Niepoprawne politycznie hormony
 Oceń wpis
   

By trochę odsapnąć od przed-i-powyborczej gorączki, temat luźniejszy, choć poniekąd nawet poważniejszy. Pojutrze na Uniwersytecie Wrocławskim ma się odbyć ciekawa konferencja naukowa „LA DONNA È MOBILE” poświęcona, cytuję, „prawnym aspektom następstw cykliczności płciowej kobiet”. Chodzi pokrótce o to, czy prawo powinno jakoś uwzględniać fakt, że kondycja psychofizyczna kobiety zależy od cyklu płciowego i związanej z tym burzy hormonalnej.

Rzecz, zdawałoby się, w sumie dość oczywista. Problem polega na tym, że w świecie poprawności politycznej rzeczy najbardziej oczywiste są jednocześnie obłożone największym tabu. Weźmy taki dość frywolny przykład – jeśli pojawia się w debacie publicznej pytanie „czy kobiety mogą paradować topless na plaży?”, to poprawnie polityczne jest popieranie tego w imię wolności, poprawne polityczne jest ograniczanie tego w imię walki z powszechną seksualizacją, ba!, nawet poprawne politycznie jest zakazywanie tego w imię drobnomieszczańskiej moralności. Natomiast śmiertelnie niepoprawna politycznie jest najbardziej zdroworozsądkowa odpowiedź, czyli „to zależy, które kobiety” ;-)

Stwierdzenie, że niewiasty mają jakieś hormony, które na coś wpływają, śmiertelnie oburzyło feministki:

www.gazetawroclawska.pl/artykul/3856929,kobieta-podczas-okresu-jak-czlowiek-drugiej-kategorii-kontrowersyjna-konferencja,id,t.html

Na organizatorów konferencji posypały się gromy, że chcą w sposób skandaliczny dyskryminować kobiety. Zbierano podpisy pod petycją odwołania konferencji. W sumie dobrze się stało, bo środowiska feministyczne ujawniły w ten sposób swoje totalitarne oblicze. Co zaś tyczy meritum, to:

  • Jeśli uznajemy dogmatycznie, że hormony nie mogą wpływać na stan psychofizyczny człowieka, to równie dobrze uznajmy, że nie może tego robić alkohol czy narkotyki i znieśmy wszelki ograniczenia i represje prawne związane z zażywaniem używek i byciem „pod wpływem”.
  • Twierdzenie, że wprowadzenie burzy hormonalnej do prawa dyskryminuje kobiety jest tak samo sensowne jak stwierdzenie, że urlopy macierzyńskie dyskryminują mężczyzn. Prawo odnosi się do stanu organizmu a nie do płci – tylko akurat ten stan jest skorelowany z płcią, jak zresztą milion innych też obłożonych przywilejami i sankcjami rzeczy.
  •  Zakaz dyskryminacji jest pochodną reguły sprawiedliwego traktowania. Zatem dyskryminacją jest również identyczne traktowanie podmiotów faktycznie różnych – np. jednolite stawki ubezpieczeń emerytalnych dyskryminują mężczyzn, a jednolite stawki ubezpieczeń komunikacyjnych dyskryminują kobiety.
  • Wreszcie, poruszane zagadnienie jest bardziej naukowe niż 99% tego, co serwuje się na przeróżnych gender studies.

Wrocławska konferencja nie ma zapewne żadnej siły przebicia, natomiast jest bardzo wartościowa jeśli chodzi o stawianie ciekawych pytań na granicy prawa i nauk przyrodniczych. I nie, wcale nie są to pytanie rodem ze średniowiecza czy epoki wiktoriańskiej, ale wręcz przeciwnie – są dziś aktualniejsze niż kiedykolwiek indziej. Czemu? Bo człowiek posiada coraz większe możliwości manipulowania swoją psychofizjologią, co rodzi szanse i zagrożenia – o tym zresztą opowie inne konferencja „Nowy Wspaniały Człowiek” dzień później, 16 maja, na Uniwersytecie Warszawskim. Koryfeusze politycznej poprawności niech marudzą, ale świat jedzie dalej…

 

P.S. A tak jeszcze trochę mojej pisaniny o kobiecych hormonach, literacko i na wesoło, znajdziecie tutaj:

http://www.herbatkauheleny.pl/readarticle.php?article_id=2983
 

Komentarze (0)
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
 Oceń wpis
   

Gazeta Wyborcza, za prasą zachodnią, bije na alarm – oto okazało się, że potężne lobby cukrowe przez lata przekupywało naukowców i urzędników, by ci nie zachęcali do zmniejszenia spożycia cukrów. Czytamy, że "Zamiast ograniczenia cukru i słodyczy spożywanych głównie przez dzieci rządowi eksperci mieli zwracać swoją uwagę na alternatywne metody leczenia próchnicy, aby nie naruszyć kolosalnych zysków cukrowników". Nie ma co, normalnie większy spisek niż tuszowanie katastrofy UFO w Roswell:

http://wyborcza.pl/1,75400,17556675,Jak_producenci_cukru_zmowili_sie_z_naukowcami_i_urzednikami_.html

Fałszowanie wyników badań jest rzeczą naganną, nie ma co do tego wątpliwości. Źle dzieje się również, jak wyniki są naginane a hipotezy testowane wybiórczo, acz to już jest nie zawsze wynikiem czyjejś złej woli. Jednak w przedstawionej wyżej sprawie, kluczowe jest słówko „alternatywne”. Ktoś po prostu chciał, fakt – akurat w zgodzie z własnym portfelem, by zamiast zakazywać czegoś, znaleźć metodę neutralizacji skutków ubocznych. Owszem, to lobbing i spisek, ale… bardzo niegłupie!

W literaturze SF, ciekawie opisał ten problem Isaac Asimov w książce "Równi bogom". Jest faktem, że tak prości ludzie, jak i decydenci wypierają negatywne strony tego, co jest przyjemne i użyteczne. Tym niemniej… "Jak coś jest kłopotliwe to należy tego zakazać lub ograniczyć" – doprawdy, daleko byśmy zaszli, gdybyśmy przyjęli to za obowiązujący paradygmat! W najlepszym razie nadał obgryzalibyśmy paznokcie, czekając choćby, kiedy miasta utoną w końskim łajnie. Historia najnowsza to nie historia zakazów, ale historia przezwyciężania ograniczeń. To nie historia walki z końskim łajnem w miastach, ale historia silnika spalinowego. To nie historia człowieka z chorągiewką idącego przed autem ale dróg asfaltowych i samochodowych systemów bezpieczeństwa. To nie historia dzieciobójstwa i racjonowania żywności, ale nawozów sztucznych i GMO. To nie historia wstrzemięźliwości, ale antykoncepcji. Wreszcie – co establishment w końcu powoli zaczyna rozumieć – to nie będzie historia bezwzględnej walki o redukcję C02, ale geoinżynierii. To jest i będzie historia tryumfu umysłu nad materią – o czym, nawiązując do "cukrowego spisku", dobrze świadczą twarde statystyki, że ważniejszy dla naszej długowieczności jest dostęp do nowoczesnej opieki medycznej a nie tzw. zdrowy styl życia.

W demaskowaniu "cukrowego spisku" przebija – formalnie słuszny – lęk moralistów starej daty, że postęp ułatwia grzeszenie. To fakt, zwłaszcza jeśli chodzi o przywary lenistwa, obżarstwa i rozwiązłości. Czy to jednak oznacza, że mamy walczyć z cywilizacją, cofać się do mitycznego pseudo-raju, gdzie je się surowe warzywa i pierze ciuchy w balii? Nie, bo nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Nie jest łatwo, gdy jest łatwo i jak chcemy być cnotliwi, to musimy kultywować cnoty pomimo pokus.
 

Komentarze (1)
Historia nie lubi się powtarzać
 Oceń wpis
   

W ostatnich wieściach ekonomicznych z Polski i Świata dominuje temat długu w szczególności i pieniądza w ogólności. Głowimy się, co zrobić z „frankowiczami”; Grecja kombinuje, jak się wykręcić od spłaty długów; Chorwacja chce długi najbiedniejszym umorzyć. Do tego dochodzi problem samych Szwajcarów z supermocnym frankiem i ponad bilion euro ilościowego luzowania Europejskiego Banku Centralnego.

Wielkie wyzwania to czas medialnych żniw dla zwolenników prostych rozwiązań i prostych wyjaśnień. Słyszymy zatem ogólniki w stylu „długi trzeba spłacać” czy „chcieli, to mają” bądź, alternatywnie, „wszystkiemu winni banksterzy”. Gdy zapytamy szermierzy takich haseł, „a dlaczego?”, usłyszymy coś w stylu „no bo to oczywiste, bo tak zawsze było”. Prawda jest tymczasem taka, że ani oczywiste, ani nie było.

Weźmy taki pogląd: długi należy spłacać, a umarzanie to jakiś nowy wymysł nieodpowiedzialnego lewactwa. Otóż prawda historyczna jest taka, że długi prywatne, publiczne oraz międzypaństwowe (soverign debt) były całkiem często niespłacane, może nawet częściej niż spłacane. Problem ciężkich długów prywatnych, dostrzeżony został już w starożytności, choćby dlatego w szóstym wieku przed Chrystusem Solon zreformował ateńskie prawo, zakazując niewolnictwa za długi. Jeszcze wyraźniejsze rozwiązania systemowe znamy ze Starego Testamentu, według którego co siedem lat, w roku jubileuszowym, po prostu umarzano wszystkie zobowiązania. Długi publiczne również były na potęgę niespłacane, bądź częściowo obchodzone (np. przez spłatę „popsutą” monetą). Właściwie jedynym imperium, które nie miało problemu z długami był starożytny Rzym, w którym w drodze łupiestwa podbijanych nacji kumulowano duże rezerwy budżetowe – ale właśnie, czy naprawdę jest to przykład do naśladowania?

Widać już, że historia gospodarcza wygląda nieco inaczej niż to się wielu miłośnikom rzekomych oczywistości wydaje, przyjrzyjmy się teraz dokładniej owemu powtarzaniu. Niektórzy za koronny dowód powtarzalności historii uznają kryzys finansowy z 2008 roku. Powiadają „całkiem jak kiedyś: była bańka i pękła”. Owszem, w tym sensie mamy powtarzalność, ale z tego jeszcze nic nie wynika. Naprawdę istotne jest to, jak świat zareagował na kryzys, a tu żadnej powtarzalności nie ma. Wręcz przeciwnie, od 2008 roku obserwujemy postawienie na głowie wielu wcześniejszych ekonomicznych prawd objawionych. Widzimy, że bilionowemu dodrukowi pieniądza nie towarzyszy hiperinflacja, ale inflacja i stopy procentowe są bliskie zeru. Widzimy, że o bankructwie państwa nie decyduje niewypłacalność, tylko subtelne definicje księgowe. Widzimy, że można przykręcić bankom śrubę o parę miliardów, ba, nawet znacjonalizować obce banki i jakoś świat się nie wali a kapitał nie ucieka w popłochu. Stąd ci, którzy grali na globalną katastrofę, zamiast zarabiać krocie, muszą przełykać gorycz strat.

żródło: wikipedia, telegraph.co.uk

źródło obrazków: wikipedia, telegraph.co.uk

Wreszcie, jedną z ciekawszych lekcji niepowtarzalności historii mamy przy okazji debaty, co zrobić z naszymi „frankowiczami”. Zacznijmy od tego, że choć to nie pasuje do obecnie najmodniejszej narracji, mocno przed zadłużaniem się we frankach ostrzegały… same banki, a za nimi Nadzór Bankowy (ba, krzyczano wręcz, że GINB chodzi na pasku dużych banków i gnębi obywateli, próbując ograniczyć prawo do taniego zadłużania się we frankach). Wielkimi zwolennikami kredytów frankowych było za to grono ekonomistów-analityków. Bardzo pouczające jest prześledzenie ich ówczesnych argumentów, że ryzyko dla biorących kredyt we frankach jest minimalne. Argumentowano więc, po pierwsze, że duże osłabienie złotówki w świetle historii jest mało prawdopodobne, a po drugie, że jeśli nawet złotówka się bardzo osłabi, to wówczas państwo nie będzie mogło spłacić zadłużenia zagranicznego, nastąpi kolaps, hiperinflacja i reset systemu finansowego. Widać teraz jak na dłoni wiarę owych analityków, że kryzysu lubią się powtarzać według tego samego schematu, a że w głowach mieli rok 1990, ówczesne uwolnienie złotówki i sześćsetprocentową inflację…

Wiara w powtarzalność historii bierze się z naiwnego patrzenia na społeczeństwo i gospodarkę jako prosty mechanizmu, gdzie wiadomo, że jak się jeden trybik obróci o tyle, to inne się obrócą dokładnie o tyle i tyle. Tymczasem mamy do czynienia nie z maszyną, ale ewoluującą siecią sprzężeń zwrotnych. Z siecią, która – to bardzo istotne – ewoluuje szybciej, niż jesteśmy w stanie to w pełni zrozumieć. Właśnie dlatego stare schematy nie zawsze działają i właśnie dlatego, nawet jeśli ktoś miałby olbrzymie zasoby pieniądza i władzy, i tak nie mógłby pokierować światem dokładnie tak, jak sobie zapragnie… i to jest bardzo optymistyczna konkluzja. Przewidywalność jest niby miła, ale to jednak wielkie szczęście, że historia nie lubi się powtarzać.

Komentarze (4)
O wyższości wyborów samorządowych nad superwulkanem
 Oceń wpis
   

Pierwsza tura wyborów samorządowych zafundowała nam trzy niespodzianki. Dwóm – awarii systemu informatycznego oraz okupacji siedziby PKW poświęcono wiele gadaniny, podczas kiedy są one naprawdę drugorzędnymi incydentami na tle trzeciej…

Przypomnijmy najpierw ciekawy fakt. W ostatnich wyborach do europarlamentu badanie exit poll przeprowadzone przez Ipsos nie pomyliło się w wypadku żadnej z pierwszych pięciu partii o więcej niż 0,7 punka procentowego. To zaiste doskonała trafność.

Exit poll używa tzw. próbkowania klasterowego, co sprawia, że błąd względny takiego badania będzie wyższy niż wynikałoby to z rozmiaru próbki. Gdyby odchylenie standardowe (pół błędu) wynosiło 1,0 punka procentowego to wychodzi, że Ipsos  miał sporo szczęścia, że poprzednio w każdym przypadku zmieścił się w graniach jednego odchylenia. Najpewniej zatem, zastosowana metodologia daje odchylenie standardowe poniżej 1,0 pp. więc i błąd oszacowania poniżej 2,0 pp. (czyli potoczonego plus-minus 2%).

Dobra, teraz rzućmy sobie garścią prawdopodobieństw:

  • ryzyko, że w ciągu roku zgnieciesz od pioruna (dane USA): 1 do ca. 13 milionów
  • szansa, że jednym obstawieniem trafisz szóstki w lotto: 1 do ca. 14 milionów
  • dzisiaj wybuchnie superwulkan Yellowstone (interpolacja liniowego prawdopodobieństwa): 1 do ca. 243 milionów
  • wynik wyborów odchyli się o siedem odchyleń standardowych od poprawnego exit poll: 1 do ca. 391 miliardów

Tymczasem, w naszej skromnej rzeczywistości wyniki pewnej partii mogą odbiegać się od exit poll nawet nie na siedem, ale i dziesięć odchyleń standardowych. A prawdopodobieństwo na to wynosi 1 do …no niestety, Excel mi zwraca dzielenie przez zero. Superwulkan niszczący jutro naszą cywilizację to rzecz niemal pewna w porównaniu do cudownych przetasowań wyborczych.

Uprzedzając komentarze – nie, powyższe nie jest żadnym dowodem na fałszerstwa (wręcz przeciwnie, dokładniejsza analiza statystyczna danych, gdy będą dostępne, możliwość mega-fałszerstwa wykluczy). Jest za to dowodem, że ktoś te wybory koszmarnie schrzanił. Oraz na to, że demokracja jest kruchsza niż nam się dotąd wydawało…
 

Komentarze (0)
Tymczasem w Europie...
 Oceń wpis
   

Na rodzimych portalach motoryzacyjnych głównym tematem jest kiedy benzyna spadnie poniżej 5 zł ewentualnie czy wprowadzą u nas obowiązek jazdy na „zimówkach”. Co innego za Oceanem… Parę dni temu głośno było o tzw. ustawie 5606 w stanie Michigan, blokującej tam dystrybucję elektrycznych limuzyn Tesla. Sprawa zresztą ciągnie się już długo – Tesli, która sprzedaje swe samochody bez pośredników, organizacje dealerów i przemysł naftowy wciąż rzucają kłody pod koła. Co ważne, negatywnie o takich blokadach wypowiedziała się Federalna Komisja Handlu, zwracając uwagę na ich anty-konkurencyjny charakter.

Co ciekawe, ustawą 5606 została otwarcie poparta przez General Motors. Motoryzacyjny gigant jeszcze niedawno był ratowany przez władze federalne (wg ostatnich szacunków, kosztowało to amerykańskich podatników jedenaście miliardów dolarów) zaś teraz, gdy stanął na nogi, kruczkami prawnymi podgryza innowacyjnych konkurentów. Kolejny to niestety dowód, że istnienie firm „za dużych by upaść” mocno degeneruje gospodarkę rynkową.

Drugą głośną ciekawostką a propos Tesli jest zapowiedź nowej limuzyny P85D z napędem na cztery koła i dwoma silnikami o mocy 691 koni. Sprint do 60 mil ma trwać 3,2 sekundy i… tu pojawia się problem, bo odbierałoby to rekord innej amerykańskiej super-limuzynie, Chargerowi Hellcat, którego benzynowe V8 z kompresorem generuje imponujące 707 kucyków...

Przez fora motoryzacyjne przetoczyła się burza, bo jakim prawem nudne elektryczne wozidło ma być potężniejsze niż najpotężniejszy seryjny muscle car?! Ostatecznie, chłopskim (redneckim?) targiem stanęło na tym, że Tesla jest „quicker” ale Hellcat „faster” czy jakoś tak. Nie ma tu sprzeczności, bo co innego sprint do setki, co innego jedna czwarta mili, co innego Nürburgring Nordschleife (na tym ostatnim Tesla sobie jeszcze nie radzi, bo przegrzewają się baterię) itd. itp. Generalnie, wnioski z tego zamieszania płyną dwa: (1) samochody elektryczne mają niesamowity potencjał (2) chciałoby się mieć takie problemy w Polsce, jakie mają w Ameryce, bo…

…tymczasem w Europie:

A właśnie, jakimiż to innowacjami motoryzacyjnymi może się ostatnio pochwalić Stary Kontynent? Nie mamy czegoś tak przełomowego jak Tesla, nie mamy czegoś tak romantycznego jak Hellcat, ale mamy niezawodnych urzędników. Zatem, od przyszłego roku zaczyna obowiązywać norma Euro 6, która stawia bardzo ostre wymogi przed silnikami diesla. Problem w tym, że już dziś nowoczesne „ekologiczne” diesle są koszmarem wielu kierowców, którzy z desperacji wycinają filtry cząstek stałych i modlą się, by nie padły pompowtryskiwacze. Jakby tego było mało, niedawne studium na politechnice w Cluj-Napoce sugeruje, że oferowane obecnie paliowo nie jest „kompatybilne” i może uszkadzać silniki Euro 6. Tymczasem producenci paliw umywają ręce i mówią, że silniki to nie ich sprawa. Jak przyjdzie co do czego, ci od silnika i ci od oleju napędowego pewnie będą się przerzucali odpowiedzialnością, a kierowcę szlag trafi. Ale za będzie ekologicznie, albo przynajmniej „eko”, bez drugorzędnego „logicznie”…

Przemysł motoryzacyjny jest o tyle ciekawy, że dostajemy tam na tacy całą współczesną ekonomię polityczną, ekologię, obyczajówkę i spory kawałek postępu technologicznego. A wówczas, wybaczcie dosadność porównania, trochę nam szkoda, że za Oceanem trwa wyścig na najmężniejsze serce, a u nas na najmniej pierdzącą d…
 

Komentarze (0)
Fakty i interpretacje
 Oceń wpis
   

W tym miesiącu mija 15 lat od premiery książki, która mocno wstrząsnęła naukami społecznymi – The Bell Curve Richarda J. Herrnsteina i Charlesa Murraya. Autorzy, uznani naukowcy (Herrnstein jest autorem bardzo interesującej koncepcji tzw. melioracji), nie tylko pokazali dowody na międzyrasowe istotne różnice w poziomie inteligencji, przedstawili dowody, że inteligencja przekłada się na konkretne profity w realnym życiu i wreszcie sugerowali, że niewiele da się z tym zrobić, bo inteligencję determinują głównie geny a nie wychowanie i edukacja.

Teraz to wszystko nie brzmi jakość szczególnie bluźnierczo, ale w czasach tryumfującej politycznej poprawności i akcji afirmatywnych było szokiem dla naukowego mainstreamu, czymś w stylu 11 września 2001 dla świata polityki. Szok ten wynika jednak bardziej nie z tego, że ujawniono pewne fakty, ale z tego, że zderzyły się one z pewną domyślną interpretacją. Bo właśnie w interpretacjach, a nie faktach, jest niemal zawsze pies pogrzebany.

U jednych stwierdzenie, że Murzyni dziedziczą średnio niższe IQ niż Biali wywoła wzruszenie ramion, ale już u innych histerię, że wraca segregacja rasowa i pewnie zaraz niewolnictwo. Rozsądny człowiek wie, że to, jak powinien być urządzony świat nie wynika z tego, jak jest urządzony (czyli nie popełnia błędu naturalistycznego), nierozsądni często panikują i wciągają w panikę innych.

Doskonałym przykładem, jak bardzo różną rzeczą są fakty i interpretacje, jest problem globalnego ocieplenia. Ostatnio wybitny klimatolog Leonardo DiCaprio przekonywał nas, że jest ono faktem i stanowi największy problem dla ludzkości. Trick polega na tym, że w połowie miał rację. Owszem, świat się ociepla i nawet, owszem, grają tu rolę czynniki antropogeniczne. Natomiast nie ma żadnych twardych dowodów, że jest to nasz największy problem.

Analizy ekonomiczne wskazują, że koszty globalnego ocieplenia są niższe niż koszty walki z globalnym ociepleniem. Wskazują też, że są na świecie problemy o wyższym priorytecie, na zmaganie z którymi środki powinny pójść w pierwszej kolejności (Konsensus Kopenhaski). Zwolennicy przestawiania świat na tryb „eko” jednak jak diabeł wody święconej unikają dyskusji o tym, jak naprawdę globalne ocieplenie powinno być zhierarchizowane wśród wyzwań współczesnego świat. W tym sensie bardzo przypominają religijnych fundamentalistów.

Niestety, sporo część prawicy i konserwatystów ma z kolei ten problem, że próbuje walczyć z ekoterroryzmem niepotrzebnie negując fakty, zamiast zwrócić uwagę, że u drugiej strony kuleje nie faktografia, ale interpretacja. To bardzo źle, bo niby rozsądni ludzie spychają się w ten sposób do pozanaukowego getta.

Walczmy zatem nie z faktami, ale ze straszakiem globalnej katastrofy. Zawsze warto pamiętać, że owa medialnie rozdmuchana globalna katastrofa to pikuś wobec tego, co już wiele razy serwowały ziemskim ekosystemom przestrzeń kosmiczna i sama natura. Demolka, jaką odstawia nieodpowiedzialny człowiek, to małe piwo wobec prehistorycznych masowych wymierań. Nieprawna politycznie prawda jest zatem taka, że to nie Matka Ziemia ma się nas obawiać, ale my powinniśmy się systematycznie przed nią zbroić.
 

Komentarze (3)
Głębia taśm
 Oceń wpis
   

Stenogramy z afery taśmowej wywołały u mnie to charakterystyczne uczucie… skąd ja to znam. No tak, przez z górą dziesięciu laty spędziłem niejedną noc w kasynach przysłuchując się ludziom z półświatka – oni rozmawiali podobnie, może tylko wulgaryzmów używali z nieco większą finezją.

W całej aferze za najciekawszą uważam jednak żarliwość prorządowych mediów, które dwoją się, troją i chyba nawet czworzą by pokazać sprawy we właściwym świetle. By odkryć drzemiące w taśmach pokłady intelektu. Podejrzewam, niestety, że jest tylko kwestią czasu, jak Gazetę Wyborczą et consortes będą nas raczyli transkrypcją na takim mniej-więcej poziomie:

 

Przykładowa (hipotetyczna) wypowiedź polityka słusznej partii:

Ile się trzeba nachodzić w tym w dupę jebanym murzyńskim kraju by kupić dobre, zwijane na udach cygaro.

Transkrypcja dla (ciemnego) ludu:

Nasze państwo jest już przyjazne gejom i mniejszościom etnicznym, ale wciąż wiele mamy do zrobienia w zakresie wspierania aktywizacji zawodowej kobiet i mikroprzedsiębiorczości na Kubie.

 

Teraz, kurwa mać, benzyna może być po siedem złotych, VAT trzydzieści procent a PIT i CIT to nawet  siedemdziesiąt, bo niektórym tu chyba było za dobrze.

Teraz, w trosce o matkę ziemię, będziemy zachęcali do nabywania samochodów elektrycznych. Dążymy też, za pomocą subtelnej re-parametryzacji systemu podatkowego, do bardziej sprawiedliwej redystrybucji i optymalizacji naszego welfare state, np. według powszechnie uznanego kryterium kurtyny niewiedzy (veil of ignorance) Johna Rawsla.

 

Co ta stara pizda wygaduje?! Jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije  – to wie każdy chłop.

Jestem pod wrażeniem wypowiedzi tej doświadczonej ekspertki. Keynesowska stymulacja gospodarki jest niezbędna – co do tego panuje konsensus wśród  większości keynesistów.

 

Appendix: ekstrakt ze słownika

chuj –1. innowacja, 2. dotacja
dupa – we frazie „poziom dupy”: [oczekiwana] nadwyżka budżetowa
jebana emerytura – reforma emerytur
kupa – innowacja (p. chuj, def. 1.)
pierdolona polityka genderowa – polityka genderowa
robienie laski – zacieśnianie współpracy
stara komuszka – kompetentna socjaldemokratka
itd... itd... itd...
 

Komentarze (5)
Machina non grata
 Oceń wpis
   

Tym razem zamiast wielkiej polityki i palących problemów gospodarczych, przyjdzie czas na coś lżejszego, czyli narzekanie, że świat się kończy. W sensie obyczajowym rzecz jasna.

Miłośnicy czterech kółek, jak świat długi i szeroki, nie mają lekko.  Samochód to teraz taka machina non grata w centrach miast, smok szkaradny ziejący CO2,  narzędzie lansu niesubtelnych konserwatystów z epoki tłoka kutego. Niestety, ku zmartwieniu postępowców, samochody są wciąż produkowane a nawet ludzie nimi jeżdżą. Skoro nie można samochodów wyeliminować, można je przynajmniej trochę wykastrować, obrzydzić i sprowadzić do roli nudnego środka transportu.

Australia, wydawałoby się, to kraj wielkich przestrzeni i wolnych ludzi. Wydawałoby się… W kwietniu tamtejszy urząd wziął pod lupę puszczany w kinach spot reklamowy sportowego coupe BMW serii 2. Spot przedstawiał tak straszne rzeczy jak gwałtowne przyspieszanie czy utratę trakcji (na pustym pustkowiu). Jednym słowem, była to reklama straszliwie nieodpowiedzialna, niebezpieczna, nierozsądna i powinna by zakazana.

www.autoblog.com/2014/04/29/bmw-2-series-ad-video-poll/

Co ciekawe, BMW tłumaczył się mętnie, że tak właściwie nie przekraczano dozwolonej prawem prędkości, że złudzenie agresywnej jazdy wynika z techniki filmowania itd. itp. Czyli spuścili uszy po sobie.

Skoro już postępowcy ustalili, że auto sportowe nawet na terenie prywatnym służy to grzecznej jazdy, to trzeba się zastanowić, jaki to nabywca ma z owej sportowości benefit. Może chociaż nasyci uszy pomrukiem potężnego silnika. No… też nie do końca.

Zostając przy bawarskiej marce, okazuje się, że w swych nowym sportowych limuzynach (linia modelowa M) BMW stosuje system ASD, w którym za piękny pomruk we wnętrzu auta odpowiada już nie silnik, ale… system audio. Rozwiązanie to byłoby nawet dowcipne gdyby chodziło o miejski samochodzik, w środku którego mruczy V12 Lambo. My wszak mówimy o autach sportowych za pół miliona zł, które chyba powinny mruczeć same z siebie. Cóż, eko-standardy docierają i do tego segmentu, a wtedy trzeba się ratować takimi ersatzami.

Powie ktoś, że się niesłusznie czepiam. Że stawiam brawurę i lans ponad bezpieczeństwem i ekonomiką. A owszem, poniekąd. Bo jak powiedział Benjamin Franklin, kto oddaje wolność za bezpieczeństwo, straci jedno i drugie.

Nie jestem przeciwnikiem postępu w motoryzacji jako takiego, chętnie przygarnąłbym super-nowoczesne Teslę S czy Nissana GT-R. Samochód jednak, wbrew twierdzeniom lewicowych postępowców, nie jest i nigdy nie będzie tylko narzędziem do przemieszczania się. Jest też następcą wierzchowca, częścią twardego, męskiego pierwiastka w kulturze. Im bardziej ten aspekt kastrujemy, tym bardziej cieszy się Wielki Brat i zacierają łapska czyhający przy granicy barbarzyńcy.
 

Komentarze (3)
Polityczna "Nagroda Darwina"
 Oceń wpis
   

Będzie oczywiście o Ukrainie i Krymie. Myliłby się jednak ktoś, przypuszczając, że tytuł dotyczy Wladimira Putina, z lubością przedstawianego w mainstreamowych mediach jako szaleńca. Na polityczną nagrodę Darwina, nagrodę za największą głupotę w dziejach nowożytnych, zasłużyła Ukraina, godząc się w 1994 na Memorandum Budapesztańskie.

Historia uczy, że z sojusznikami jak z rodziną – najlepiej wychodzi się na zdjęciu. W tym sensie rezygnacja z posiadania broni atomowej na rzecz obietnicy USA, Wielkiej Brytanii i Rosji o respektowaniu swej suwerenności była mistrzostwem świata w myśleniu życzeniowym. Stryjek zamieniający siekierę na kijek to na tym tyle geniuszem ekonomiki.

Sprawna technicznie broń atomowa to absolutnie jedyny gwarant bezpieczeństwa na arenie międzynarodowej. Jej odstraszającą rolę ciekawie analizował noblista Thomas Schelling, zwracając uwagę, że jest ona czymś w rodzaju tabu. Najpotężniejsza broń konwencjonalna może zrobić większe spustoszenie niż najsłabsza taktyczna broń jądrowa, ale to atom ma niemal mistyczną moc odstraszania. W tym kontekście, nikomu tak nie należy się pokojowa nagroda Nobla jak właśnie… atomówce!

Ale cóż… mleko w 1994 się rozlało. Jaki będzie rezultat konfliktu na Krymie nie podejmuję się przewidzieć, ale jestem daleki od zakładania, że nawet jeśli sprawa rozejdzie się po kościach, to będzie to porażka Putina. Putin już wygrał pół wojny, skutecznie testując słabość polityczną i marazm Zachodu. To użyteczny test, który ktoś kiedyś boleśnie wykorzysta przeciw nam.

No chyba, że obudzimy się wreszcie z utopijnych snów i przestaniemy wychowywać dzieci na potulnych pacyfistów, tak że potem jeden bandzior terroryzuje całe bezbronne osiedle. Może wreszcie przestaniemy powtarzać bzdury, że przemoc niczego nie rozwiązuje (polecam tu rozważania ze Starship Troopers Heinleina – książki, nie kiepskiego filmu!). Może przestaniemy kojarzyć silnego mężczyznę z kibolem, ale zaczniemy znów z rycerzem czy dobrym rewolwerowcem. Może jeszcze jest czas, miejmy nadzieję…
 

Komentarze (3)
Genderowa magia liczb
 Oceń wpis
   

Spadająca cena złota, zima stulecia w Ameryce, znikające akcje w portfelach inwestorów – to wszystko nic wobec tematu nad tematami, który zdominował naszą swojską debatę publiczną. Wobec gender. O tej ubranej w naukowe szaty ideologii wspominałem już wcześniej, gdy pies z kulawą nogą się nią nie interesował, zamiast zatem powtarzać oczywistości, weźmy na tapetę parę liczb.

Niezawodna „Gazeta Wyborcza” by zmiażdżyć anty-genderowy zespół parlamentarny sypnęły garścią statystyk:

http://wyborcza.pl/1,75968,15244483,Dzender_poslanki_Kempy__Czyli_wszystko__by_zylo_sie.html

Nie wnikając jednak w ich sensowność. No to spróbujmy wniknąć:

wartość prac wykonywanych przez kobiety w domu to średnio 231 zł tygodniowo (168 zł mężczyźni)

i jednocześnie

wartość nieodpłatnej pracy kobiet w domu stanowi ok. 30 proc. dochodu narodowego brutto;


Wynikałoby z tego, że wartość prac domowych kobiet i mężczyzn łącznie to już ponad 50% PNB. Szok! A może ktoś się jednak „machnął”?

Idziemy dalej, to jest naprawdę dobre:

zamężne kobiety z dziećmi harują na drugim etacie 4 godz. i 45 min na dobę, mężatki bez dzieci nieco mniej, bo 4 godz. 39 min, a samotne matki 4 godz. 6 min;

Robiąc prostą arytmetykę wychodzi, że dzieci średnio rzecz biorąc zwiększają potrzebę prac domowych o 6 minut na dobę, za to mąż o 39 minut na dobę – rozumiem, że prasowanie koszuli jest trudniejsze od ubranka, ale… mimo wszystko!

Wynika też z tego, że z tych 4 godzin 45 minut na dobę, zamężna i dzieciata kobieta poświęca tylko 45 minut na męża i dzieci, a resztę, całe cztery godziny, na… ciężko powiedzieć (nie bądźmy małostkowi). Ciekawe w takim razie, czy jednie urobek 45 minut z 8 przepracowanych godzin (mniej niż 10%) klasyczny patriarchalny samiec przeznacza na potrzeby swej żony i dzieci (a resztę na piwo?). Summa summarum, z genderowych statystyk wychodzi jak byk, że faceci są w tym niby patriarchalnym świecie wyciskani jak cytryny…

Tak, oczywiście, to wyżej to kpina i zabawa! Niemniej, pokazuje ona, że liczbami nie należy wywijać niczym cepem, bo cep to broń niebezpieczna dla użytkownika i samemu można sobie łatwo nabić guza…
 

Komentarze (0)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne