Prawdziwy problem wirtualnych bomb
 Oceń wpis
   

Pracując w centrum stolicy, można odnieść wrażenie, że trudno o tydzień bez demonstracji czy alarmu bombowego. W piątek znów kilka dużych instytucji zostało ewakuowanych – pięć ministerstw w Warszawie i kilka urzędów skarbowych w innych miastach. Są instytucje, np. niektóre sądy, gdzie alarmy bombowe to już po prostu rutyna, coś jak umycie okien (choć właściwie duże połaciowe okna, wymagające specjalistycznego sprzętu, myje się tam rzadziej niż urządza ewakuacje).

Cynik mógłby rzec, że ewakuacja jakiegoś urzędu to w sumie dobra rzecz, bo urzędnicy generalnie są szkodliwi i jak akurat nie pracują, to i nie szkodzą. Nie jest to do końca trafne ujęcie, bo nawet jak urzędnik jest średnio rzecz biorąc szkodliwy, to czasem powinien pewne decyzje (np. pozwolenia) szybko wydać. Poza tym, alarmy bombowe dotyczyły też instytucji pożytecznych, jak szpitale (zazwyczaj) i szkoły (tu można się jeszcze zastanowić).

Alarmy bombowe to dość ciekawy przykład systemowej absurdalności. Na przestrzeni ostatnich lat było ich mnóstwo i żaden nie okazał się prawdziwy. Wypada sobie zadać pytanie, dlaczego gościa dzwoniącego z informacją o bombie policja ma traktować poważnie?

Skąd ten wszechobecny lęk przed uprzejmym terrorystą informującym o podłożonej bombie? Owszem zdarzyło się gdzieś kiedyś, że nie posłuchano telefonicznego ostrzeżenia o zamachu i wiele osób zginęło (Hotel Króla Dawida w Jerozolimie w 1946) ale absolutnie nie da się tego porównać do realiów współczesnej Polski i współczesnego terroryzmu. Gdyby jakiś Jan Kowalki zaczął budować Arkę, zapowiadając potop, to też raczej nie powinniśmy mu dać wiary i ogłosić stanu wyjątkowego, choć potop przecież kiedyś był. Uporczywe trwanie przy paradygmacie „alarmowym” to dobitny przykład zwycięstwa kosztownego asekuranctwa nad zdrowym rozsądkiem.

Może wreszcie znajdzie się ktoś odważny i powie: ignorujmy alarmy! Przynajmniej nieoficjalnie… To ważne, bo koszty fałszywych alarmów bombowych bywają większe od kosztu prawdziwych bomb. Jak słusznie zwrócili uwagę Levitt i Dubner w „Freakonomics”, nikt jeszcze nie zginął od bomby przemyconej w bucie do samolotu, ale czas stracony na kontroli obuwia na światowych lotnikach przekłada się na kilka „osobo-żyć”.

Zaraz oczywiście podniesie się argument, że ignorowanie alarmów bombowych to młyn na wodę terrorystów. Bo będą mogli podkładać bomby, dzwonić z ostrzeżeniem i detonować. No tak… ale już teraz mogą je też po prosu podkładać i detonować bez ostrzeżenia. Tak jest chyba straszniej, nieprawdaż? Nic nie wskazuje, że prawdziwi terroryści z generacji na generację stają się większymi dżentelmenami. Raczej, niestety, odwrotnie…
 

Komentarze (4)
Dlaczego czarny charakter nie powinien być ciemnoszary?
 Oceń wpis
   

Literatura jest pełna pięknych przykładów nawróconych czarnych charakterów – ot choćby Jacek Soplica czy Kmicic z rodzimego podwórka. Co trzeba podkreślić, nawrócenia owe miały konkretny wymiar praktyczny – bohater, który najpierw szkodził, potem aktywnie służył słusznej spawie. Oczywiście, nawrócenia na łożu śmierci też są ważne, w wymiarze metafizycznym nawet równie ważne, ale w wymiarze praktycznym jednak fajnie, jak ktoś naprawi z nawiązka własne błędy.

W Warszawie ostatnio wiele mówi się o „cudach referendalnych”. Gdy już jest pewne, że posada Hanny Gronkiewicz-Waltz będzie zależała od wyniku i frekwencji referendum, nagle uciążliwy remont pierwszej linii Metra kończy się przed planowanym terminem, a bilety komunikacji miejskiej zamiast znów podrożeć potaniają (a nieco wcześniej radykalnie spadły „stawki śmieciowe”). Wszystko to odbywa się w atmosferze iście PRL-owskiej propagandy sukcesu, przesłodzone komunikaty w pociągach metra informują nas co dwie stacje o zakończeniu remontu a jeżdżąca na co dzień limuzyną Pani Prezydent pofatygowała się do kolejki podziemnej.

Czy oznacza to, że mamy do czynienia z iście Kmicicowskim / Soplicowym nawróceniem? W żadnym razie! Pani Prezydent nie przyznała się jak dotąd do żadnego błędu, poza wyimaginowanym błędami w komunikacji (że za mało pokazywała warszawiakom, jak jest im dobrze pod jej rządami). Pokazała jedynie, że pewne usprawnienia – dotąd niemożliwe – są jednak możliwe, pewne podwyżki – dotąd nieuniknione – można odłożyć. Czy de facto okazało się, że czarny charakter jak łaskawie zechce (albo jak czuje oddech pogoni na plecach) może być ciemnoszary.

Tylko na pierwszy rzut oka, taki ciemnoszary władca lepszy jest od czarnego. W praktyce „poszarzenie” jest ujmującym w swym tragizmie postrzałem w kolano. Oto bowiem decydent pokazuje, że „można było zrobić rzeczy lepiej” ale jednocześnie nie następuje nawrócenie, pokuta i obietnica poprawy. Jest to strategia bez sensu – jeśli przyparty do muru schwartzcharakter  nie czuje potrzeby nawrócenia, to sensownie byłoby pokazać, że inaczej się nie dało, że mogłoby być tylko gorzej niż było (jak w tym starym dowcipie o dobrym Leninie, co pogonił chłopca, a przecież mógł zabić). A tak, przedreferendalne prezenty dla warszawiaków są tylko oznaką lęku i słabości. Wyborcy wiele wybaczą, na wiele rzeczy przymkną oko, ale raczej nie da się ich wziąć na litość.

Wygląda zatem na to, że robiąc teraz warszawiakom dobrze, Hanna Gronkiewicz-Waltz robi sobie źle. No chyba, że wyborcy są tak bezrefleksyjni, iż rzucane im ochłapy uznają za dobrą monetę i notowania ratusza poszybują w górę (to byłoby doprawdy mistrzostwo PR-u). W innym przypadku lepiej dla Pani Prezydent, by jednak nastąpiło jej egzystencjalne nawrócenie, bo na powtórne przykręcanie śruby i pokazanie „że jednak się nie da” raczej już miejsca nie ma.

Komentarze (6)
Rytualny ubój a prawa większości
 Oceń wpis
   

Jak na sezon ogórkowy dzieje się całkiem sporo, szczególnie w obszarze religijno-nadprzyrodzonym. Niedawno choćby co bardziej oświeceni i postępowi publicyści zamartwiali się nad popularnością afrykańskiego rekolekcjonisty, który ponoć ma na swoim koncie wskrzeszenia zmarłych. Co ciekawe, tych samych oświeconych ludzi jakoś nie porusza, gdy na uczelniach naucza się, że płeć jest konstruktem kulturowym, albo gdy rząd i gromadka ekspertów przekonuje, że prawdziwe pieniądze to nie te w funduszach emerytalnych ale w komputerach ZUS – a wszak przy czymś takim ewangeliczne cuda to „pikuś”.

Teraz topowym problemem jest zakaz tzw. uboju rytualnego. Poważna sprawa wagi międzynarodowej, miejmy nadzieję, że nie skończy się wojną. Spór ma kilka płaszczyzn, z których najważniejszą jest naruszenie wolności religijnej. Niełatwo tu o kompromis – jeśli ktoś traktuje swoją wiarę poważnie, to wypełnianie Bożych przykazań stawia ponad własne życie. W Biblii mamy zresztą opis męczenników, którzy woleli umrzeć, niż zjeść „nieczyste” mięso. Zakaz uboju rytualnego to na szczęście coś zupełnie innego kalibru niż nakaz jedzenia mięsa niekoszernego – bo zawsze możliwy jest wegetarianizm lub import.

Warto sobie uświadomić, że chodzi o próbą sił w wojnie kulturowej. Zakaz uboju rytualnego nie jest jedynym ani nawet najważniejszym elementem godzącym w obyczaje żydów czy muzułmanów. Taka choćby ustawowa monogamia również nijak się ma do możliwość posiadania czterech żon i zapewne dla niejednego muzułmanina stwarza dużo większą uciążliwość niż konieczność płacenia paru złotych więcej za „czyste” mięso z importu. Sprawa jest o tyle ciekawa, że dużo łatwiej uzasadnić zakaz zadawania zwierzętom zbędnych cierpień niż zakaz dobrowolnej wszak poligamii (chyba że przyjmiemy, że ktoś decydujący się na posiadanie czterech teściowych nie może być zdrowy na umyśle i trzeba go ubezwłasnowolnić).

Według socjobiologów, monogamia jest rodzajem spisku liczniejszych samców beta przeciw samcom alfa, czyli – przekładając na język polityki – dyktatem większość nieliczącej się z prawami mniejszości. Uniwersalnie uznanym dyktatem, który dobitnie pokazuje, że prawa mniejszości w demokracji to iluzja (jest zresztą na to wiele innych przykładów, np. podatek progresywny). Jeśli jakieś mniejszościowe ekscentryczne obyczaje są tolerowane, to nie dlatego, że demokracja jest taka dobra, ale co najwyżej dlatego, że są to zachowania obojętne dla większości bądź ta większość jest, pomimo przewagi liczebnej, słaba.

Zakazu uboju rytualnego świadczy o tym, że komuś los zwierząt nie jest obojętny. W sporze mamy do czynienia z konfliktem dwóch systemów wartości – cokolwiek się wybierze, ktoś będzie niezadowolony, ale jaki jest logiczny argument za tym, by niezadowolona była większość? Domaganie się od większości „wyłączenia moralnej wrażliwości” ze względu na prawa mniejszości jest czystej wody absurdem. Co więcej, w ustach człowieka wierzącego jest aktem bałwochwalstwa – stawia bowiem jakąś abstrakcyjną regułę poszanowania mniejszości w demokracji w roli swoistej nad-zasady, ważniejszej niż cała moralność.

Spór o ubój rytualny naprawdę ma niewiele wspólnego z demokracją jako taką. Mógłby mieć równie dobrze miejsce np. w monarchii absolutnej i wcale nie jest powiedziane, że wtedy żydzi i muzułmanie byliby na gorszej pozycji niż tutaj. Z drugiej strony, w demokracji również mniejszość może krytycznie odnosić się do niemoralnych zachowań większości i próbować je ukrócić, czego dobrym przykładem są ruchy pro-life. Zatem przeciwnicy zakazu uboju rytualnego nie powinni się powoływać na prawa mniejszości, ale raczej pomyśleć, jak stać się demokratyczną większością…
 

Komentarze (10)
Jak Internet spowolnił świat
 Oceń wpis
   

Brak aktywności na blogu ostatnimi czasy wynikał z faktu, że przyszło mi wykańczać nowe mieszkanie, czy też – można by nawet celniej rzecz ująć – nowemu mieszkaniu wykańczać mnie.

Poprzednie lokum urządzałem w roku 2002, czyli w zupełnie innych czasach z perspektywy rynku budowalnego i handlu online. Wtedy było tak: pojechałem na słynne warszawskie zagłębie sklepów budowlanych na Bartyckiej, ludzie kłębili się tam jak na bazarku osiedlowym, szybko wybrałem co trzeba (płytki, ceramikę, armaturę, parkiet, chemię itd.) zapłaciłem, przyjechało tego samego dnia lub na drugi dzień. Wszystko było na miejscu, do odbioru w magazynach. Pstryk! i gotowe.

Przez dziesięć lat świat posunął się do przodu (teoretycznie). Mamy super logistykę, zakupy przez Internet itd. Pozytywną stroną jest to, że można łatwo porównać ceny. Sklepy stacjonarne muszą konkurować z wirtualnymi. Jeśli dziś przejdziemy się na wspomnianą wyżej Bartycką, to jest tam pustawo, a sprzedawcy z miejsca, nienagabywani, proponują przyzwoite rabaty zainteresowanym klientom.

Ale jest i minus – skoro konkurencja jest duża i wszystko można sprowadzić, to zapasy magazynowe są mizerne lub nie ma ich wcale. Na wszystko trzeba czekać i to niekiedy tygodniami. Trochę kiepsko jak na drugą dekadę dwudziestego pierwszego wieku.

obrazek niżej to autentyk z jednego ze sklepów z ceramiką/armaturą

Sam czas oczekiwania to jeszcze małe piwo, bo dużo bardziej wkurzające jest mamienie klienta w Internecie nierealistycznymi terminami dostaw. Bywa to posunięte do absurdu, np. sklep reklamuje się „w przeciwieństwie do konkurencji u nas są realistyczne terminy dostaw”, a gdy przychodzi co do czego, to z termin na stronie WWW „od 3 do14 dni” robią się tak naprawdę 4 tygodnie. Największym kuriozum była sytuacja, gdy towary określone jako „wysyłka w 24 godziny” okazały się do sprowadzenia najwcześniej za 2 tygodnie (a co tam, jak nigdy podam nazwę firmy: DOMARKET).

Tak oto szybszemu przepływowi informacji towarzyszy wolniejszy przepływ towarów. A zamiast gładkiej gadki „Pana Zenka ze sklepu” mamy jeszcze gładsze obietnice na stronach WWW. Świat niby idzie do przodu, tylko tak trochę… zygzakiem.
 

Komentarze (8)
Pani wiceprezeska Jan Kowalski
 Oceń wpis
   

Komisja Europejska, wyraźnie zdegustowana faktem, że prywatny biznes nie chce dobrowolnie wdrożyć jej rekomendacji, wyszła z propozycją legislacyjną, by do 2020 roku kobiety stanowiły przynajmniej 40 procent członków dużych spółek giełdowych:

www.gazetaprawna.pl/artykuly/661622,komisja-europejska-wraca-do-40-procentowego-parytetu-dla-kobiet-w-radach-nadzorczych-przyjela-projekt-ustawy.html

Problem parytetów był wałkowany na różne sposoby, istnieją też badania – acz trzeba przyznać niespójne – jak wymuszona obecność kobiet we władzach spółki wpływa na kondycję przedsiębiorstw. Stosunkowo mało miejsca poświęca się natomiast analizie, czy parytety są tak naprawdę kompatybilne z postępową ideologią.

Komisja Europejska przykłada też wielką wagę do walki ze stereotypami płci. W naukach społecznych furorę robi teoria Queer, która uznaje, że płeć czy orientacja seksualna to tylko konstrukty kulturowe, a nie coś obiektywnie istniejącego. Ważnym postulatem Queer jest prawo do samookreślenia.

Co z tego wynika? Ano, że opieranie parytetu na płci biologicznej jest dla postępowców jak robienie dwóch kroków do przodu i trzech do tyłu. Konsekwentniej byłoby oprzeć parytetowe przepisy na samookreśleniu płci. Wystarczyłoby wówczas, że 40 procent członków zarządu samookreśli się jako kobiety.

Nigdzie nie jest też powiedziane, że samookreślenie jest permanentne, zatem wiceprezes Jan Kowalski może zostać panią wiceprezeską głównie na potrzeby posiedzeń rady nadzorczej. Potem zrobi zakupy w Max Marze, wróci do domu, poplotkuje z żoną, a wieczorem znów przestawi się na kulturową płeć męską i siądzie z puszką piwa w dłoni obejrzeć mecz. Tak oto osiągniemy jeszcze bardziej postępowy postęp bez konieczności zaglądania nikomu w spodnie.
 

Komentarze (6)
Skąd się biorą dzieci?
 Oceń wpis
   

Badani przez Bronisława Malinowskiego tubylcy z Wysp Trobriandzkich uważali za oczywistą bzdurę informację o tym, że dzieci biorą się z seksualnej interakcji kobiety i mężczyzny. Dla dzikich było oczywiste, że za płodność odpowiedzialne są duchy przodków. Współczesny świat niby wprost nie neguje biologicznych mechanizmów prokreacji...

Tym niemniej, śledząc ogólnonarodową dyskusję o demografii (niedawno włączyli się w nią również biskupi swoim listem pasterskim) zaczynam coraz bardziej odnosić wrażenie, że w XXI wieku dzieci tak właściwie biorą się z polityki prorodzinnej lub ewentualnie z próbówki.

W kwestii „nowoczesnej teorii prokreacji” zadziwiająca jest zgodność perspektyw: lewicowej i prawicowej, różniących się w sumie tylko drugoplanowymi szczegółami (jedni chcą np. więcej dotowanych żłobków a drudzy niższych podatków, by zostawało więcej pieniędzy na utrzymanie dzieci). Zadziwiająca jest przy tym uparte ignorowanie podstawowych faktów. A fakty są takie:

  • Liczba dzieci jest ujemnie skorelowana z zamożnością. Widać to doskonale na poziomie wewnątrzkrajowym (np. miasto-wieś) i międzynarodowym.
  • Bardzo dużo dzieci bierze się z tzw. wpadek. To taka gra natury z ludzkim wygodnictwem i nie jest to samo w sobie czymś złym – wręcz przeciwnie. Ludzie może nie palą się do posiadania dzieci, ale jak już je mają, to zwykle w miarę sprawnie się nimi opiekują.
  • Silnym korelatem liczby dzieci jest gorliwa religijność – widać to na przykładzie muzułmanów czy wspólnot neokatechumenalnych.

Stwierdzenie, że rozrodczości sprzyjają tak naprawdę bieda, trudny dostęp do antykoncepcji i religia jest do bólu prawdziwe, ale również do bólu politycznie niepoprawne. Oznacza ono bowiem, że jeśli decydentom na świeczniku naprawdę zależy na przyroście naturalnym, powinni prowadzić politykę zubożania obywateli, zakazu antykoncepcji i rozbudzania gorliwości religijnej (to ostatnie jest dość skomplikowane, ze względu na ludzką przekorę – dlatego, wbrew pozorom, dobrym narzędziem na rzecz religijności może okazać się zajadły państwowy ateizm).

Czemu zatem, wbrew oczywistym faktom, z prawa i lewa wciska się ludziom kity o tym, że dzietności ma sprzyjać bogacenie społeczeństwa i polityka prorodzinnych bonusów? Wynika to być może z tego, co psychologowie ewolucyjni nazywają strategiami reprodukcyjnymi.

Ludzie bogaci i wpływowi rozprzestrzeniali kiedyś swoje geny za pomocą licznych potomków z „nieprawego łoża”. Jednak w czasach współczesnych taka strategia jest nie do utrzymania, ze względu na zmiany w systemach prawnych, AIDS i nową obyczajowość. Teraz warstwy wyższe inwestują bardziej w jakość a nie liczbę potomstwa, wydając fortunę na wychowanie i edukację nielicznych dzieci. Przy takiej strategii faktycznie zaobserwujemy pozytywny związek między majętnością a liczbą dzieci, należy jednak pamiętać, że dotyczy to tylko relatywnie niewielkiego odsetka populacji. Jednak ta mniejszość jest wpływowa i opiniotwórcza, stąd w debacie o dzietności słychać głos zamożnych i wykształconych, nawet jeśli pozostaje on w sprzeczności z faktami.

Kwestia polityki prorodzinnej jest o tyle ciekawa, że pokazuje jak bardzo tkwimy w klinczu grup interesów i politycznej poprawności. Metoda prosta i skuteczna, jak np. odcięcie obywateli od antykoncepcji, byłaby natychmiast skrytykowana jako skrajne barbarzyństwo. W zamian za to rozważa się mało skuteczne programy ulżenia tym, którzy i tak mają najlżej. Nie pierwszy i nie ostatni to przypadek, gdy nowoczesna demokracja zjada własny ogon.
 

Komentarze (6)
Ten okrutny homo sapiens
 Oceń wpis
   

Jedną z popularniejszych postępowych idei są tzw. prawa zwierząt. Generalnie, chodzi o to, żeby przypisać zwierzętom ochronę moralną na podobieństwo ludzkiej. Niemoralne byłoby nie tylko znęcanie się nad zwierzętami (jak corrida) dla rozrywki czy takie atawistyczne akty próżności jak polowanie. Postępowcy chcą nawet, by samo zabijanie zwierząt dla skór i mięsa było zakazane. Ciekawie na ten temat w weekendowej „Rzeczpospolitej”:

www.rp.pl/artykul/936435,936477-Zwierze-cierpi-tak-samo-jak-czlowiek.html


Kwestię okrucieństwa wobec zwierząt na pewno warto dyskutować. Dobrym przykładem był chociażby niedawny szum w tzw. uboju rytualnego stosowanego przez ortodoksyjne społeczności żydowskie i muzułmanów. Jednak istnieje pewna fundamentalna granica, której piewcy moralnego postępu zdają się nie dostrzegać.

Piewcy praw zwierząt często używają argumentu w stylu „czyż taka biedna świnka nie jest lepsza od złego człowieka, np. jakiegoś seryjnego mordercy”. Trick polega na tym, że jeśli chcemy przyporządkować zwierzętom kryteria moralne, powinniśmy robić to konsekwentnie. Typową regułą w stanowieniu porządku jest to, że większym prawom towarzyszą większe obowiązki. Tymczasem…

Za skrajne zwyrodnialstwo uznalibyśmy sytuację, gdy konkubent bez mrugnięcia oka zabija dzieci swojej partnerki, które miała z jego poprzednikiem. Szalonym okrucieństwem byłaby sytuacja, gdy kobieta potajemnie morduje nowonarodzone dziecko innej kobiety i na jego miejsce podrzuca własne. A przecież takie zachowania to… standard w świecie zwierząt. Jakże symptomatyczne, że zwolennicy praw zwierząt w ogóle tych „drobiazgów” nie dostrzegają!

Świat zwierząt, ten prawdziwy - nie ten przekazywany przez słodkie kreskówki, jest niewyobrażalnie wręcz okrutny. I jest to okrucieństwo właściwie systemowe, wynikające explicite z selekcji naturalnej. Człowiek staje się moralny nie przez afirmację świata zwierząt, ale właśnie przez separację odeń, która np. w chrześcijaństwie polega na przypisaniu ludziom duszy nieśmiertelnej z wszystkimi tego konsekwencjami.

Jeśli natomiast w ferworze postępu zmuszamy ludzi do wegetarianizmu i stawiamy zwierzami na równi z nami, konsekwentnie byłoby również nauczyć lwa jeść marchewkę i zrobić resocjalizację kukułek, by wreszcie zaczęły samemu zajmować się swoim potomstwem.

Do dzieła! Niech postępowcy najpierw pogadają z tym lwem…

Komentarze (7)
Ile jabłka w jabłkach?
 Oceń wpis
   

John Carter z powieści Edgara Rice Burroughsa „Księżniczka Marsa”, pisząc o zwyczajach straszliwego marsjańskiego plemienia przyznał jednak, że przynajmniej nie mają oni prawników. Coś w tym jest…

Ostatnio portale informacyjne i technologiczne doniosły o pozwie koncernu Apple przeciw firmie posiadającej delikatesy a.pl z żądaniem zamknięcia / oddania domeny. Chodzi o to, że a.pl jest niby podobne fonetycznie do apple, więc to tak jakby wykorzystanie cudzego znaku towarowego (sam nigdy bym na takie skojarzenie nie wpadł, dopiero jakiś komentarz internauty mnie uświadomił).

technologie.gazeta.pl/internet/1,104530,12458034,Apple_a_sprawa_polska__Koncern_chce_uniewaznienia.html

Procesy o naruszenie prawa do znaku towarowego to generalnie ciekawa sprawa i często rozstrzygające w nich są empiryczne ekspertyzy psychologiczne, gdzie sprawdza się, czy w umyśle konsumentów faktycznie wystąpi właściwie „skojarzenie”. W tym przypadku jest to bardzo wątpliwie, więc nie wróżę amerykańskiemu koncernowi wielkich szans na przekonanie sądu.
Ciekawsze jest jednak co innego. Internauci od razu zaczęli kpić z manii technologicznego giganta do ochrony swojego znaku, podkreślając, że niedługo jedzenie jabłek na ulicy będzie naruszeniem praw własności intelektualnej. Ot, taki sobie absurd…

Czy na pewno?

Przeprowadziłem dość ciekawe porównanie. Niedawno było głośno o imponującej wycenie koncernu Apple, sięgającej 680 miliardów dolarów. Porównajmy to z… jabłkami. Na świecie produkuje się rocznie 70 milionów ton tych owoców (z czego prawie połowę w Chinach). Licząc 50 centów, albo maksymalnie dolara za kilogram, otrzymujemy wolumen produkcji od 35 do 70 miliardów dolarów. Zatem wartość koncernu Apple jest 10 do 20 razy większa od rocznej światowej produkcji jabłek jadalnych!

Gdyby zatem posługiwać się „argumentem siły”, to amerykański koncern właściwie miałby prawo do jabłka jako takiego, bowiem skupia w sobie większą część wartości światowej „jabłeczności”. Oczywiście jest jeszcze „argument zdrowego rozsądku”, ale w zdominowanym przez prawników świecie nie jest on już tak mocny jak w starych, dobrych czasach…
 

Komentarze (3)
Czy psycholog nie musi umieć liczyć?
 Oceń wpis
   

Za miesiąc poprawkowe matury i „Gazeta Wyborcza” postanowiła zająć się problemem dyskryminowanej mniejszości dyskalkulików – osób o poważnie zaburzonych zdolnościach matematycznych. Dyskalkulik nie radzi sobie zupełnie nawet z dość prostymi operacjami matematycznymi, więc nie ma szans na zdanie obowiązkowej matury z matematyki.
GW sugeruje, że to poważny problem, podając przykład ucznia-humanisty, który chciałby zostać psychologiem czy dziennikarzem, ale niemożność zaliczenia matury z matematyki mu to uniemożliwia:

wyborcza.pl/1,126565,12180339,Chorzy_na_matematyke_na_maturze_nie_maja_szans.html

Daleki jestem od ferowania wyroków typu „dyskalkulia to wymysł i tak naprawdę nie istnieje”. Nie znam się na tym, więc przyjmuję, że coś takiego faktycznie może ludzi dotknąć. Uważam jednak tę kwestię za rzecz zupełnie trzeciorzędną w całej dyskusji. Rzeczą pierwszorzędną jest pytanie, czy powinniśmy przepuszczać na maturze dyskalkulików? Moim zdaniem – nie bardzo.

Argument, że ktoś będący totalnie na bakier z matematyką może wszak zostać psychologiem lub dziennikarzem jest wielce bałamutny. Współczesna psychologia mocno korzysta z metod ilościowych (statystyka, ekonometria). Co więcej – to właśnie dzięki nim  staje się „twardszą nauką” a nie jakimś arbitralnym bujaniem w obłokach. Psycholog nie mający pojęcia o analizie statystycznej nie tylko nie zrozumie najnowszych prac naukowych ze swojej dziedziny, ale może być wręcz niebezpieczny dla swoich przyszłych pacjentów.

Podobna sprawa ma się z dziennikarstwem. Żyjemy w świecie pełnym liczb, zestawień i wskaźników i dziennikarz powinien umieć się w nich sprawnie poruszać, co wymaga pewnego poziomu wiedzy z zakresu matematyki stosowanej. Jest z tym u nas strasznie krucho i czasem włos mi się jeży na głowie, gdy widzę jak bezmyślnie niektórzy dziennikarze podchodzą do statystyk, które opisują. Ach strach pomyśleć, że mogłoby być jeszcze gorzej.

Jest zatem bardzo grubym nieporozumieniem twierdzić, że w takich zawodach jak psycholog czy dziennikarz umiejętności matematyczne są zbędne. Wręcz przeciwnie – są one coraz bardziej potrzebne!

Cóż zatem ma zrobić wrażliwy humanistycznie dyskalkulik? GW sygnalizuje, że wspomniany wyżej młodzieniec jest niezły z polskiego i pisze teksty piosenek. Może niech spróbuje kariery jako „tekściarz”, do czego matura nie jest potrzebna. Jeśli mu się poszczęści, będzie miał dziesięć razy więcej kasy i pięknych adoratorek niż najlepszy mistrz matematyki.

Bo świat jest już tak urządzony, że pomimo kłód rzucanych pod nogi przez opresyjny system edukacji, humaniści i tak mają w życiu lepiej. Ja tam naprawdę wolałbym, by moja córeczka wyrosła na gwiazdę rocka niż panią inżynier…*

 

* acz mam nadzieję, że żona tego nie czyta :)

Komentarze (4)
Staś i Nel na indeksie
 Oceń wpis
   

Postępowi postępowcy dzielnie trzymają rękę na pulsie. Parę dni temu wspominałem o lametach lewicy nad homofobią i seksizmem w sporcie. Tymczasem mija w tym roku setna rocznica wydania „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza i oto Gazeta Wyborcza bije na alarm, jakimż to cudem ta pełne rasistowskich przesądów i imperialistycznego poczucia wyższości dzieło pozostaje ciągle szkolną lekturą:

wyborcza.pl/magazyn/1,126715,11899151,_W_pustyni_i_w_puszczy__nie_dla_dzieci.html

 

„W pustyni i w puszczy” jest świetną książką przygodową, w jakimś sensie ważniejszą nawet od Sienkiewiczowskiej Trylogii, ze względu na swą bardziej uniwersalną wymowę. Owszem, słabo się mieści w kanonie współczesnej politycznej poprawności, ale to nic dziwnego, bo mało co napisane sto lat temu i więcej w nim się mieści.

Artykuł w GW oskarża Sienkiewicza choćby o to, że uważał on mieszkańców Afryki za przesądnych i sugerował im kanibalistyczne praktyki. Tyle że… nawet teraz, w XXI wieku większość mieszkańców Czarnej Afryki wierzy w czarną magię, przy czym nie jest to żadna zabawa w stylu horoskopów w gazetach, ale czasem kwestia życia lub śmierci:

www.livescience.com/8515-belief-witchcraft-widespread-africa.html

Z kolei o praktykach kanibalistycznych w XXI wieku (sic!) wspominały nawet raporty sił pokojowych ONZ przy okazji wydarzeń w Kongo. Afryka jest, jaka jest. Fascynująca, ale i… przerażająca. Postępowcy, chcący zachować swą postępować, mają w jej kwestii trzy wyjścia: (1) uparcie ignorować fakty; (2) przyjąć, że wszystkie problemy to wina kolonializmu (no tak, zwłaszcza ta czarna magia); (3) iść na całość i przyjąć w paradygmacie multi-kulti, że wszystko tam jest OK, tylko „inaczej” (jedni wolą brać aspirynę a drudzy poćwiartować sąsiada albinosa na amulety).

Dla lewicy w kolonializmie / imperializmie najstraszniejsze jest to, że jakiś oszołom był tak przekonany o wyższości jednych rozwiązań cywilizacyjnych nad innymi, że narzucał je nawet siłą. Tymczasem… lewica ma podobny stosunek do własnych paradygmatów (demokratyzacja wszystkiego, równość pomimo wszystko, redystrybucja dóbr) i też dąży w tym zakresie do hegemonii przez różne zmiany ustawodawstwa. Bowiem imperializm nagle przestaje być zły, o ile nie nazywa się go „imperializmem” i dotyczy uszczęśliwiania ludzkości za pomocą postępowych ideologii.

 

P.S.
Pragmatycznie rzecz biorąc, wciągnięcie „W pustyni i w puszczy” na lewacki n indeks mogłoby okazać się bardzo użyteczne – wiadomo, że nic tak nie smakuje jak owoc zakazany i wówczas młodzież dużo chętniej sięgałaby po Sienkiewicza.
 

Komentarze (3)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne