijak, odsetek osób aktywnych zawodowo po 60-ce jest mały.  Podług ostatniego „Rocznika Statystycznego Pracy” GUS, w 2015 aktywność zawodowa wyglądała tak:

wiek 45-49: mężczyźni 86,3%, kobiety 82,7%
wiek 50-54: mężczyźni 79,8%, kobiety 73,6%
wiek 55-59: mężczyźni 70,4%, kobiety 52,1%
wiek 60-64: mężczyźni 41,2%, kobiety 16,0%

Dla sporego odsetka populacji późniejsza emerytura oznacza bycie bezrobotnym przed emeryturą i ewentualne korzystanie ze wsparcia pomocy społecznej, co też kosztuje.
Wreszcie, jakiś odsetek tych osób, które przy niższym wieku emerytalnym pobierałyby świadczenie, późniejszego wieku emerytalnego po prostu nie dożyje. Około 6% kobiet umiera między 60 a 67 rokiem życia, a 5% mężczyzn między 65 a 67. To będą ci, którzy na skutek przesunięcia wieku emerytalnego zostaną zmuszeni pracować dłużej a jednocześnie nie dostaną nawet grosza z odkładanych latami składek.

Drogą kwestią, jest koszt dla budżetu. Owszem, obniżenie wieku emerytalnego będzie dla nas kosztowne w krótkim okresie. Ale czy będzie kosztowne w długim? Czy będzie kosztowne per saldo? Otóż, paradoksalnie, niekoniecznie. Repartycyjny system emerytalny (część ZUS-owska) w obecnym kształcie jest formą piramidy finansowej – to nie jest obelga, tylko stwierdzenie pewnego faktu. Od klasycznej piramidy różni się tylko tym, że jej operatora się nie zwija cichaczem, tylko finansuje niedobór miedzy wpłatami a obiecanymi wypłatami z innych źródeł, generują deficyt budżetowy.

Każda wpłacona do ZUS emerytalna złotówka jest hojnie waloryzowana algorytmem, który wyklucza dostosowanie się tejże waloryzacji do kryzysów ekonomicznych i demograficznych (co ciekawe, początkowo algorytm był elastyczny, ale potem zostało to ustawowo „poprawione”). Każda składka generuje dług ukryty (implicit debt) – tym większy, im dłużej wirtualnie „leży” na tym koncie, a przecież tym dłużej leży, im większy mamy wiek emerytalny. Skoro zaś system (piramida) waloryzuje oszczędności zbyt hojnie, to im więcej tam wpłacimy, tym gorzej dla operatora piramidy, czyli państwa, czyli ostatecznie podatników.

Inaczej mówiąc – wiek emerytalny wpływa tylko na czas (timing) przepływów gotówkowych w systemie, natomiast to, czy system emerytalny się bilansuje czy nie, zależy od metody waloryzacji kont emerytalnych. Można mieć system, który się dopina przy wieku emerytalnym 50 lat i można mieć system, gdzie wydłużenie wieku emerytalnego tylko powiększy koszty obsługi tego systemu w przyszłości. W pewnych okolicznościach obniżenie wieku emerytalnego przypomina z kolei wcześniejszą spłatę zadłużenia lichwiarzowi, co jest bolesne w krótkiej perspektywie, ale w dłuższej może wyjść nam na dobre. Tak czy owak, jeśli ktoś skupia się na wieku emerytalnym, a abstrahuje od kwestii waloryzacji kont emerytalnych, to znaczy że nie ma pojęcia o tym jak działa system repartycyjny zdefiniowanej składki, który funkcjonuje w Polsce.

Warto na koniec pochylić się nad tezą lubianą zwłaszcza przez ekonomistów akademickich – późniejszy wiek emerytalny i dłuższa praca to naturalne konsekwencje faktu, że ludzie żyją dłużej. Ten argument jest również bałamutny. Widziałem niedawno ciekawe, szeroko zakrojone badania z USA i GB nad kondycją zdrowotną tych samych kohort wiekowych (w sensie, np. „siedemdziesięciolatków”) urodzonych w kolejnych latach. Jest niezaprzeczalnym faktem, że ludzie żyją dłużej, natomiast warto zastanowić się, dlaczego żyją dłużej? Otóż okazuje się, że wcale nie dlatego, że są zdrowsi i sprawniejsi! Badając później urodzone kohorty zauważono wyższy poziom tzw. frailty, niezdolności do samodzielnego funkcjonowania, np. ze względu na upośledzenia ruchowe, które jednak nie są zabójcze samo w sobie (winne są zapewne choroby cywilizacyjne, np. otyłość). Ludzie zatem żyją dłużej dlatego, że postęp medyczny jest w stanie ich dłużej utrzymać przy życiu, ale to się wcale nie przekłada na to, że są sprawniejsi i dłużej zdolni do pracy. Taki stan rzeczy jest oczywiście bardzo problematyczny – wydatki na opiekę medyczną dla emerytów będą systematycznie rosły, czego nie da się jednak skompensować wyższą produktywnością w starszych rocznikach.

System emerytalny w obecnym kształcie wydaje się zatem nie do utrzymania – uratować nas może albo globalna katastrofa, która zresetuje wszystkie należności i zobowiązania, albo postęp technologicznym, który radyklanie zmieni porządek ekonomiczny i społeczny (dochód gwarantowany, automatyzacja produkcji, body augmentation). Nie dajmy jednak sobie wmówić, że prosta reparametryzacja systemu, jak podniesienie wieku emerytalnego, cokolwiek rozwiąże w dłuższej perspektywie – to tylko zamiatanie prawdziwych problemów pod dywan.
---

Na koniec, tradycyjnie zapraszam do odwiedzenia i polubienia Dzikonomiki na Facebooku – tam dzieje się sporo więcej niż na blogu:

https://www.facebook.com/dzikonomika

Komentarze (0)
Skąd się biorą dzieci?
 Oceń wpis
   

Badani przez Bronisława Malinowskiego tubylcy z Wysp Trobriandzkich uważali za oczywistą bzdurę informację o tym, że dzieci biorą się z seksualnej interakcji kobiety i mężczyzny. Dla dzikich było oczywiste, że za płodność odpowiedzialne są duchy przodków. Współczesny świat niby wprost nie neguje biologicznych mechanizmów prokreacji...

Tym niemniej, śledząc ogólnonarodową dyskusję o demografii (niedawno włączyli się w nią również biskupi swoim listem pasterskim) zaczynam coraz bardziej odnosić wrażenie, że w XXI wieku dzieci tak właściwie biorą się z polityki prorodzinnej lub ewentualnie z próbówki.

W kwestii „nowoczesnej teorii prokreacji” zadziwiająca jest zgodność perspektyw: lewicowej i prawicowej, różniących się w sumie tylko drugoplanowymi szczegółami (jedni chcą np. więcej dotowanych żłobków a drudzy niższych podatków, by zostawało więcej pieniędzy na utrzymanie dzieci). Zadziwiająca jest przy tym uparte ignorowanie podstawowych faktów. A fakty są takie:

  • Liczba dzieci jest ujemnie skorelowana z zamożnością. Widać to doskonale na poziomie wewnątrzkrajowym (np. miasto-wieś) i międzynarodowym.
  • Bardzo dużo dzieci bierze się z tzw. wpadek. To taka gra natury z ludzkim wygodnictwem i nie jest to samo w sobie czymś złym – wręcz przeciwnie. Ludzie może nie palą się do posiadania dzieci, ale jak już je mają, to zwykle w miarę sprawnie się nimi opiekują.
  • Silnym korelatem liczby dzieci jest gorliwa religijność – widać to na przykładzie muzułmanów czy wspólnot neokatechumenalnych.

Stwierdzenie, że rozrodczości sprzyjają tak naprawdę bieda, trudny dostęp do antykoncepcji i religia jest do bólu prawdziwe, ale również do bólu politycznie niepoprawne. Oznacza ono bowiem, że jeśli decydentom na świeczniku naprawdę zależy na przyroście naturalnym, powinni prowadzić politykę zubożania obywateli, zakazu antykoncepcji i rozbudzania gorliwości religijnej (to ostatnie jest dość skomplikowane, ze względu na ludzką przekorę – dlatego, wbrew pozorom, dobrym narzędziem na rzecz religijności może okazać się zajadły państwowy ateizm).

Czemu zatem, wbrew oczywistym faktom, z prawa i lewa wciska się ludziom kity o tym, że dzietności ma sprzyjać bogacenie społeczeństwa i polityka prorodzinnych bonusów? Wynika to być może z tego, co psychologowie ewolucyjni nazywają strategiami reprodukcyjnymi.

Ludzie bogaci i wpływowi rozprzestrzeniali kiedyś swoje geny za pomocą licznych potomków z „nieprawego łoża”. Jednak w czasach współczesnych taka strategia jest nie do utrzymania, ze względu na zmiany w systemach prawnych, AIDS i nową obyczajowość. Teraz warstwy wyższe inwestują bardziej w jakość a nie liczbę potomstwa, wydając fortunę na wychowanie i edukację nielicznych dzieci. Przy takiej strategii faktycznie zaobserwujemy pozytywny związek między majętnością a liczbą dzieci, należy jednak pamiętać, że dotyczy to tylko relatywnie niewielkiego odsetka populacji. Jednak ta mniejszość jest wpływowa i opiniotwórcza, stąd w debacie o dzietności słychać głos zamożnych i wykształconych, nawet jeśli pozostaje on w sprzeczności z faktami.

Kwestia polityki prorodzinnej jest o tyle ciekawa, że pokazuje jak bardzo tkwimy w klinczu grup interesów i politycznej poprawności. Metoda prosta i skuteczna, jak np. odcięcie obywateli od antykoncepcji, byłaby natychmiast skrytykowana jako skrajne barbarzyństwo. W zamian za to rozważa się mało skuteczne programy ulżenia tym, którzy i tak mają najlżej. Nie pierwszy i nie ostatni to przypadek, gdy nowoczesna demokracja zjada własny ogon.
 

Komentarze (6)
Późna emerytura to pikuś
 Oceń wpis
   

Od tygodni w mediach wałkowany jest na różne sposoby rządowy projekt podwyższenia wieku emerytalnego do 67 lat. Inicjatywa ta spotyka się z radykalnym oporem różnych grup, począwszy od „przeciętnych Kowalskich”, poprzez związki zawodowe, a na opozycji właściwej i opozycji wewnątrzkoalicyjnej skończywszy.

Potężny opór przeciw zmianom jest dość ciekawą formą tęsknoty za „rajem utraconym”, czyli światem, gdzie reguły były proste i niezmienne, bo rzeczywistość była w miarę prosta i niezmienna. Zafiksowanie wieku emerytalnego na określonym poziomie w oderwaniu od całej gospodarki i demografii to jeden z ostatnich reliktów takich „starych, dobrych czasów”.

Tymczasem żyjemy w świecie, w którym coraz bardziej to, co pewne i stałe, staje się niepewne i niestałe. Rzeczy, której jeszcze niedawno uchodziły niemal za dogmaty, jak wypłacalność krajów rozwiniętych czy świętość własności intelektualnej rozpływają się na naszych oczach w morzu niepewności. Trzeba powoli oswajać się z myślą, że również emerytura również przestanie być pewnikiem. Nie – nie ma w tym zdaniu błędu. Nie „emerytura wcześniejsza” ale „emerytura w ogóle”.

Ludzie żyją coraz dłużej. W niektórych krajach liczba stulatków wzrosła na przestrzeni pół wieku kilkadziesiąt razy i liczona jest już w dziesiątkach tysięcy. Prowadzone są zaawansowane badania nad determinantami długowieczności, kolekcjonowany i badany jest genom tzw. supercetenarian (osób żyjących 110 lat i więcej). Co to wszystko oznacza? Ano to, że biologiczna nieśmiertelność jest jedynie kwestią czasu.

Spotkałem się z szacunkami (naukowców, nie fantastów), że medyczne zatrzymanie procesów starzenia będzie możliwe już około 2045 roku. Łatwo zauważyć, że na tym tle dyskusja czy do 2040 roku podnieść wiek emerytalny do 67 lat może wzbudzać jedynie pobłażliwy uśmiech. Może lepiej w ramach ćwiczenia intelektualnego pomyśleć, jak będzie wyglądało życie naszych wnuków, dla których pojęcie emerytura będzie podobnym reliktem jak „system lenny” czy „polowanie na mamuty”. Bo naturalną konsekwencją wiecznego życie jest… wieczna praca. Chyba, że i w tym względzie postęp naukowy załatwi parę fundamentalnych problemów i np. nie będziemy musieli pracować w ogóle.

Zniknięcie systemu emerytalnego to oczywiście tylko drobny element wywrócenia porządku świata związanego z nieśmiertelnością i wieczną młodością. Będą i inne, równie przerażające, co zabawne – np. poznajemy w barze fajną dziewczyną, a potem się okazuje, że jest ona prababcią naszego najlepszego kumpla. Tak czy siak, będzie ciekawie…
 

Komentarze (0)
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne