Koko, homo, femi, spoko!
 Oceń wpis
   

Jedną z charakterystycznych cech lewicy jest przeintelektualizowane narzekanie na to, że na Antarktydzie jest zimno, a na Saharze dużo piasku.

Niektóre tzw. postępowe środowiska, u nas zwłaszcza „Gazeta Wyborcza”, wzięły się śmiertelnie poważne za problemy piłki nożnej i sportu w ogóle. Okazuje się, że największym wyzwaniem dla futbolu nie są wcale kibole czy kokosząca się UEFA. Jest nim homofobia! Fakt, że piłkarze są wtłoczeni przez „system” w odgrywanie ról spoconych super-samców i muszą niekiedy ukrywać swe prawdziwe oblicze wrażliwych, subtelnych gejów.

Co więcej, ów represyjny, seksistowski „system” tworzy również naciski na sportsmenki, by eksponowały na kortach i bieżniach swą kobiecość, w jawny sposób dyskryminując te, które wyglądają jak swego czasu mistrzowskie reprezentantki Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

wyborcza.pl/1,76842,11816037,Sponsorzy_nie_chca_babochlopow.html

Współczesny sport pełni ewidentnie funkcję rozrywkową. Sport zespołowy to klasyczna „wojna na niby”, w lekkiej i ciężkiej atletyce chodzi o bicie kolejnych rekordów, które nie mają żadnego praktycznego znaczenia dla rozwoju ludzkości jako takiej. Sporty ogólnorozwojowe, w jakimś sensie praktyczne, typu pięciobój nowoczesny (cha!, jaki on tan „nowoczesny”) są z tego punktu widzenia mało atrakcyjne i „wypadają z ramówki”.

Tylko oderwany od rzeczywistości pseudo-intelektualista może się dziwić, że spragniona krwi i seksu publika chce oglądać samczych wojowników i ostre, ale jednocześnie ponętne wojowniczki. Poprawność polityczna jest komiczna w życiu codzienny, gdy jednak wkracza w obszary gustów i rozrywki, staje się komiczna podwójnie.

Co ciekawe, krytykowanie seksizmu w sporcie przez lewicę jest poniekąd formą zjadania własnego ogona. Otóż negując potrzebę, by sportsmenki były kobiece, podważamy w ten sposób sens rozdziału sportu na męski i kobiecy. Dochodzimy do dziwacznej sytuacji, gdy ubezpieczyciele nie mogą w kalkulacjach stawek uwzględniać faktu, że kobiety z natury żyją dłużej ale i ostrożniej prowadzą samochód, natomiast selekcji płciowej na kortach i bieżniach jakoś nikt nie znosi…

W tym kontekście przypomina się próba wprowadzenia swego czasu do Konstytucji USA poprawki równościowej (tzw. ERA). Okazało się wtedy, że zrobienie tego z żelazną konsekwencją nie jest wcale takie korzystne dla kobiet, jak to się pozornie wydaje. Sport pokazałby to wyjątkowo dobitnie.

Oczywiście, lewica znajduje odpowiedź i na takie problemy w postaci tzw. dyskryminacji pozytywnej. Być może dożyjemy czasów, gdy segregacja płciowa w sporcie zostanie zniesiona, ale np. kobiety w biegu na 100 metrów wystartują z pozycji 10 metrów przed mężczyznami. W sportach zespołowych będą mogły mieć dwie zawodniczki więcej, a w sportach walki walczyć z samcami z niższej kategorii wagowej. Ileż to rzeczy musi być nierównych, by zapanowała pożądana równość…
 

Komentarze (2)
Realny wirtual
 Oceń wpis
   

Tak przed, jak i tym bardziej po niezbyt udanym (czy może „katastrofalnym”, jak kto woli) debiucie giełdowym Facebooka, pełno jest głosów ostrzegających o kolejnej bańce internetowej, o kupowaniu powietrza (już nawet nie kota w worku), o bezsensownie wysokiej wycenie wirtualnego wszak przedsięwzięcia itd. itp.

Ponarzekać zawsze można. To prawda, że Facebook sam w sobie nie uprawia ziemniaków (prawdziwych, znaczy się, nie w Farmville), nie wydobywa rudy żelaza i nie wyleczy nikomu zębów. Może się zdarzyć, że za parę lat odejdzie w niepamięć, a jego miejsce zajmie inny, genialniejszy serwis społecznościowy (choć to mało prawdopodobne, ze względu na osiągnięty już efekt skali). To wszystko nie zmienia jednak faktu, że rzeczywistość wirtualna ma jak wszak jak najbardziej realny wpływ na nasze życie. Od tak drobnych spraw, jak 20% tańsza pizza za dodanie pizzerii do grona lubianych, po tak poważne, jak rozwód z obecną żoną i ślub z odnalezioną miłością z podstawówki.

Nie jest również tak, że jak ludzie są najedzeni i mają dach na głową, to zaczynają się fanaberie i zamiast czym realnym, zajmują się błahostkami typu Facebook. Pomijając prehistorię, ludzkim życiem zawsze bardziej rządził „wirtual” niż „real”, tylko kiedyś „wirtual” miał oblicze np. oficjalnej religii, która w fundamentalny sposób (przez system nakazów, rytuałów i tabu) wpływała na życie codzienne, gospodarkę i politykę. U podstaw funkcjonowania całych społeczeństw leży coś dużo bardziej „niedotykalnego” od garnka zupy, cegły, aspiryny, samochodów i elektrowni. Najpierw jest duch kapitalizmu (choć niekoniecznie taki, jak widział go Max Weber) a dopiero potem powstaje fabryka.

Żeby było jasne – nie sugerują tu, broń Boże, że Facebook jest nową religią albo jej substytutem. Zwracam tylko uwagę, by „wirtuala” nie lekceważyć pogardliwymi wzmiankami, że „nic nie produkuje i nie zarabia”, bo o religii właściwie to samo można powiedzieć, a jej pośredni wpływ na gospodarkę można mierzyć w bilionach.

...co najlepiej ilustruje poniższy stary dowcip:

Przyszli specjaliści z Coca-Coli do Watykanu i poprosili, by Kościół zmienił modlitwę powszechną na „…chleba naszego powszedniego i Coca-Coli daj nam dzisiaj”, proponując w zamian datek 50 milionów dolarów. Papież odmówił. Zaproponowali wówczas 100 milionów. Znowu odmowa. Wreszcie padła oferta na 500 milionów, ale wtedy zostali wyproszeni z Watykanu. Zdziwieni wracają do domu i jeden głośno myśli „Kurde, to ile musieli dać piekarze?!”
 

 

Komentarze (2)
Eko-panika i magia liczb
 Oceń wpis
   

"Gazeta Wyborcza" bije na alarm – jeśli nie ograniczymy emisji CO2 do atmosfery, to do roku 2100 oceany się zakwaszą, a ich lustro wzrośnie nawet o jeden metr. Straty z tego tytułu dla ludzkości mogą wtedy sięgać od 0,5 do prawie 2,0 bilionów dolarów rocznie. No po prostu mega-ultra-hiper-Armagedon:


wyborcza.pl/eko/1,113774,11431299,Drogie_oceany___ile_zaplacimy_w_przyszlosci_.htmll

Dwa biliony piechotą nie chodzą, jakby powiedzieli dziś Obama czy Barroso. Liczba robi wrażenie. Gdy jednak zaczniemy podchodzić do problemu na trzeźwo, to owo wrażenie to nagle pryśnie niczym mydlana bańka:

Po pierwsze. Załóżmy czysto teoretycznie, że te obliczenia są trafne i oddają dokładnie pesymistyczny stan rzeczy. Załóżmy, że mamy do czynienia z tym najgorszym, dwubilionowym wariantem. A teraz obliczmy na poczekaniu, ile wyniesie sumaryczne PKB na świecie w roku 2100, nawet przy założeniu jakiegoś mizernego wzrostu typu 1,5% rocznie. Co się okazuje? Otóż te mega-szokujące dwa biliony w roku 2100 to nie będzie nawet 1% produktu światowego brutto. Cóż… a miało być tak strasznie.

Po drugie. Załóżmy wciąż, że szacunki kosztów globalnego ocieplenia są właściwe. Ale to przecież tylko jednak strona medalu. Drogą są koszty walki z globalnym ociepleniem, które już teraz urastają do bardzo niebagatelnych rozmiarów. Racjonalna kalkulacja wymaga zestawienia zdyskontowanych przyszłych strat z ponoszonymi teraz kosztami ograniczenia emisji. Może się okazać, że choć duże stężenie dwutlenku węgla jest niebezpieczne, to walka z nim jest jeszcze gorsza i najlepiej – o ekologiczna zgrozo – nauczyć się żyć z nadmiarowym CO2 (tzw. scenariusz adaptacyjny, o którym wielu orędowników walki z ociepleniem najwyraźniej nie ma pojęcia).

Po trzecie. Zastanówmy się, jak wiele znamy celnych prognoz obecnej sytuacji pochodzących z roku 1924 (88 lat temu) – ktoś wtedy trafnie zdiagnozował główne zagrożenia dla rozwoju ludzkości, przewidział cenę baryłki ropy naftowej itd. itp.? Dlaczego więc dajemy wiarę szacunkom, które z taką dokładnością (1979 mld. USD) przedstawiają koszty bardzo trudnego w modelowaniu zjawiska na rok 2100?

Czyżby, przez te 88 lat nic się nie mogło ważnego w geopolityce, nauce (energetyka, geoinżynieria, biotechnologia) i Układzie Słonecznym wydarzyć? Poza rosnącym stężeniem CO2 wszystko będzie tak jak jest, zrozpaczeni ludzie będą stali na plaży i patrzyli, jak oceany po dwa milimetry rocznie zalewa ich domy i liczyli miliardowe straty? Dobre sobie…

Przewidywanie na prawie sto lat w przód jest o tyle ciekawe, że choć nie mamy pojęcia, co się przełomowego wydarzy, to zapewne popełnimy największy błąd, przewidując , że nic się nie wydarzy. Eko-prorocy w swych prognoza przypominają pod tym względem XIX-wiecznych pozytywistów i za kilkadziesiąt lat podobnie będą postrzegani. Na razie czekajmy więc spokojnie, nie dając się zwariować eko-panice.
 

Komentarze (3)
Jestem gangsterem, nie palę!
 Oceń wpis
   

Jak to jest z aktorami, każdy wie – degeneracji, pijacy, rozwodnicy, rozrabiacy i tak dalej. Na dodatek zupełnie niesłusznie zarabiają niebotyczne pieniądze – nie to co pałający chęcią pomocy obywatelom urzędnik czy wymyślający plan zbawienia ludzkości akademicki aktywista.

Okazuje się jeszcze, że ci wredni aktorzy palą na scenie papierosy, gdy grają ludzi z półświatka – przynajmniej w Teatrze Narodowym w Londynie, co oburzyło walczącego z biernym paleniem amerykańskiego profesora:

wyborcza.pl/1,75248,11374780,Papierosy_na_scenie_teatralnej_truja_widzow.html

Zakaz palenia na scenie czy planie filmowym to w ogóle większy problem: niektórzy to uważają za ograniczenie swobody ekspresji, inni popierają w ramach mody na zdrowe życie. Problem zdaje się błahy i trzeciorzędny, ale rzecz w tym, że mamy do czynienia z jednym z wielu symptomów boleśnie zaburzonej proporcji.

Z jednej strony, za objaw wolności uchodzi przekraczanie granic dobrego smaku czy deptanie drobnomieszczańskiej moralności – obrzydliwe instalacje „artystyczne” w publicznych galeriach, płatny morderca jako archetyp sympatycznego bohatera, antykoncepcja bez zgody rodziców dla trzynastolatek (to ostatnie w Wielkiej Brytanii). Z drugiej, w dobrym tonie jest się kłaniać świętym krowom postępu – krucjata przeciw palaczom czy blokowanie budowy ważnej obwodnicy z powodu troski o jakąś żabkę.

Na mój zaściankowy konserwatywny rozumek, mamy do czynienia z pewnym przewartościowaniem – tradycyjne wartości, mocno osadzone w chrześcijaństwie, są wypierane przez panteistyczno-newageowski melanż, bo natura nie znosi próżni. Bohaterem starych czasów jest seksistowski honorowy twardziel z papierosem w zębach, który dawał łupnia złym gangsterom. Bohaterem nowych będzie wyluzowany i najlepiej biseksualny gangster wegetarianin, jeżdżący ekologicznym elektrycznym autem. Obowiązkowo niepalący.

Postępowcy mają na ustach hasła o prawie do samorealizacji, dbałości o zdrowie publiczne i troski o Matkę Ziemię. W praktyce zamiast starego gorsetu norm moralnych proponują gorset nowy. Nawet ciaśniejszy, ale za to w modnym zielono-różowym kolorze.

Komentarze (2)
Kryzys zaufania
 Oceń wpis
   

Pisałem kiedyś, że słuszna skądinąd inicjatywa, by zastąpić stos papierkowych zaświadczeń oświadczeniami obywateli ma w Polsce małe szansę powodzenia, bo urzędnik będzie teraz musiał sprawdzać, czy obywatel nie bajerował. Okazuje się, że coś jest na rzeczy, o czym przekonujemy się przy okazji rekrutacji do przedszkoli. System preferuje rodziców samotnie wychowujących dzieci lub małżeństwa, gdzie obydwoje rodziców pracuje. I co się okazuje: „Dziennik Gazeta Prawna” donosi, ze rodzice w elektronicznych formularzach kłamią, by zwiększyć szanse swoich dzieci:

http://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/600521,rodzice_klamia_by_miec_szanse_na_zapisanie_dziecka_do_przedszkola.html

Co ciekawe, gminy mają bardzo ograniczoną możliwość weryfikacji prawdziwości deklaracji, a gdyby nawet - za bezczelne kłamstwa rodzicom nie grożą żadne prawne konsekwencje. System, który w zamierzeniu miał uprościć życie wszystkim, staje się polem do popisu dla tych bardziej cwanych. Niestety.

Przykład z rodzicami przedszkolaków to tylko kropla w większej beczce wielkiego problemu, który rozprzestrzenia się po całym świecie. Problemu, jakim jest powolny upadek społeczeństwa opartego na zaufaniu. Zaufanie, wiara w przyzwoitość współobywateli en masse, jest fundamentem niskich kosztów transakcyjnych współżycia społecznego. Owszem, można byłoby żyć w społeczeństwie, gdzie nikt nikomu nie ufa i np. każdy kierowca jest potencjalnym psychopatą, który chce nas przejechać, a nasze ciało wrzucić do bagażnika i sprzedać na narządy. Można tak żyć, ale wówczas gros naszych zasobów materialnych i kreatywności poświęcilibyśmy na zabezpieczaniu się przed zakusami pozbawionych skrupułów bliźnich.

Za społeczeństwo bardzo silnie oparte na zaufaniu długo uchodziły Stany Zjednoczone. Symbolem takiego modelu były chyba słynne pojemniki z gazetami - wrzucało się monetę, otwierało pojemnik i można było zabrać gazetę. Teoretycznie, można było zabrać i dziesięć sztuk, ale jakoś tak prostym i przyzwoitym obywatelom to nawet do głowy nie przychodziło. Jednak i tam czasy się zmieniają. Ostatni raz byłem w USA w roku 2006 i już wtedy było widać, że ekspansja latynoskich imigrantów poważnie nadwyręża system oparty na wierze w ludzką przyzwoitość. Dziś jest pewnie jeszcze gorzej.

Kryzys zaufania to rzecz znacznie poważniejsza niż kryzys finansowy, fiskalny i im podobne. Gospodarkę i finanse publiczne można w teorii naprawić prosto (co nie znaczy bezboleśnie) - poprzez zaciskanie pasa, zmuszanie ludzi do dłuższej pracy, redukcję biurokratycznej hydry. Na to, jak sprawić, by ludzie stawali się przyzwoitsi (albo chociaż nie stawali się mniej przyzwoici) nie ma nawet dobrej teorii.

Jest źle, a będzie jeszcze gorzej - na to wygląda, choć nie to jest przesadnie dzikonomiczna konkluzja. Pozostaje się cieszyć, że do beczki dziegciu ktoś jednak czasem stara się dodać łyżkę miodu. Choćby w kwestii obrotu książkami elektronicznymi, gdzie klasyczne zabezpieczenie typu DRM zostaje coraz częściej zastępowane dużo słabszym tzw. watermark. Mała rzecz, a cieszy, bo bazuje na założeniu, że ktoś płaci za książkę, bo tak mu nakazuje przyzwoitość, a nie dlatego, że musi.

Ktoś pewnie powie - może z jakichś przyczyn taka strategia biznesowa się opłaca. Może tak. Ze względu na wspomniane wyżej koszty transakcyjne, powszechna przyzwoitość generalnie się opłaca. Niemniej, przyzwoitym warto być chyba zawsze, tak po prostu.  

Komentarze (0)
Późna emerytura to pikuś
 Oceń wpis
   

Od tygodni w mediach wałkowany jest na różne sposoby rządowy projekt podwyższenia wieku emerytalnego do 67 lat. Inicjatywa ta spotyka się z radykalnym oporem różnych grup, począwszy od „przeciętnych Kowalskich”, poprzez związki zawodowe, a na opozycji właściwej i opozycji wewnątrzkoalicyjnej skończywszy.

Potężny opór przeciw zmianom jest dość ciekawą formą tęsknoty za „rajem utraconym”, czyli światem, gdzie reguły były proste i niezmienne, bo rzeczywistość była w miarę prosta i niezmienna. Zafiksowanie wieku emerytalnego na określonym poziomie w oderwaniu od całej gospodarki i demografii to jeden z ostatnich reliktów takich „starych, dobrych czasów”.

Tymczasem żyjemy w świecie, w którym coraz bardziej to, co pewne i stałe, staje się niepewne i niestałe. Rzeczy, której jeszcze niedawno uchodziły niemal za dogmaty, jak wypłacalność krajów rozwiniętych czy świętość własności intelektualnej rozpływają się na naszych oczach w morzu niepewności. Trzeba powoli oswajać się z myślą, że również emerytura również przestanie być pewnikiem. Nie – nie ma w tym zdaniu błędu. Nie „emerytura wcześniejsza” ale „emerytura w ogóle”.

Ludzie żyją coraz dłużej. W niektórych krajach liczba stulatków wzrosła na przestrzeni pół wieku kilkadziesiąt razy i liczona jest już w dziesiątkach tysięcy. Prowadzone są zaawansowane badania nad determinantami długowieczności, kolekcjonowany i badany jest genom tzw. supercetenarian (osób żyjących 110 lat i więcej). Co to wszystko oznacza? Ano to, że biologiczna nieśmiertelność jest jedynie kwestią czasu.

Spotkałem się z szacunkami (naukowców, nie fantastów), że medyczne zatrzymanie procesów starzenia będzie możliwe już około 2045 roku. Łatwo zauważyć, że na tym tle dyskusja czy do 2040 roku podnieść wiek emerytalny do 67 lat może wzbudzać jedynie pobłażliwy uśmiech. Może lepiej w ramach ćwiczenia intelektualnego pomyśleć, jak będzie wyglądało życie naszych wnuków, dla których pojęcie emerytura będzie podobnym reliktem jak „system lenny” czy „polowanie na mamuty”. Bo naturalną konsekwencją wiecznego życie jest… wieczna praca. Chyba, że i w tym względzie postęp naukowy załatwi parę fundamentalnych problemów i np. nie będziemy musieli pracować w ogóle.

Zniknięcie systemu emerytalnego to oczywiście tylko drobny element wywrócenia porządku świata związanego z nieśmiertelnością i wieczną młodością. Będą i inne, równie przerażające, co zabawne – np. poznajemy w barze fajną dziewczyną, a potem się okazuje, że jest ona prababcią naszego najlepszego kumpla. Tak czy siak, będzie ciekawie…
 

Komentarze (0)
Dwanaście gwiazdek w gulaszu...
 Oceń wpis
   

Modne ostatnimi dniami stało się - w zależności od orientacji polityczno-światopoglądowej - wieszanie psów na węgierskim rządzie Victora Orbana albo, wręcz przeciwnie, wychwalanie go pod niebiosa. Pisząc nieco dialektycznie, muszę przyznać, że każda ze stron ma rację, a wynika to z faktu, że racja jest jak… no sami wiecie co.

Przy całej mojej sympatii dla konserwatyzmu i prawicy, jakoś nie palę się, aby dołączyć do chórku Orbanofilów, których dwa podstawowe argumenty uważam za dość słabe.

Pierwszy argument brzmi tak: Orban jest nielubiany z powodów nie tyle merytorycznych, co „obyczajowych”. Otóż takie rozróżnienie nie ma sensu. Unia Europejska to nie dawna Wspólnota Węgla i Stali, to projekt w równym stopniu ideologiczny, co ekonomiczny. Jak ktoś wstąpił i chce być w Unii, to musi zdawać sobie sprawę z takiego dobrodziejstwa inwentarza. Fajnie byłoby dostawać dopłaty czy subwencje i jednocześnie nie przejmować się Naturą 2000, moratorium na karę śmierci itd. itp., ale tak się nie da.

Wstępując do Unii, Węgrzy zgodzili się, że gulasz od tego momentu będzie doprawiany dwunastoma gwiazdkami. Widziały gały, co brały, na co głosowały, jaki traktat podpisywały… Jak się komuś taki układ nie podoba, to niech z UE wystąpi i zwiąże się np. z Turcją, a nie jęczy oburzony, że cytryna jest kwaśna.

Drugi popularny argument brzmi: Orbanowi wszystko by ładnie wyszło, gdyby nie lewicowy spisek, który mu rzuca kłody pod nogi. Nawet jeśli założymy (mocno optymistycznie), że to prawda, to… nie jest to żadne usprawiedliwienie dla niepowodzeń. Gdy ktoś idzie na wojnę z resztą świata, to niech się wcześniej odpowiednio uzbroi. Jak to świetnie ujął G.K. Chesterton, dobre chęci jako jedyna kompetencja sprawdzają się tylko u męczenników. A z dobrego męczennika nie będzie dobrego polityka.

Orban na trzy wyjścia: ugiąć kark, próbować wystąpić z UE, albo pójść na całość i samobójczo spróbować sprowadzić UE do standardów węgierskich, a nie odwrotnie. To trzecie byłoby bardzo, nie powiem, nadzwyczaj ciekawe. Natomiast bezproduktywne biadolenie, że zły lewicowy świat się przeciw nam sprzysiągł, nie ma większego sensu.

Komentarze (1)
O ratingach. Nieco inaczej...
 Oceń wpis
   

Na wstępie małe usprawiedliwienie – jako że wiele się dzieje w gospodarce i polityce, a na blogu cisza. Pióro nie leży stępione, tylko udzielam się gdzie indziej, przesuwając się od publicystyki w stronę beletrystyki (widać takie przeznaczenie, jako dziecko chciałem zostać pisarzem). Osoby, które lubią czytać moje testy, mogą od czasu do czasu znaleźć coś na portalach literackich jak Szortal czy Nowa Fantastyka, a w dalszej przyszłość jest szansa, że również „na papierze”. Obiecuję jednak, że publicystyki jednak nigdy całkiem nie porzucę.

Tymczasem, życzę wszystkim Wesołych Świąt Bożego Narodzenia! A dodatkowo, by pokazać, że można połączyć prozę z publicystyką ekonomiczną, załączam przeniesioną z "Nowej Fantastyki" małą forma literacka o aktualnych problemach z agencjami ratingowymi:

AA+

Tej nocy atmosfera w Sali Pentagramowej była gęstsza niż stygnąca smoła. - Co to ma znaczyć, do stu serafinów! - warknął Pierwszy Sekretarz, rzucając na obsydianowy stół plik świeżych gazet. Artykuł na pierwszej stronie Los Diablos Timesa nie pozostawiał wątpliwości co do powodu poruszenia:

(...) Międzywymiarowe rynki zareagowały bardzo nerwowo na bezprecedensową decyzję agencji Bizarre & Wealthy's o obniżeniu ratingu kredytowego Piekła z najwyższego poziomu AAA na AA+ z perspektywą negatywną.

- Zupełnie im się we łbach poprzewracało - stwierdził wzburzony Minister Czarnej Magii. - Co oni sobie myślą, że są jakimś nadbogiem!?

- Nic z tego nie rozumiem - sapnął Pierwszy Sekretarz i ciężko opadł na fotel. - Dostałem właśnie najświeższe raporty z księgowości. Wszystkie faktury za siarkę opłacamy w terminie, a zysk netto za ostatni kwartał to dwadzieścia trzy... te no, nawet nie wiem jak się nazywa liczba z tyloma zerami.

- To prawda - kiwnął rogatym łbem Minister Wyzysku. - Jednak od trzech lat obserwujemy wyhamowanie dynamiki przychodów. Na Ziemi szaleje kryzys gospodarczy i ludzie tak jakby trochę przestali grzeszyć. - Raz, że mniej mają okazji do rozpusty a dwa, że w ciężkich chwilach ludzkość zwraca się bardziej ku transcendencji, zgodnie z porzekadłem "kiedy trwoga, to do Boga" - dodał Prezes Diabelskiego Urzędu Statystycznego. - Wcześniej te efekty były prawie nie do wychwycenia, ale obecnie nasze analizy piekłometryczne wskazują, że coś jest na rzeczy.

Na parę minut w Sali Pentagramowej zapanowała nerwowa cisza, przerywana jedynie skrobaniem pazurów o twardą szczecinę.

- Tak sobie myślę... - zaczął Minister Intryg Zagranicznych. - Mógłbym wysłać do tej agencji Legion, aby opętał jej prezesa i przywrócił stary rating. - Nie no, panowie, bądźmy poważnymi demonami - jęknął Pierwszy Sekretarz. - Tu chodzi o to, by problem rozwiązać, a nie zamiatać pod dywan.

- W takim razie... - westchnął Minister Wyzysku. - Musimy sięgnąć do źródła naszych kłopotów.

*

Choć eksperci ekonomiczni nie są specjalnie dobrzy w sztuce przewidywania, opanowali za to do perfekcji sztukę wyjaśniania post factum fenomenów, których przewidzieć nie potrafili. Nic zatem dziwnego, że według światowych mediów nagłe zakończenie kryzysu finansowego było oczywistą oczywistością, której należało się od miesięcy spodziewać.

Miliardy dolarów wpompowane przez Chiny w globalną gospodarkę, gigantyczne rezerwy wyciągnięte niczym królik z kapelusza przez europejskich ministrów finansów, odkryte znienacka olbrzymie złoża ropy i gazu i związana z tym osiemdziesięcioprocentowa przecena strategicznych surowców - to wszystko przyczyniło się do spektakularnego odesłania recesji na śmietnik historii.

Największe gospodarki odnotowały dwucyfrowy wzrost gospodarczy, przepełnieni optymizmem konsumenci rzucili się do sklepów. Ludzie znowu mogli się swobodnie zadłużać, pławić w luksusach, czerpać z życia to, co najlepsze. I porządnie grzeszyć.

Komentarze (0)
Tłuszcz nasycony i porządek wszechświata
 Oceń wpis
   

Dania słynie z wielu rzeczy. Bardzo wysokiego dochodu per capita, bardzo wysokiego poziomu zadowolenia z życia obywateli, dużej aktywności zawodowej seniorów i długowieczności czy wreszcie niesłychanie sprawnej i wszechogarniającej statystyki publicznej. Wszystko pięknie, ale przecież lepsze jest wrogiem dobrego. W ramach zachęcania i tak generalnie zdrowych obywateli do zdrowszego trybu życia opodatkowano tłuszcze nasycone, czyli np. masło:

wyborcza.biz/biznes/1,100896,10395853,W_Danii_zaczal_obowiazywac__podatek_tluszczowy_.html

Generalnie, Duńczycy mają być zdrowsi i żyć jeszcze dłużej. Bo przecież leczenie wywołanych przez spożywanie tłuszczy chorób kosztuje. Czy jednak paternalistyczna troska o obywateli idzie zawsze w parze z rachunkiem ekonomicznym? Oczywiście nie!

Jedno z najbardziej niepoprawnych politycznie prawideł współczesności, dobrze znane ekspertom, a izolowane od publicznej świadomości mówi, że najdroższymi klientami służby zdrowia są ci, których określamy właśnie jako „okazy zdrowia”.

Palacze czy obżartuchy żyją krócej, przez co służba zdrowia oszczędza na najbardziej kosztownych terapiach paliatywnych czy nowotworowych. Osoby o niezdrowym stylu życia to również zbawienie dla systemów emerytalnych, to dzięki nim reszta ma wyższe średnie emerytury. Zatem, gdyby kierować się kryteriami ekonomicznej sprawiedliwości, to raczej zdrowa żywności powinna być dodatkowo opodatkowana...

O co zatem w tym wszystkim chodzi, skoro nie o pieniądze? Kolejna nasuwająca się odpowiedź, że po prostu o to. by ludzie żyli długo i zdrowo, też nie jest taka oczywista. Jakiś czas temu opublikowane zostały wyniki badań, że można się niezdrowo odżywiać i minimalizować ryzyko powikłań, biorąc równolegle leki przeciwmiażdżycowe. Zamiast się cieszyć, potraktowano to jako groźną herezję, zachętę do nieodpowiedzialności, naruszenie porządku wszechświata niemalże. Okazuje się zatem, że wcale nie chodzi o ludzkie zdrowie czy radość z życia - ludzie mają być zdrowi i cieszyć się życiem tylko według ściśle określonego przez postępowców scenariusza!

Stolica Danii, Kopenhaga, była miejscem gdzie po raz pierwszy przy okazji ekologicznego kongresu tak głośno wyartykułowano, że ludzkość to generalnie problem dla zmęczonej Ziemi, że jest nas za dużo itd. itp. Reperkusją tego stylu myślenia są już australijskie pomysły wprowadzenia podatku od „nadmiarowych” dzieci, emitentów CO2. Po co zatem dbać o to, by ludzie długo żyli, skoro stanowią oni takie ekologiczne obciążenie dla planety? W postępowej retoryce troska o dobro obywatela miesza się dialektycznie z pogardą dla ludzkości jako takiej.

Postępowcom nie chodzi o  dobro ludzkość. Ani nawet o pieniądze. Chodzi o rząd dusz. Ludziom należy dyktować, co im wolno jeść, jakimi żarówkami powinni oświetla salony i ile mogą mieć dzieci. Takie urabianie będzie łatwiejsze, jeśli dodatkowo wzbudzi się u obywateli wyrzuty sumienia, że są wrzodem na ciele Matki Ziemi. I tak kroczek po kroczku do Nowego Wspaniałego Świata... 

Komentarze (1)
Egzystencjalne zło antyradaru
 Oceń wpis
   

Parlament Europejski niczego tak nie pragnie, jak bronić nieodpowiedzialnych obywateli Unii przed nimi samymi. W rezolucji, która na szczęście ma na razie tylko charakter rekomendacji, zaproponowano ograniczenie prędkości na terenie zabudowanym do 30 km/h, blokady antyalkoholowe w samochodzie i zakaz urządzeń ostrzegających o kontrolach prędkości, nawet tych zintegrowanych z mapami w GPS.

www.rp.pl/artykul/69118,723374-PE--blokady-antyalkoholowe-w-samochodach-i-ograniczenie-do-30-km-h-w-miastach.html

O unijnych pomysłach można by napisać wiele. Choćby to, że jednocześnie lansuje się super-powolną jazdę i ekologiczne rozwiązania typu filtry cząstek stałych, które wymagają szybkiego śmigania, by sprawnie funkcjonować. Wiadomo, obywatel-klient za wszystko zapłaci, czy to w formie mandatu, straconego czasu czy rachunku w serwisie.

Szczególnie ciekawy jest jednak z pozoru mniej ważny element rekomendacji, o zakazie ostrzegania o kontrolach drogowych. W nieco łagodniejszej formie funkcjonuje on już teraz, zakazując wszelkiej maści antyradarów. W większości przechodzimy nad nim do porządku dziennego, choć stwarza on bardzo niebezpieczny precedens, zakładając, że zwykły obywatel nie ma prawa wiedzieć, co się wokół niego dzieje.

Nie neguję prawa do radarowych kontroli prędkości, nie neguje również zakazu używania urządzeń, które zakłócają pracę legalnych instalacji radarowych. Jednak trudno mi pojąć, jakież to egzystencjalne zło stanowi pasywny system, który ostrzega, że znaleźliśmy się w zasięgu działania urządzenia do pomiaru prędkości.

Zakaz pasywnego antyradaru czy nawet mapy radarów w GPSie przypomina zakaz używania wykrywacza "pluskiew" we własny domu, bo a nuż Wielki Brat kiedyś zechce nas podsłuchać i będzie miała problemy. Co ciekawe, pionierem tego stylu myślenia nie jest Unia Europejska, ale Stany Zjednoczone, gdzie od dawna (jeszcze przed 11 września 2001) funkcjonuje zakaz używania przez zwykłych ludzi zaawansowanego oprogramowania szyfrującego.

Państwo jest ze swej natury silniejsze od obywatela. Dysponuje aparatem przymusu, ma wielki budżet i środki techniczne, jakich pozbawiony jest przysłowiowy Kowalski. Obywatel ma prawo w miarę skromniutkich możliwości bronić swojej prywatności przed innymi, również przed Wielkim Bratem, do którego ma ograniczone zaufanie. Odbieranie mu tego prawa dekretem jest stawianiem się państwa w szczególnie uprzywilejowanej, niemal boskiej roli, co powinno wzbudzać nasz uzasadniony niepokój.

Komentarze (2)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne