Pożegnanie 60-ki
 Oceń wpis
   

Jutro czeka nas kolejna fala rozpoczętych jakichś czas temu pożegnań. Zgodnie z wytycznymi Komisji Europejskiej ze sklepów zniknąć mają klasyczne żarówki o mocy 60W. To kolejny krok w stronę edukowania na siłę społeczeństwa, które zbyt opornie asymiluje ekologiczne nowinki.

"Cóż to znaczy" - zapyta ktoś - "w dobie meta-debat nad brakiem debaty przed wyborami w Polsce, kryzysu strefy Euro, wojny domowej w Libii?" Otóż warto wiedzieć, że żarówkowy casus znaczy dużo więcej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

Jako podstawowy substytut dla żarówek proponuje się energooszczędne świetlówki. Zawierają one trujące substancje (i powiedzmy sobie szczerze, przeciętny Kowalski je wyrzuca, a nie utylizuje), dają mniej przyjemne dla oczu światło i czasem posiadają żywotność dużo mniejszą niż deklarowaną (np. zainstalowane w łazience wytrzymują pół roku zamiast dziesięciu).

Alternatywą są jeszcze żarówki LED, rozwiązanie bardzo dobre,  nowoczesne, ale wciąż drogie (potrafią kosztować ponad 100 zł). Oczywiście, jak z każdymi nowinkami, możemy się spodziewać, że ich ceny spadną, przyjdzie nam jeszcze na to jednak trochę poczekać.

Komisja Europejska zarządziła zatem wycofanie żarówek w sytuacji, gdy istniejące substytuty mają albo gorsze właściwości albo dużo wyższą cenę. Dlaczego nie zaczekano, aż ceny rozsądnych substytutów nie spadną na tyle, by zaczęły stanowić realną rynkową alternatywę dla starych żarówek? Dlaczego nie posłużono się słabszym od zakazu instrumentem fiskalnym, jak opodatkowanie żarówek czy subsydiowanie LEDów?

Odpowiedź na powyższe pytania może być dla niektórych zaskoczeniem. O ile bowiem globalni gracze zbierają cięgi za niemrawość bądź brak przewidywalności w walce z falami kryzysu finansowego, o tyle ich polityka ekologiczna jest nadgorliwym dmuchaniem na zimne. W sytuacji, gdy gospodarki krajów rozwiniętych czeka ciężka próba, łatwość z jaką decydenci forsują coraz ambitniejsze cele redukcji CO2 czy wykorzystania energii odnawialnej może szokować.

Co ciekawe, nawet jeśli w pełni zgodzimy się z modelami przewidującymi antropogeniczne ocieplenie klimatu, obecna presja na drogie proekologiczne rozwiązania nie ma sensu. Po pierwsze, w początkowej fazie ocieplenia wiele krajów korzysta na tym efekcie, co utrudnia międzynarodowy konsensus. Po drugie, zamiast wdrażać drogie i łopatologiczne rozwiązania teraz, lepiej poświęcić czas na badania i rozwój, wypracowując metody, które pozwolą walczyć z ociepleniem taniej i efektywniej (geoinżynieria, prace nad gorącą fuzją).

Czemuż zatem zazwyczaj nierychliwi decydenci tak bardzo się śpieszą w dziedzinie, gdzie rozsądek nakazywałby poczekać? Ktoś mógłby powiedzieć, że chodzi o interes tych, którzy na ekologii zbijają kokosy. Gdyby tak się sprawy miały, to w sumie nie byłoby jeszcze najgorzej - lobbing boli, ale da się z nim żyć i można go temperować. Niestety, prawdziwa przyczyna może być inna - ekologizm staje się nową panteistyczną quasi-religią, która chce uporządkować świat. Radykalnie, bez kompromisów.

Żarówkę wynalazł genialny Edison, dla wielu wciąż pozostaje ona symbolem prostej i użytecznej innowacji. Ci, którzy wydali jej bezkompromisową wojnę, w niewielkim poważaniu mają wolność i zdrowy rozsądek. Pamiętajmy o tym, bo jeszcze nie raz spróbują uszczęśliwić nas na siłę.  

Komentarze (0)
Franka można opodatkować
 Oceń wpis
   

Prognozy analityków dzielą się na dwa rodzaje: takie które się nie sprawdzają (najczęściej spotykany gatunek) i takie które się sprawdzają w połowie (rzadsza odmiana). Ostatnio słyszałem, że gdy Ameryka zbankrutuje, to frank szwajcarski będzie po 3,70 zł. To dobry przykład prognozy sprawdzającej się w połowie: Ameryka przetrwała, ale frank pobił magiczną granicę.

Interwencja Szwajcarskiego Banku Centralnego powstrzymała na moment frankowe szaleństwo, ale nie miejmy złudzeń - takie kroki sprawdzają się dobrze raz, trochę słabo za drugim razem, a potem już nie bardzo. Szwajcaria potrzebuję czegoś bardziej radykalnego...

W niepewnym świecie ery post-neo-kryzysowej frank szwajcarski stał się dobrem obsesyjnie wręcz pożądanym. Inwestorzy rzucają się na niego jak pijak na tanie wino czy zagłodzony narkoman na świeżą działkę koki. Spekulanci zarabiają lepiej niż meliniarze lub dealerzy narkotykowi z Bronxu. Franka nie można zdelegalizować jak narkotyków, ale można solidnie opodatkować jak alkohol.

Na czym polega opodatkowanie waluty? Na ujemnej stopie procentowej. Chcesz trzymać na koncie naszego wspaniałego, wszech-pożądanego franka - płać za ten przywilej. Ujemne stopy procentowe to niewątpliwie pewna ekstrawagancja, ale zdarzały się już w świecie finansów. Oczywiście bardziej opłaca się wówczas trzymać franka po prostu w skarpecie, ale nie zawsze jest to wykonalne.

Gdyby stopy na franku były znacząco ujemne (typu minus 2%), wówczas ciekawie wyglądałaby sytuacja naszych hipotecznych frankowiczów z czasów mieszkaniowego boomu - straszliwy do niedawna kredyt spłacałby się sam. To już byłaby totalna ekonomiczna jazda bez trzymanki, ale w dzisiejszych czasach nie należy wykluczać najbardziej zwariowanych scenariuszy.

Komentarze (1)
Jak biedny bogatemu dopłaca
 Oceń wpis
   

Świat motoryzacyjny obiegła wiadomość, że po siedmiu latach kończy się produkcja super-samochodu Bugatti Veyron, zabawki rozpędzającej się do ponad 400 km/h i kosztującej dobrze ponad milion dolarów. Historia Veyrona to jednak nie tylko ciekawostka ze świata luksusu, ale również intrygujący kazus ekonomiczny.

Veyron

Powszechnie przyjmuje się, że dobra luksusowe sprzedawane są z olbrzymią marżą. Jest to zazwyczaj prawda, jeśli uwzględniać tylko bezpośrednie koszty produkcji - materiały i robociznę, ale już nie nakłady na rozwój czy marketing. Intrygującym paradoksem jest, że pomimo obłędnej ceny, projekt Bugatti Veyron jako taki okazał się... deficytowy (ewentualnie mówiło się o minimalnym zysku po zakończeniu cyklu produkcji), głównie ze względu na astronomiczne koszty stałe.

Bugatti jest częścią koncernu Volkswagen, który sobie może na taką ekstrawagancję pozwolić, bo czerpie zyski z bardziej przyziemnych projektów. Tak oto poczciwy Kowalski, który za ciężko zarobione pieniądze kupuje wymarzoną Skodę Fabię, dokłada do miliardera, który wrzuca kolejne drogie cacko do przypałacowego garażu. Ludowe porzekadło, że biednemu zawsze wiatr w oczy okazuje się nadzwyczaj prawdziwe.

Nie jeżdżę Skodą, ale gdybym jeździł, specjalnie nie przeszkadzałoby mi to, ze dokładam się komuś do Veyrona. Miałbym motywację, do wspinaczki po szczeblach drabiny społecznej. A jeśli uważałbym sprawę za nie fair, zawsze można wybrać pojazd innego koncernu. Zatem ten rodzaj redystrybucji od bogatych do biednych jest niezbyt frustrujący.

Dużo gorsze są sytuacje, gdy rzecz odbywa się poza rynkiem i ponad naszymi głowami. Gdy musimy kupować drogie i nieefektywne wiatraki, bo ktoś rozstrzygnął, że za dużo emitujemy CO2. Gdy Kowalski wyłoży kasę dla wielkich instytucji, które trzymają greckie obligacje, w ramach specyficznie rozumianej solidarności z tymi, którzy przejedzą każdą pomoc po czym i tak zbankrutują.

Współczesne dekoracje są pod pewnym względem zbliżone do monarchii - przeciętny szaraczek ma w nich tak naprawdę coraz mniej do powiedzenia, bo o wszystkim decyduję "układy na górze". Różnica jest taka, że królewskie kaprysy (kiedyś złote karoce, dziś pewnie złoty Veyron) były chyba jednak mniej kosztowne niż wdrażanie pomysłów decydentów, którzy realizują drogie fantazje eko-intelektualistów lub wspierają gigantów "za dużych by upaść".

Komentarze (3)
O. Rydzyk i Kod Biblii
 Oceń wpis
   

Informacja z gatunku "lekkich", acz całkiem ciekawych. W Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej o. Tadeusza Rydzyka, doszło do spięcia rektora ze studentami informatyki. Poszło o to, czy jest tam za dużo (zdaniem studentów), czy za mało (zdaniem redemptorysty) wykładów z Biblii i etyki:

Rydzyk o informatyce na uczelni Bez Biblii

Artykuł w Gazecie Wyborczej ma dość jednoznaczną wymowę - biednych studentów chcą zarzucić jakimiś fikuśnymi przedmiotami, a oni biedaczki narzekają, że w "Biblii nie poprogramujemy". Czy to aby na pewno dobra perspektywa?

Szkoły wyższe od zarania były czymś więcej niż instytucjami przygotowującymi do konkretnego zawodu. Uważano, że człowiek wykształcony to nie tylko taki, który opanował jakąś dziedzinę nauki, ale również poznał pewien etos intelektualisty i nabył wiedzę ogólną o cywilizacji, w której przyszło mu funkcjonować.

Oczywiście, z wszystkim można przesadzić. W czasach studenckich otarłem się o trzy wydziały dwóch uczelni i widziałem obie skrajności. Wydział, gdzie przedmiotów "ogólno-egzystencjalnych" było całe multum, kosztem wiedzy specjalistycznej. Ale też wydział, który kształcił wysoko cenionych specjalistów, nie mających jednak prawie żadnej styczności z wiedzą ogólną, poza upchniętą na siłę odrobiną zajęć, zwanymi przez brać studencką - na poły dowcipnie, na poły trafnie - "odchamiaczami".

Szkoła o. Rydzyka nie kryje się ze swoją misją, a element kulturowy ma wpisany w nazwę. Czemu zatem się oburzać, że przywiązuje do niego dużą wagę, chcąc wykształcić osoby o szerokich horyzontach, a nie tylko specjalistów - korporacyjnych wyrobników. Można toruńskiego redemptorysty nie lubić, ale w tym przypadku wypada przyznać, że dobrze rozumie on ideę misji uniwersytetu.

Na koniec warto dodać, że prześmiewki studentów z "programowania na Biblii" były wyjątkowo prostackie. Tak się składa, że Biblia z informatyką ma nieco wspólnego. Owi studenci mogliby się chociaż zająć stworzeniem dobrej klasy ebooka z polskim przekładem Pisma Świętego, którego wciąż brakuje na rynku. A jakby mieli trochę fantazji, to może stworzyliby algorytm do kabalistycznej analizy Pisma Świętego, wzorem słynnego "Kodu Biblii". Od informatyków oczekujemy w końcu odrobiny kreatywności, a nie tylko marudzenia, nieprawdaż?

 

Komentarze (2)
Czy testosteron odbiera politykom rozum?
 Oceń wpis
   

Świat jest pełen niespodzianek i najważniejsza ostatnio informacja dla światowych finansów dotyczy oskarżenia o molestowania seksualnego pokojówki przez prezesa MFW Dominique’a Strauss-Kahna. Kto by pomyślał, że np. ekonomiczne być albo nie być Grecji będzie zależało od tak ulotnego wskaźnika, jak poziom testosteronu jurnego francuskiego ekonomisty. Słynny "efekt motyla" w pełnej okazałości.

Cała afera jest zresztą ciekawa z wielu powodów. Wszyscy skupiają się na oskarżeniach o molestowanie, a nikt nie wzrusza taki niuans, że kandydat partii socjalistycznej mieszka w apartamencie po 3000$ i lata pierwszą klasą. Właściwie to tylko jego zachowanie wobec pokojówki miało znamiona socjalistyczne, chciał wszak znieść dystans klasowy i głęboko zbliżyć się do ludu pracującego.

Jakby nie patrzeć, Strauss-Kahn znalazł się w wyjątkowo nieciekawej sytuacji. Zanim cała sprawa się wyjaśni, straci szansę na rywalizację z Nicolasem Sarkozym o prezydenturę Francji. Opinia "wielkiego uwodziciela” już jest skwapliwie wykorzystana przeciwko niemu, choć na zdrowy rozum powinno być odwrotnie. Jeśli cała sprawa okaże się prowokacją, będzie "wielkim pechowcem", jeśli oskarżenia są prawdziwe, zasłuży na miano "wielkiego głupca" .

Niepokojące jest to, że oskarżenia seksualne stają się coraz częstszą bronią w poważnych politycznych rozgrywkach. Strauss-Kahn to już trzeci głośny przypadek po Berlusconim i Assange’u. Tym bardziej, że oskarżenia takowe mogą mieść często dość miękki charakter, jak to było choćby w wypadku gwałtu-niegwałtu twórcy Wikileaks. Przecież nie jest tak, że wcześniej politycy byli grzeczni, a od roku władza im rozum odebrała.

Feministki zapewne dojrzą w tym jutrzenkę dziejowej sprawiedliwości, znak końca bezkarności samców na szczytach władzy. Trzeźwiejsza zdaje się jednak diagnoza, że choć zmieniły się dekoracje i technikalia, brudne intrygi dworskie na szczytach władzy w XXI wieku mogą się rozpędzić tak samo dobrze, jak za czasów Borgiów.

Komentarze (4)
Stadiony bez trybun
 Oceń wpis
   

Problem kiboli, pseudokibiców, stadionowych chuliganów czy jak ich tam zwał wraca z zadziwiającą regularnością. Rząd proponuje coraz wymyślniejsze środki zaradcze, kibole się śmieją w żywe oczy, ktoś tam płacze nad okrutną odpowiedzialnością zbiorową. Rozwiązania radykalne faktycznie mogą być pożądane, ale zupełnie inne niż zakazy stadionowe. Najlepsze wydaje się w ogóle rezygnacja z trybun na stadionach.

Brzmi to dość ekstrawagancko, wiem, ale ma wiele zalet. Stadiony bez trybun będą mniejsze i dużo tańsze, ale z drugiej strony będzie na nich znacznie więcej miejsca na banery reklamowe. Odpada znaczący koszt zabezpieczania imprez masowych. Gros przychodów i tak będzie pochodziło z prawa do transmisji multimedialnej, bardzo dużą rolę może tu też odegrać bukmacherka, jeśli odpowiednio się to ureguluje.

Co poczną kibole bez stadionów? Mogą sobie dalej robić ustawki w lesie na koszt własny. Mogą się przerzucić na jakąś sieciową rywalizację w wirtualne mordobicie podpięte pod Facebook. Mogą wyemigrować, zająć hodowlą rybek akwariowych, zasilić armię zawodową - możliwości jest naprawdę wiele. Jeśli znikną będzie dobrze. I to nie tylko dla piłki nożnej.

Kiboli nie ma natomiast sensu cywilizować, obrączkować, głaskać po główce czy grozić paluszkiem. To zbędny wysiłek. I tak są traktowani zdecydowanie łagodniej, niż na to zasługują - duża w tym wina środowisk prawicowych, które niekiedy postrzegają chuliganów jako swego rodzaju sojuszników (bo np. robią zadymy na paradach gejowskich) - tymczasem nic tak nie psuje  polityki, jak stosowanie głupiej zasady "wróg mojego wroga jest moim przyjacielem".

Winne są kluby piłkarskie, którym odpowiada boskie uwielbienie ze strony kiboli, nawet jeśli czasami jest to trudna miłość i chuligan pogoni piłkarza (wbrew pozorom nie ma tu sprzeczności, przypomina to nieco relacje bogów, ludzi i półbogów w mitologii greckiej). Swoją drogą to dziwne, że Kościół katolicki jakoś nie potępia głośno samego zjawiska i to nie ze względu na piąte, ale właśnie najważniejsze pierwsze przykazanie.

No właśnie. Kibolstwo to nie tylko chuliganeria, to przede wszystkim forma neopogańskiego bałwochwalstwa. Oczywiście, w politycznie poprawnym świecie wszelkie bałwochwalstwa są modne i dopuszczalne, ich krytyka prowadzi do wytoczenia ciężkich dział medialnych, histerycznych zawodzeń o stosach i inkwizycji. Musimy sobie jednak uświadomić, że próba walki z przemocą stadionową, bez refleksji nad istotą zjawiska, jest leczeniem drugorzędnych objawów, a nie choroby. Ciekawe czy np. "Gazeta Wyborcza", zaangażowana mocno w stadionowy problem, jest tego do końca świadoma...  

Komentarze (3)
Proszki do prania i teorie spiskowe
 Oceń wpis
   

Wśród teorii spiskowych, są również te typu "light", jak przekonanie, że teoretycznie "te same" produkty na Zachodzie są praktycznie lepsze niż w Polsce, bo producenci traktują nas jako mniej wybrednych konsumentów. Jak to z teoriami spiskowymi bywa, czasem okazują się one prawdziwe. Dziennik donosi choćby o wyraźnie wyższej wydajności niemieckich proszków do prania nad ich polskimi odpowiednikami:

gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/332175,tajemnica-zachodnich-proszkow-do-prania-dlaczego-sa-lepsze.html

 Najlepsze w tym wszystkim jest tłumaczenie, że Niemcy koncentrują proszki od kilkunastu lat, a my dopiero od kilku. Doprawdy, zaskakujący argument. Na tej samej zasadzie, skoro oni na Zachodzie mają tablety, to my ciągle powinniśmy używać abakusów.

Proszki to zresztą tylko element większej całości. Niedawno nasi południowi sąsiedzi zbadali szereg produktów, i okazało się, że nawet Cola jest inaczej (lepiej) słodzona w Niemczech, a inaczej (taniej) na Słowacji. Przypomina to stary kawał, rodem z PRL:

Polscy specjaliści z branży papierosowej pojechali do USA, zwiedzać fabrykę Marlboro. Zachwyceni jakością amerykańskich papierosów, pytają tamtejszego technologa, jak on to robi, że ich wyroby są tak dobre, a Amerykanin nonszalancko odparł:
- No wiecie, biorę pół słomy, pół tytoniu, mieszam i upycham.
A Polacy na to:
- Aaaa, to wy jeszcze tytoń dodajecie...

Swoją droga, winnymi ułomnej jakości produktów są nie tylko producenci. Pewien wytwórca syropów, zapytany czemu produkuje syrop malinowy z aronii (sic!), odparł, że Polacy taki wolą, bo ma ładny czerwony kolor, a malina brązowy i się odbarwia. To jest dopiero klincz - nie dość, że biednemu wiatr w oczy, to jeszcze ten biedny lubi iść pod wiatr.

Komentarze (1)
Elektroniczny pedał gazu i ułańska fantazja
 Oceń wpis
   

Jedną z większych niesprawiedliwości tego świata jest fakt, że sprostowania nieprawdziwych oskarżeń mają praktycznie zawsze dużo mniejsze audytorium niż te oskarżenia. Poważną ofiarą tego przykrego mechanizmu jest japoński koncern samochodowy Toyota.

Pamiętam dobrze, jak wiele miesięcy temu rozpętano histerię przy okazji rzekomej wady pedału gazu w samochodach tego producenta. Auta miały przyspieszać zamiast hamować, co prowadziło do śmiertelnych wypadków. Prezes Toyoty musiał się kajać przed Kongresem, a na motoryzacyjnych formach nie zostawiana na koncernie suchej nitki.

Tymczasem już od paru tygodni wiadomo, że oskarżenia te były całkowicie bezpodstawne. Super-drobiazgowe śledztwo wykazało, że elektronika działała dobrze. Generalnie, winni były sami kierowcy, którym mylił się pedał gazu z pedałem hamulca. Zwieńczeniem sprawy jest precedensowy wyrok Sądu Federalnego:

wyborcza.biz/biznes/1,100896,9369745,Toyota_wygrala_w_USA_proces_o_rzekoma_wade_pedalow.html

Casus Toyoty to bardzo ciekawa lekcja z innego względu. Otóż niezmiernie często spotykam się z opinią automobilistów, jak to automatyzacja i elektroniczne systemy w nowych autach są beznadziejne, bo mądry kierowca sam wie najlepiej jak prowadzić, zmienia biegi szybciej od skrzyni dwusprzęgłowej itd. itp. Ogólnie, posiadanie jak najbardziej prymitywnego auta ma wymiar wręcz ideologiczny,  prawicowo-wolnościowy.

"Afera pedałowa" tymczasem pokazuje dobitnie, że w samochodzie zdecydowanie najsłabszym ogniwem pozostaje kierowca. To zresztą bardziej ogólna zasada, że zwykle zawodzą ludzie, a nie technika. Przypadek Toyoty powinien być dla nas ważną lekcją pokory. Niemniej, lekcje takie są zbyt bolesne dla naszego ego, by je długo pamiętać.

Automatyzacji zasadniczo nie należy się bać, bo w większości przypadków wymyślają ją inżynierowie, by ułatwić ludziom życie, a nie jakiś dyktator, by nas zniewolić. Jeśli chodzi o to drugie, to dużo groźniejsze są urządzenia typu telefon komórkowy czy tablet, a nie jakiś kabelek w naszym aucie.

Swoją drogą, rozumiem, że niechęć do automatyzacji w samochodzie może mieć podłoże atawistyczne, gdy auto utożsamiane jest z wierzchowcem, a kierowca z pełnym fantazji ułanem. Zauważmy jednak, że to podejście jest wysoce niekonsekwentne. Wszak wierzchowiec ma więcej własnego rozumu niż komputer pokładowy i kontrola nad nim jest, de facto, mniejsza niż nad nowoczesną limuzyną. Sam zaś szaleńczy galop, to nic innego jak jazda na automacie, tylko w trybie sportowym...

Komentarze (1)
Odyssey Dawn - zachodnie poczucie humoru
 Oceń wpis
   

Zwróciłem kiedyś uwagę na Money.pl na wyjątkową kreatywność zachodnich specjalistów do wymyślania kryptonimów operacji wojskowych czy skrótów nazw instytucji. Tymczasem na pierwszy rzut oka, nazwa interwencji w Libii jest - jak to mówi młodzież - od czapy. "Odyssey Dawn" - co to niby ma być? Gdzie tu jakiś "Storm", "Freedom" czy choćby "Thunder" bądź "Eagle"?

Po bliższym przyjrzeniu się sprawie, trzeba jednak przyznać, że to nadzwyczaj adekwatna nazwa, będąca na dodatek przejawem błyskotliwego poczucia humoru. Trzeba tylko sięgnąć do źródła, czyli "Odysei" Homera. Powrót mitycznego herosa do rodzinnej Itaki miał być prosty i zająć dwa tygodnie, tymczasem trwał 10 lat, a po dotarciu do celu władca zastał na miejscu niezły bajzel.

Po doświadczeniach w Iraku, trudno sobie wyobrazić lepszą metaforę "interwencji pokojowej" niż właśnie Odyseja (no może pomijając obecny w greckim micie happy end). Wiadomo, że będzie długo, ze będzie masa ofiar, że kraj będzie rozdarty między Scyllą zachodniego modelu demokracji a Charybdą plemiennych waśni rodem z innej bajki, które mogą pochłonąć więcej ofiar niż reżim obalonego krwawego dyktatora.

Cała ta interwencja w ogóle wygląda nieco dziwacznie. Mieliśmy do czynienia z krajem pogrążonym w wojnie domowej. Gdy z czasem okazało się, że rewolucjoniści nie są wcale taką większością, jak to się na początku wydawało, to nagle zaszła potrzeba interwencji. Pytanie brzmi - niby dlaczego? Daleki jestem od obrony Kadafiego, ale równocześnie uważam za dość oczywistą ogólną zasadę, że władca ma prawo użyć siły przeciw zbuntowanej mniejszości. Tymczasem "Odyssey Dawn" zdaje się tę zasadę podważać. Aż strach pomyśleć, do jakich nadużyć  w przyszłości może taki paradygmat prowadzić.

Jak potoczyć się może interwencja w Libii? Ostre poczucie humoru bywa powiązane z cynizmem, możliwie więc, że nauczony doświadczeniem Zachód nie będzie się w Libii tak patyczkował jak w Iraku. Obali Kadafiego, potem obali opozycję ("nie dorośli do demokracji"), uciszy tłumy, wprowadzić marionetkowy rząd. I wszystko będzie cacy. Ropa po $15 za baryłkę. Happy end niemal jak w Odysei.

Komentarze (4)
Przed kataklizmem nie uciekajmy do lepianki
 Oceń wpis
   

Wydarzenia w Japonii głęboko mną poruszyły, bo jestem miłośnikiem Kraju Kwitnącej Wiśni i szczególna estymą darzę japońską technologię, zwłaszcza zegarmistrzowską i samochodową. Natomiast reakcja świata na wydarzenia w japońskich elektrowniach atomowych o ile nie zaskakuje, to wzbudza poważny niepokój.

Trauma atomowa Japończyków, związana z Hiroszimą i Nagasaki, jest wciąż olbrzymia i trudna do ogarnięcia dla przeciętnego Europejczyka. Wystarczy dodać, że słynny potwór Godzilla jest właśnie personifikacją atomowych lęków, a fabularne okoliczności jego narodzin nieco przypominają to, co teraz się dzieje w Japonii.

Choć skala zniszczeń jest olbrzymia, straty ekonomiczne i ludzkie są relatywnie dużo mniejsze niż podczas dziesięciokrotnie słabszego trzęsienia ziemi w 1923 roku. Japonia było dobrze przygotowana pod względem infrastruktury i obrony cywilnej na trzęsienie ziemi i te zabezpieczenia zdały egzamin na tyle, na ile mogły. Oceniając to, trzeba zachować zdrowe proporcje i nie stawiać nierealistycznych wymagań.

Casus Japonii zaprzecza popularnej ludowej mądrości, że "na naturę nie ma mocnych". Mądrości, co ciekawe, podzielanej zarówno przez środowiska lewicowych ekologów jak i częściowo przez prawicę, choć z zupełnie innych przyczyn. Oczywiście totalne okiełznanie natury nie jest możliwe. Niemniej, minimalizacja strat w zmaganiach z żywiołami to już bardzo dużo, a kraje jak Japonia i Holandia są tutaj dobrym wzorem.

Mówi się, że po tym, co się wydarzyło, Świat odwróci się od atomu. Katastrofy w elektrowniach atomowych się zdarzały i zdarzają. Jednak twierdzenie, że skoro nie jest to technologia w pełni bezpieczna (a jaka jest?), to należy z niej zrezygnować, są czystym przykładem irracjonalizmu. Idąc tą drogą, zakażmy również zdjęć RTG, bo to przecież też zagrożenie promieniotwórcze. Choć to mentalnie trudne, może warto trzeźwo polubić atom, nie negując istnienie ryzyka, ale po prostu "wliczając je w koszty".

Co bardzo ważne, należy odróżnić medialność od rzeczywistego zagrożenia. Nawet ów straszny Czarnobyl, biorąc po uwagę wszystkie jego skutki, nie był wcale największą katastrofą przemysłową w dziejach świata. O wiele gorsza, choć nieporównywanie mniej obecna w mediach, była katastrofa w indyjskim Bhopalu w 1984 roku: wyciek izocynianu metylu w fabryce pestycydów, który pociągnął za sobą tysiące ofiar śmiertelnych. Okazuje się, że banalna fabryka środków owadobójczych zachodniego koncernu może być groźniejsza niż szalony eksperyment sowieckich ekspertów w nuklearnej siłowni.

Niestety, przez najbliższy czas będziemy bombardowani propagandą o strasznym atomie i dobrych alternatywnych źródłach energii. Będziemy słyszeli, że na żywioły nie ma mocnych, że skoro tak, najlepiej się cofnąć w rozwoju, palić biomasą i mieszkać w krytej strzechą lepiance, która jest bezpieczniejsza w przypadku trzęsienia ziemi niż drapacz chmur.

Tymczasem powinno być dokładnie odwrotnie - przyjrzyjmy się, jak działy systemy bezpieczeństwa i udoskonalajmy je. Inwestujmy w tanią energię, która nam pozwoli lepiej zabezpieczyć się przed kataklizmami, a przy okazji rozwiązać setki innych problemów. Pamiętajmy bowiem, że są zagrożenia naturalne, przed którymi ekologia nas nie obroni. Jeśli kiedyś zabłąkana asteroida wejdzie na kurs kolizyjny z Ziemią, to wówczas nie pomogą nam lepianki, biomasa i energooszczędne żarówki, tylko atom i najnowocześniejsza technika.

Komentarze (3)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne