Czy można dyskryminować dyskryminację...
 Oceń wpis
   

Wśród wielu modnych współcześnie politycznie poprawnych pojęć, chyba najdziwniejszym i najbardziej pozbawionym treści jest dyskryminacja. Dyskryminacja to tyle, co różnicowanie, pojęcie samo w sobie neutralne. Obecnie przez dyskryminację rozumie się jednak różne traktowanie różnych grup ludzi, co ma być wielką niesprawiedliwością samą w sobie.

Współcześnie, za dyskryminację uważa również spontaniczne istnienie porządku instytucjonalnego, który jakąś grupę faworyzuję - spotkałem się choćby z twierdzeniem, że współczesna polityka dyskryminuje kobiety, bo wiąże się z rywalizacją, w której lepiej radzą sobie naszprycowane testosteronem samce.

Polska Konstytucja posiada zapis, że "nikt nie może być dyskryminowany (...) z jakiejkolwiek przyczyny", co jest stwierdzeniem absurdalnie ogólnym. Żeby było śmieszniej, nawet - zdawałoby się proste - określenie kto właściwe jest dyskryminowany, może dawać zupełnie różnie wyniki, w zależności od tego, jak matematycznie podejdziemy do zmierzenia poziomu dyskryminacji. W statystyce nazywa się to Paradoksem Simpsona.

O dyskryminacji zrobiło się głośno przy okazji wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który stwierdza, że kobiety i mężczyźni powinni płacić równą składkę za komunikacyjne ubezpieczenie OC. Obecnie kobiety płacą mniej, bo w pewnych grupach wiekowych ich wypadkowości jest dużo mniejsza od mężczyzn:

 ETS orzekł koniec dyskryminacji w OC

Zastanówmy się chwilę, czy faktycznie mamy tu do czynienia z likwidacją dyskryminacji. Prawodawstwo unijne wyróżnia dwa rodzaje dyskryminacji, bezpośrednią (różne traktowanie podobnych grup) i pośrednią (identyczne traktowanie różnych grup, np. brak ochrony dla kobiet w ciąży w miejscu pracy). Zatem stosowanie równych stawek można z powodzeniem naciągnąć na dyskryminację pośrednią, ponieważ mamy identyczne stawki ubezpieczenia dla ewidentnie różnych grup ryzyka.

Oto do czego prowadzi stosowanie totalnie rozmytych pojęć. To, czy mamy do czynienia z dyskryminacją, czy nie, staje się rozstrzygnięciem totalnie arbitralnym. Żeby było jeszcze śmieszniej, owa straszna dyskryminacja w ubezpieczeniach jest, z ekonomicznego punktu widzenia, zdecydowanie za słaba. Różnice w stawkach (podobnie zresztą jak zniżki za bezwypadkową jazdę) tylko częściowo kompensują różnice w ryzyku. Zatem nawet po skorygowaniu stawek, bezpieczni kierowcy i tak dopłacają do ubezpieczenia ryzykantom / pechowcom.

Tak oto działa politycznie poprawny świat - w imię błędnie pojętej równości, z niedoskonałego systemu częściowo sprawiedliwego robi się "idealny" system całkiem niesprawiedliwy...

Komentarze (0)
Horror prostych podatków
 Oceń wpis
   

Zrzeszający małe i średnie firmy Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wystąpił ostatnio z interesującą inicjatywą - zastąpienia CIT jednoprocentowym podatkiem od przychodów.

Co ciekawe, według wyliczeń ZPiP taka operacja mogłaby przynieść  budżetowy aż 32 miliardy zysku, bowiem CIT płaci w Polsce ledwie 37% firm (pozostałe nie wykazują zysku). Podatek CIT w przeliczeniu daje ledwie 0,44% obrotu, przy czym im większe koncerny, tym ten wskaźnik jest niższy.

Wprowadzenie podatku od przychodów pozostaje w naszej rzeczywistości raczej marzeniem ściętej głowy, bo pomijając opór "lokalny", przeciwna mu jest również UE. Z drugiej strony funkcjonuje on całkiem nieźle w wielu stanach USA. Ma on oczywiście swoje wady, jak choćby tworzenie silnych bodźców do integracji pionowej przedsiębiorstw. Ma też jednak ewidentne zalety, jak olbrzymia prostota, zapobieganie kreatywnej księgowości i transferowaniu zysków.

W tej prostocie jest właśnie pies pogrzebany. Współczesne państwo opiekuńcze i służący mu intelektualiści wiele zrobili, by pokazać, że nie ma straszniejszej rzeczy niż proste podatki. Nawet globalne ocieplenie, terroryzm, pedofilia, czy szalejące nacjonalizmy to pikuś wobec niskiego, prostego i jednolitego opodatkowania.

Podatek dochodowy, z jakim mamy teraz do czynienia, to efekt niepisanej umowy wielkiego biznesu z państwem opiekuńczym, zapewniającym olbrzymie zyski temu pierwszemu i więcej władzy (przez rozbudowany aparat regulacji i egzekucji) temu drugiemu. Powszechnie lansowana teza o wyższości podatku dochodowego nad przychodowym jest natomiast wynikiem sprytnego i cynicznego wykorzystania porządku idealnego do obrony interesów w świecie realnym.

W świecie idealnym, gdzie nie istnieje kreatywne nabijanie kosztów, nie ma arbitrażu, rajów podatkowych, wszyscy oddają państwu chętnie i bez ponaglania określoną część zysku - w takim świecie podatek dochodowy sprawdza się doskonale, jest racjonalny, sprawiedliwy, tani w egzekucji. Jest tylko jeden mały problem - taki świat nie istnieje. Podatek obrotowy jest ułomny, ale ma olbrzymią zaletę - świetnie pasuje do niedoskonałej rzeczywistości, w której ludzie podatku płacić nie chcą.

Żyjemy w świecie, gdzie o bezsensowności trzymania psa pasterskiego przekonuje nas armia wilków-intelektualistów. Rozwiązania proste nie mają tu racji bytu, bo odbierają największym kasę, wpływy i władzę. Miejmy nadzieję, że może kiedyś armia prostych pastuszków z kijami zrobi tu nieco porządku.

Komentarze (3)
Kłamstwo ma długie nogi
 Oceń wpis
   

Spośród porzekadeł i ludowych mądrości, najmniej prawdziwe są te mówiące o kłamstwie.

Kłamstwo ma krótkie nogi, prawda jak oliwa - na wierzch wypływa, nie można nic trwałego zbudować na kłamstwie. Czyżby? Dziś głośno o tym, że ważnym elementem uzasadnienia  interwencji wojskowej w Iraku w 2003 były zmyślone historyjki opowiadane przez jednego emigranta:

Atak na Irak bazował na wymysłach

No proszę, jak łatwo bajkami wojnę wywołać. Bo kłamstwo nie ma krótkich nóg. Często ma bardzo długie, a budowane na nim systemy są potężne i bardzo trwałe.

Odrzućmy na chwilę politycznie poprawne gadki o równości wszystkiego i postmodernistyczne teoryjki o tym, że coś takiego jak prawda obiektywnie nie istnieje. I weźmy choćby na warsztat takie wielkie religie. Jeśli założymy, że prawdziwe jest chrześcijaństwo, to judaizm i islam są w jakimś istotnym stopniu zbudowane na kłamstwie (o śmierci Chrystusa i roli Mahometa) itd. Nikt jednak nie powie, że te wielkie systemy są nietrwałe i nie kształtują losów świata.

Z kłamstwem jest jeszcze inny problem: jeśli pominiemy jakiś porządek metafizyczny, to trudno nawet uznać, że jest szkodliwe. Badania psychologiczne już dawno wykazały, że zdrowi na umyśle ludzie wykazują pewien skrzywiony, nierealistyczny ogląd świata, a dopiero zburzenia typu depresja czynią nas obiektywnymi. Kłamstwo nie dość, że jest trwałe, to jeszcze potrafi być zbawienne (przynajmniej z utylitarnej perspektywy).

Co z tego wszystkiego wynika? Cynik bądź nihilista powiedziałby: wychodzi na to, że prawda jest niewiele warta. Moje sugestie są jednak nieco inne: wynika z tego tyle, że mało jest rzeczy równie trudnych, jak walka o prawdę. Bo bardzo naiwna jest wiara, że kłamstwo ma krótkie nogi i samo wyjdzie na jaw.  

Komentarze (4)
O wyższości mamony nad adrenaliną
 Oceń wpis
   

Dziennik donosi, że niemiecki Die Welt skrytykował Roberta Kubicę pisząc, że jego wypadek to tragiczny przykład żądzy adrenaliny w sportach motorowych. Cóż, a ja naiwny zawsze myślałem, że w sporty motorowe, w przeciwieństwie do np. gry w szachy czy pływania synchronicznego, żądza adrenaliny jest niejako wpisana...

Komentarze po tragicznym wypadek Roberta ujawniły dwa skrajnie różne oblicza współczesnego biznesu i społeczeństwa. Pierwszą z nich jest obsesyjny wręcz kult zdrowia i bezpieczeństwa. Każdy, kto ryzykuje swoje życie testując granice ludzkich możliwości, postrzegany zaczyna być jako niebezpieczny wariat. 

Presja medialna idzie jeszcze dalej i nawet niezdrowe odżywianie się i używki zyskują status zbrodni przeciw zdrowiu i życiu. Nawet niektórzy duchowni Kościół katolicki trochę się chyba zagalopowali, podciągając pod piąte przykazanie (które pierwotnie oznacza tyle co "nie morduj") różne pomniejsze grzeszki w rodzaju wypalenia papierosa czy szybszej jazdy samochodem.

Ludzie, którzy kochają ryzyko, muszą się w tak poprawnie politycznym świecie czuć bardzo wyalienowani. Dotyczy to nie tylko kierowców rajdowych, ale też choćby alpinistów, którzy ocierają się o śmierć jeszcze bardziej niż sportowcy wyczynowi (co siódme wejście na Mount Everest kończy się śmiercią, a dla K2 statystyki wyglądają jeszcze gorzej).

Ta obsesja na punkcie zdrowia i bezpieczeństwa ma zapewne podłoże w lęku przed śmiercią, z którym pozbawiona transcendentnych filarów cywilizacja radzi sobie bardzo słabo. I tak rodzi się społeczeństwo, w którym do bólu zdrowe i bezpieczne życie jest celem samym w sobie.

Jest jednak i druga strona medalu, także ujawniona po wypadku polskiego kierowcy. Stwierdzono, że regułą dla kierowców F1 jest zakaz uprawiania ryzykownych sportów poza torem wyścigowym, a Kubica był tutaj wyjątkiem. Takie rozwiązanie jest oczywiście wytłumaczalne ekonomicznie, ale jednocześnie poraża swoim wyrachowaniem - przypomina traktowanie kierowcy jako dobrze opłacanego gladiatora, który co prawda na arenie może przelewać krew, ale poza nią ma jeść zdrową sałatę i "dobrze się prowadzić".

Francuskie porzekadło powiada, że im bardziej rzeczy się zmieniają, tym bardziej pozostają takie same. Komentarze po wypadku Kubicy są tego dobrym potwierdzeniem. Cywilizowany świat brzydzi się ryzykowaniem życia i jednocześnie dobrze za nie płaci. Ryzykowanie dla adrenaliny to ciężki grzech, dla mamony - no, to już zupełnie co innego...

Komentarze (3)
Gwałtu, rety - reklamują opium!
 Oceń wpis
   

Współczesna cenzura obyczajowa potrafi zaskoczyć. Reklama perfum Belle d'Opium firmy Yves Saint-Laurent została właśnie zakazana w Wielkiej Brytanii, bo jej choreografia rzekomo nawiązuje do zażywania narkotyków. Minutowy spot można też oglądać w polskiej TV.

www.youtube.com/watch

Reklama Belle d'Opium jest śmiała, to fakt, ale nowych standardów w tym wymiarze nie wyznacza, były śmielsze spoty. Czyżby brytyjski regulator miał jakieś bardzo wyśrubowane standardy, rodem z epoki wiktoriańskiej? Chyba jednak nie, bo w zeszłym roku w tym kraju reklamowano bez przeszkód... aborcję. O co więc chodzi?

YSL oczywiście nie reklamuje opium, bo jest domem mody, a nie dealerem narkotykowym. Ta prosta konstatacja powinna zakończyć sprawę. Warto jednak zadać sobie pytanie, jakie mechanizm stoją za tak ewidentnym przykładem wybiórczej cenzury?

W telewizji pełno jest kontrowersyjnych spotów, choćby reklama pewnego batonika, którą można odebrać jako kpinę z osób starszych i zniedołężniałych, nawet jeśli zamysły jej twórców były nieco inne. Wiele reklam produktów finansowych mogło wprowadzać w błąd i zachęcać do niezbyt mądrego rozporządzania swoim majątkiem (zwłaszcza dość nachalne naganianie na szybką decyzję o kredycie hipotecznym).

Na pierwszy rzut oka, narkotyczne perfumy nie powinny być jakoś szczególnie wyróżnione, ale... Narkotyki, nawet te wirtualne i symboliczne, to dobry chłopiec do bicia. Z błogosławieństwem państwa opiekuńczego cenzor machnie pieczątką i obwieści, jak to ochronił obywatela przed wielką groźbą, że... No właśnie, nie bardzo wiadomo przed czym ochronił, ale ochronił. I to się liczy!

Atak na reklamę YSL to także ewidentny przykład na działanie prawniczego pozytywizmu, którym skażone są współczesne demokracje. Cenzor zakaże reklamy, którą dość absurdalnie zinterpretuje jako promującą narkotyki, natomiast spotów wątpliwych moralnie, ale "czystych" wg litery prawa już nie ruszy.

Dawni cenzorzy, może na wyrost, może głupio, ale jednak chcieli chronić obywateli przed zgorszeniem, demoralizacją. Obecni cenzorzy są dużo bardziej zachowawczy, nie stawiają sobie tak ambitnych celów. Wystarczy im, że od czasu do czasu sprzedadzą obywatelom iluzję, że Wielki Brat się o nich troszczy...

Komentarze (3)
Modne rewolucje i demokratyczni fundamentaliści
 Oceń wpis
   

Trudno zakładać, że napełniania przez lata czara goryczy przypadkiem przelała się równocześnie w kilku krajach arabskich. Mieliśmy do czynienia z efektem kuli śniegowej, a może nawet bardziej mody. Dokładnie tak - mody na rewolucje.

Potrzeba naśladownictwa jest bardzo mocno zakorzeniona w ludzkiej naturze. Modzie polegają nawet tak poważne i intymne kwestie jak samobójstwa - gdy zabije się znana osoba, natychmiast rośnie też liczba samobójstw w całej populacji.

Oczywiście, w przypadku samobójstw czy rewolucji moda nie jest ślepa - stoją za nią jakieś racjonalne kalkulacje, w rodzaju "to widać nie jest takie straszne" czy "innym się udało, to może i nam się uda", niemniej pierwotny instynkt naśladownictwa ma tu coś do powiedzenia.

Ciekawym aspektem wydarzeń w Tunezji czy Egipcie jest rozstrzał formowanych w związku z nimi prognoz. Niektórzy eksperci mówią o "drugiej Solidarności" i drodze ku gospodarce rynkowej pogłębieniu demokracji, inni straszą dojściem do władzy islamskich fundamentalistów. Paradoksalnie, w obu diagnozach może być ziarno prawdy. Zryw może mieć u źródła pro-demokratyczny charakter, ale jednocześnie może się zakończyć przejęciem rządów przez radykałów.

Bassam Tibi w książce Fundamentalizm religijny (PIW 1997) zwraca uwagę, na instrumentalne traktowanie demokracji przez islamskich fundamentalistów, chcących dojść do władzy. Najpoważniejsza (choć nieudana) taka próba miała miejsce w Algierii w 1991 roku. Problem, czy demokracja może tolerować przeciwników demokracji to niezmiernie ciekawe zagadnienie, które, mam nadzieję, zasłuży kiedyś na osobny wpis na blogu.

Zauważmy, że zamieszki mają miejsce w krajach, które można by określić jako łagodnie autorytarne, pośrednie między demokracją a autorytaryzmem. Taki łagodny autorytaryzm raczej nie zbudza zachwytu u postępowych teoretyków, zapewnia jednak względny spokój w tej części świata. Próba jego udemokratycznienia może się paradoksalnie skończyć "utotalitarnieniem".

Widać tu wyraźną różnicę między polityką i ekonomią. Ekonomia gorzej znosi stany pośrednie i pół-rynkowa hybryda zwykle będzie gorsza i od systemu rynkowego i nawet nierynkowego. Tymczasem w polityce system pośredni między autorytaryzmem i demokracją może być najlepszym wyborem dla niejednego kraju na świecie. 

Komentarze (2)
Lokata - Wieczny Zysk
 Oceń wpis
   

Posiadam konto osobiste w banku Millenium. Nie pytajcie dlaczego. Grzechy młodości, lenistwo, takie tam. Swego czasu przez system Millenet założyłem odnawialną lokatę terminową. Zapada ona niedługo i chciałem zmienić jej status, by się nie odnowiła. Wchodzę do systemu, wybieram co trzeba, zatwierdzam, a tu wyskakuje błąd: operacja się nie powiodła, spróbuj ponownie, bla, bla, bla...

Dzień później, przy okazji wizyty w centrum handlowym, wstępuje do oddziału banku i proszę pana z obsługi, by mi zmienił status, bo przez Internet się nie da. A pan na to:

To lokata millenetowa, ja nie mam możliwości zmiany jej parametrów. Ale proszę się nie przejmować - w dniu zapadnięcia lokaty przyjdzie pan do banku i ją zerwie. Na jedno wyjdzie.

Wot technika - pomyślałem sobie. Normalnie trzecie millenium. Tyle, że chyba przed naszą erą. A potem się zacząłem zastanawiać - skąd pewność, że lokatę da się zerwać. Może i to uniemożliwi mi wszechwładny Mille-system. Tu od razu pojawił się pomysł - niech bank faktycznie wprowadzi kiedyś lokatę niezrywalną i nazwie ją po swojemu "Wieczny zysk". Dobry marketing i ludzie to kupią.

Żarty, żartami, ale takie długookresowe oszczędzanie można faktycznie prosto zareklamować. Jeśli w dniu urodzenia Chrystusa nas przodek ulokowałby równowartość dolara na lokacie z kapitalizacją odsetek o nędznym oprocentowaniu dwa procent rocznie, odziedziczylibyśmy dziś... naprawdę sporo. Więcej niż światowy PKB.

No właśnie, skoro to takie proste, dlaczego nikomu się jeszcze ten zabieg nie udał? Otóż świat jest tak urządzony, że przechowanie wartości w długim czasie jest praktycznie niemożliwe. Bo po drodze jest tyle "resetów" (wojny, kataklizmy, bankructwa), że nic nie się ostoi. Po II Wojnie Światowej mamy kilka dziesięcioleci względnego spokoju, ale na linii historii ostatnie lata to dziwaczny wyjątek, a nie reguła.

Zatem, Czytelniku, jeśli jeszcze raz usłyszysz terminy w rodzaju długookresowa inwestycja czy stopa wolna od ryzyka, traktuj je raczej jako użyteczne metafory, a nie obietnice zysku i bezpieczeństwa. Tak oto od trywialnej awarii w systemie bankowości elektronicznej, doszliśmy do pesymistycznej refleksji o brutalnej naturze rzeczy. Dzikonomicznie.

Komentarze (11)
Polacy kochają nieruchomości
 Oceń wpis
   

Z pewnym poślizgiem, ale w końcu Rząd zabiera się za dość poważne okrojenie programu dopłat do kredytów hipotecznych Rodzina na swoim:

bip.kprm.gov.pl/g2/2011_01/3909_fileot.pdf

Program cieszy się dużą popularnością, ale też generuje koszty budżetowe, zatem w ramach zaciskania pasa koalicja rządząca planuje go wygasić, nawet jeśli straci przez to parę punktów w nadchodzących wyborach. O niedoskonałości RnS i jeszcze większej niedoskonałości nowelizacji programu pisałem choćby tutaj:

www.money.pl/archiwum/felieton/artykul/dzik;nadchodza;czynszowki;na;swoim,57,0,627769.html

Teraz chciałbym poruszyć nieco inną kwestię - otóż wielu analityków, dziennikarzy i amatorskich komentatorów rynku lansuje teorię, że likwidacja RnS przyczyni się w znacznym stopniu do spadku cen. I tutaj się z nimi nie zgodzę. Polski rynek nieruchomości polega bowiem dość specyficznym uwarunkowaniom.

Ceny mieszkań licząc od szczytu hossy w 2007/2008 spadły w Polsce widocznie, ale nie tak silnie jak w krajach zachodnich. Wiele osób próbuje doszukiwać się w tym spisku banków, które dają za łatwo kredyty i deweloperów, którzy lobbują za utrzymaniem dopłat.

Zauważmy jednak, że Polacy spłacają te lekką ręką rozdawane kredyty hipoteczne wyjątkowo sumiennie, a wysokie ceny nie są tylko domeną nowego budownictwa, ale i tysięcy ofert na rynku wtórnym, który trudno podejrzewać o udział w spisku. By wyjaśnić fenomen wysokich cen i stabilizacji rynku pomimo kryzysu, warto sięgnąć po bardzo ciekawe, acz zapomniane badanie CBOS sprzed pół roku:

www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/spoleczenstwo/sondaz--prawie-polowa-polakow-obawia-sie-niskich-emerytur,60122,1

Uderzające jest, że za najlepszą formę zabezpieczenia na emeryturę Polacy uznają właśnie nieruchomość, a nie lokaty finansowe czy dedykowane produkty emerytalne, takie jak IKE. Co więcej, jest to opinia wykształconych mieszkańców wielkich miast, a nie konserwatywnych staruszków z prowincji.

Polacy kochają nieruchomości. Mój dom - moja twierdza, widać tu pozostałość kultury szlacheckiej. W czasach kryzysu, zamiast odwrócić się od przewartościowanych mieszkań, mogą je wręcz traktować jako bezpieczną lokatę kapitału, ochronę przed inflacją itp.

Miłość do nieruchomości nie musi być "matematycznie" racjonalna, nie wynika z jakichś fachowych kalkulacji. Niemniej jest czymś realnym i wpływa znacząco na popyt i ceny. Deweloperzy, choć często proste chłopaki, to dostrzegają i rozumieją. Wyrafinowani analitycy, zanurzeni w niuansach technicznych i fundamentach, już niekoniecznie - i błądzą. Nic bowiem tak nie pomaga w rozumieniu zimnych liczb, jak zajrzenie w gorące serca konsumentów.

P.S.: nowy rok to również medialna ofensywa instytucji oferującej tzw. odwrócone hipoteki. Pomysł ciekawy i reklama ponętna, ale biorąc pod uwagę to, na co zwróciłem uwagę wyżej, nie wróżyłbym tej inicjatywie większego sukcesu...
 

Komentarze (3)
Przewidywanie - fajna rzecz
 Oceń wpis
   

Ministerstwo Finansów zaprognozowało kurs Euro na 2020 rok, ma on wynosić 3,47 zł. Fajna sprawa, nic tylko obstawiać, brać kredyt walutowy itd. itp. To jednak, jak to mówią "pikuś" wobec tego, co będzie prognozowało dzieło europejskiej myśli technicznej (skojarzenie z radziecką myślą techniczną nieprzypadkowe).

"Rzeczpospolita" dziś donosi o planach budowy superkomputera, symulującego wszystko, szczególnie procesy społecznie ekonomiczne. Living Earth Symulator ma przewidywać kryzysy ekonomiczne, epidemie, zmiany klimatyczne czy międzynarodowe konflikty. Zresztą zobaczcie sami:

www.futurict.ethz.ch/FuturICT

 Z jedną uwagą twórców projektu wypada się zgodzić - wiemy więcej o mechanizmach rządzących wszechświecie niż społeczeństwem. Warto jednak zapytać: dlaczego? Zjawiska socjo-ekonomiczne są skomplikowane, to fakt. Ale też ludzie tym różnią się od pulsarów i planetoid, że przewidywania tego, jak się zachowają wpływają na to… jak się zachowują.

Jaki będzie efekty tego, że oto supermądry superkomputer ogłosi Europejczykom, że czeka nas kryzys na rynku nieruchomości i potanieją one za dwa lata o 30%? Katastrofa na rynku mieszkań. Jeśli ludzie uwierzą… Żeby było śmieszniej, autorzy projektu wspominają, że wczesne wykrywanie kryzysów pomoże im zapobiegać.

Analizując obecne trendy superkomputer przewidzi wzrost temperatury na skutek globalnego ocieplenia o 3 stopnie za pięćdziesiąt lat. Ale czy jest w stanie przewidzieć, że w międzyczasie ktoś sobie z tym poradzi na skutek wyrafinowanej i śmiesznie taniej geoinżynierii?

Historia jest jednym wielkim pasmem dowodów, że przewidywać procesów społeczno-ekonomicznych się nie da. Bo ich złożoność rośnie szybciej niż zdolności predykcyjne, a ludzki spryt, innowacyjność i okrucieństwo razem wzięte zawsze nas czymś zaskoczą.

Naukowcy powinni nam pomagać żyć w nieprzewidywalnym świecie, a nie mamić możliwościami prognozowania wszystkiego. Zaś zamiast tworzyć symulatory świata, mogliby zrobić coś pożytecznego w rodzaju skutecznych tabletek na kaca, czy proszku który spierze z koszuli ten uparty sok z brzoskwini…

Komentarze (4)
Wprowadzenie do dzikonomiki
 Oceń wpis
   

Nowy rok, czas na zmiany. Zamiast środowych felietonów w money.pl, rozpoczynam nowy rozdział działalności publicystycznej - nieco zakręcony blog. Czytelników starych i nowych zapraszam do czytania i komentowania. Postaram się, by było ostrzej i śmiesznej. Będzie też na pewno trochę dziwniej.

Czemu podtytuł "anarchistyczny konserwatysta", o co w tej dzikonomice ma chodzić? Oksymoron w podtytule jest celowy, to taka kpina z szufladkowania. Świat dzikonomiki to świat bez etykiet. Konserwatyzm, liberalizm, prawica, lewica, socjalizm, kapitalizm - teoretycznie powinny ułatwiać poruszanie się po świecie, ale dziś służą jako pałki do okładania się po głowie.

Dla dowolnego poglądu o roli rynku i państwa znajdzie się ktoś, kto go nazwie "krwiożerczo liberalnym" i ktoś inny, kto go nazwie "lewacko zamordystycznym". Uważam zatem, że nie warto pląsać na linie rozpiętej między lewicą i prawicą, ciemnogrodem i modernizmem, ortodoksją i awangardą. Warto stać obok. I się uważnie przyglądać.

Jak wspomniałem, nie lubię etykiet. Co wcale nie znaczy, że nie widzę różnicy między anarchistycznym konserwatystą a konserwatywnym anarchistą. Jestem tym pierwszym. Na czym to polega - zobaczycie.

O czym będę pisał. O rzeczach przeróżnych. O tych, na których się znam, jak hazard; o tych, na których wydaje mi się, że się znam, jak ekonomia polityczna, i wreszcie o tych, na których się nie znam, jak sport czy media. O nieważnych rzeczach wielkich i ważnych drobiazgach. Co z tego wyjdzie - czas pokaże. Zapraszam!

 Bartek Dzik

Komentarze (2)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne