Mowa jest srebrem, warczenie złotem…
 Oceń wpis
   

Zacznijmy od starego, żenującego dowcipu:

Facet poderwał babkę, która miała bardzo długie włosy zaplecione w warkocze. Baraszkują w łóżku i on przez przypadek jakąś tak się niefortunnie oparł, że mocno ją za fryzurę pociągnął.
Ona: „Auuu! Warkocz!”
On: „Wrrrrr! Wrrrr!”

Niektórzy już się pewnie domyślili, że skoro warkot, to będzie o tak lubianej na dzikonomice motoryzacji. To prawda, acz o rzeczach dużo lżejszego kalibru niż afera Volkswagena, której też pewnie poświęcimy osobny felieton za jakiś czas. Dziś skupimy się na odgłosach, które się wydobywają spod maski – albo też, jak się zaraz okaże – nie tylko spod maski.

Dawnymi czasy wsłuchiwanie się kierowcy w odgłos pracy silnika i układu napędowego miało spore znaczenie praktyczne, można wręcz rzec, że było istotnym elementem sztuki prowadzenia pojazdu. Doskonale zobrazował to w 1939 roku John Steinbeck w swoich „Gronach gniewu” opisujących exodus wywłaszczonych farmerów do Kalifornii. Od sprawności rozklekotanej ciężarówki zależał tam los trzypokoleniowej rodziny – kierowca musiał dokładnie monitorować odgłosy dochodzące spod maski, by zainterweniować zawczasu, zanim coś się przegrzeje lub ostatecznie rozleci.

Od tamtych czasów wiele się zmieniło – o groźbie awarii informują zapalone kontrolki czy komunikaty komputera pokładowego; same zaś odgłosy silnika straciły czysto utylitarną funkcję i stały się, w zależności od preferencji kierowców, albo niepożądanym szumem albo miłym uchu pomrukiem. Kierowcy, którzy pożądają ciszy w kabinie, generalnie nie mają na co narzekać, o ile dysponują jako-tako zasobnym portfel. Jednak ci, dla których ryk potężnego silnika jest najprzyjemniejszą muzyką i zarazem magnesem na spacerujące w pobliżu top-modelki, mają ostatnimi czasy powody do niezadowolenia.

Moda na ekologię (jednak całkiem od afery VW nie uciekniemy) nie oszczędziła również samochodów sportowych i tzw. supersportowych, co jest swego rodzaju absurdem – spadek spalania aż o całe pięć litrów na sto km oznacza oszczędności rzędu piętnastu-dwudziestu złotych dziennie, tymczasem dzienna amortyzacja (utrata wartości) takiego auta sięga ładnych kilkuset złotych. Tak czy owak, silniki aut sportowych mają być oszczędniejsze, są więc coraz mniejsze, coraz bardziej naszpikowane nowinkami technicznymi, a przez to… nie mruczą już tak, jak kiedyś.

Kierowca wydający na sportowe auto jakieś pół miliona złotych (albo więcej) oczekuje doznań na najwyższym poziomie, w tym miłej dla ucha reakcji silnika na gaz. Ponieważ jednak nowoczesne jednostki mu tego nie zapewniają, producenci pozwalają sobie na drobne oszustwo – odgłos sinika sztucznie wzmacniany/generowany przez głośniki systemu audio. Warto też nadmienić, że sztuczne poprawianie dźwięku w kabinie załatwia (o ile załatwia) tylko połowę problemu, bo aspekt „bulwarowego lansu” czy „podrywu na silnik” jak nie działał, tak dalej nie działa. Co ciekawe, sam pomysł nie jest nowy, proste gadżety generujące pomruk potężnej V8-ki w miejskim autku istniały już dawno i uchodziły… – jakżeby inaczej – za szczyt obciachu, a nie nowinkę techniczną. Awangardą we wprowadzaniu takich rozwiązań okazał się koncern BMW, doprowadzając wielu zagorzałych fanów do wściekłości i desperackich ingerencji w elektronikę auta.

Sztuczne wzmacnianie odgłosu silnika w kabinie stosuje też Lexus, i to choćby w nowej sportowej limuzynie GS-F, której wolnossący pięciolitrowy silnik – i to jest chyba w całej sprawie najbardziej intrygujące – uchodzi za dobrze brzmiący sam w sobie. Lexus na dodatek wcale się z tym rozwiązaniem nie kryje, wręcz przeciwnie, wymienia je jako jeden z ważniejszych atutów w auta w materiale promocyjnym. W stosunku do sytuacji z BMW mamy zatem istotną zmianę paradygmatu – poprawia się coś, co jest samo w sobie dobre, i wcale się z tym nie kryje:

lexusenthusiast.com/2015/09/16/video-lexus-gs-f-key-performance-features/

W czym problem – padnie teraz fundamentalne pytanie – czy nie ważne jest to, że miły dźwięk dociera do uszu kierowcy? Oczywiście znajdą się tacy, którym to nie przeszkadza. Tak samo jak znajdą się tacy faceci, którym nie przeszkadza, że ich partnerka udaje orgazm. Tym bardziej, że przecież technicznie jest wykonalne, by taki udawany orgazm był bardziej ekstatyczny od prawdziwego – i potem można się pochwalić przy piwie „udawany orgazm mojej żony jest głośniejszy i dłuższy od szczytowania sąsiadki za ścianą”.

Czy może jednak nie bardzo…

Warto zajrzeć tutaj: America’s best-selling cars and trucks are built on lies...

Problem okazuje się zatem dość fundamentalnej natury – wyboru między niedoskonałą twardą rzeczywistością a „doskonalszą” ułudą. Wyboru, który tylko częściowo dokonujemy sami, a coraz chętniej robią to za nas rządy, media i korporacje – w imię oszczędności, politycznej poprawności, czy walki o rząd dusz. Sprawa jest dość skomplikowana, bo można argumentować, że cały rozwój cywilizacyjny jest w jakimś sensie ucieczką człowieka od natury. Marudzenie na sztuczny dźwięk w aucie jest tak samo sensowne – powie ktoś – jak egzystencjalny lęk farmerów we wspomnianych „Gronach gniewu” przez bezdusznym traktorem zastępującym konia. Mimo wszystko byłbym skłonny uznać, że lęk przed wirtualizacją jest czymś jakościowo innym niż lęk przed techniką – zresztą w tej samej książce Steinbecka mamy świadectwo młodego kierowcy, który zajrzenie pod maskę superluksusowego Cadillaca V-16 opisuje niemal jako mistyczną ekstazę. Technika jako taka może nas skłaniać do podejmowania nowych wyzwań, jak choćby podbój kosmosu. Wirtualizacja, odwrotnie, ma nam zapewnić zaspokojenie tu i teraz – bez wysiłku, bez ryzyka, bez interakcji z innymi ludźmi. Tu choćby leży problem z wirtualnym seksem: nie chodzi tam li tylko o jego (nie)przyzwoitość, ale o to, że przez wieki i tysiąclecia pożądanie kobiet z krwi i kości było wielką siłą napędową władców, innowatorów, artystów. Czy na pewno można ją zastąpić rywalizacja o liczbę zaliczonych wirtualnych laseczek?

Jestem oczywiście realistą i zdaję sobie sprawę, że pewnych trendów odwrócić się nie da. Nie ma dla nas powrotu do wierzchowców, lepianek i odręcznych map na garbowanej skórze, ale możemy pozostać czujni – odsiewać te nowinki, które ułatwiają i umilają życie, od tych, które są życia surogatem. To nie będzie łatwe, bo różnym wielkim „po tamtej stronie” zależy, byśmy bezrefleksyjnie łykali pigułki, czyniące z nas rozleniwionych niewolników w imię naszego rzekomego dobra.  Doprawdy, nie dajmy sobie wmówić, że udawany orgazm jest lepszy, skoro głośniejszy.

Komentarze (0)
Gwałt jako miara postępu
 Oceń wpis
   

Rocznica 11 września 2001 to dobry moment na wpis o multi-kulti.

Przy okazji zamieszania z uchodźcami, trwa debata o mniejszość muzułmańskiej w Europie. Pojawia się tam ciekawy casus Szwecji, kraju, który obecnie przoduje w Europie a nawet na świecie w statystykach przemocy wobec kobiet – szczególnie szokujący jest wskaźnik gwałtów, w którym Szwecja z ponad sześćdziesięcioma przypadkami na sto tysięcy mieszkańców deklasuje nawet kraje trzeciego świata:

Co więcej, w przeciwieństwie do większość państw rozwiniętych, wskaźnik ten tam systematycznie rośnie, zamiast spadać. Jedni winią za to politykę multikulturowości, sugerując, że to muzułmańscy imigranci są odpowiedzialni za wzrost liczby gwałtów w ostatnich czterdziestu latach o 1400%.

Zwolennicy mutlikulturowości argumentują zaś, że powyższe statystyki są całkiem nieadekwatne, gdyż:

1.    Liczba raportowanych gwałtów zależy od świadomości społecznej, generalnie im społeczeństwo bardziej postępowe i rozwinięte w wymiarze równości płci (Szwecja przoduje w gender equality index) tym większa liczna raportowanych aktów przemocy.

2.    Definicja gwałtu zmienia się w czasie i różni między jurysdykcjami. W Szwecji wielokrotny gwałt na ten samej osobie liczy się jako kilka, a sama definicja przemocy seksualnej jest dość inkluzywna, stąd taka liczna raportowanych incydentów.

Niektórzy, jak bloger slwstr dodają jeszcze taki:

3.    Skoro w krajach bez imigrantów liczba gwałtów jest mała, w krajach muzułmańskich liczna gwałtów jest mniejsza, to jakim cudem w mieszanym miałaby być tak duża?

Zwolennikom trzeciego argumentu polecam wziąć pod rozwagę problem jeszcze bardziej fundamentalny: skoro mamy bardzo mało gwałtów kobiet na kobietach, niewiele gwałtów mężczyzn na mężczyznach, to jakim cudem jest tyle gwałtów mężczyzn na kobietach? Doprawdy, czy to tak trudno uwierzyć, że w pewnych kulturach tknięcie siostry sąsiada kończy się poderżniętym gardłem, ale jednocześnie gwałt na żonie obcego to powód do przechwałek przy kubeczku kumysu?

A teraz dzikonomicznie weźmy się za liczby:

Raportowanie i definicja gwałtów

Po pierwsze, teoria o tym, że Szwedki są szczególnie skłonne do zgłaszania gwałtów jest myśleniem życzeniowym bez podparcia w danych. Według szacunków Brå(Szwedzkiego Urzędu do Zapobiegania Przestępczości) zgłaszanych jest tylko około 20% gwałtów. Wiki zestawia to z np. szacunkiem 25% dla Wielkiej Brytanii. National Institute of Justice oraz fundacja RAINN szacują odsetek zgłoszeń w USA na ca. 31%.

W dalszego analizie bardzo przydatne okaże się odróżnienie gwałtu dokonanego przez osobę całkiem obcą ofierze (nazwijmy to rodzajem I, klasyczny model zbira nocą w parku) oraz gwałtu przez osobę znaną ofierze – kolegę z pracy, sąsiada, kogoś z rodziny (rodzaj II). Badacze problematyki przemocy seksualnej są zgodni, że gwałtów II rodzaju jest popełnianych dużo więcej, a także, że zawsze były one mniej chętnie zgłaszane, choć ta dysproporcja stopniowo maleje. Cytując NIS.GOV:

Among victims, the biggest increase in reporting was in cases where women had been attacked by people they knew. Historically, such cases had been much less likely to be reported.

Wg RAINN, w USA zgłaszane gwałty II rodzaju stanowią około 82% całości zgłaszanych gwałtów. Dane dla UK (Home Office: An Overview of Sexual Offending in England and Wales) mówią nawet o 90%. Analogiczny udział w gwałtach popełnianych musi być jeszcze większy przez wspomniany wyżej reporting bias. Zastanówmy się zatem, jaki będzie efekt większej śmiałości kobiet w zgłaszaniu przemocy i szerszej definicji prawnej,  wprowadzającej choćby pojęcie gwałtu małżeńskiego, czy liczącej gwałt seryjny jako kilka incydentów? Oczywistym efektem będzie bardzo wysoki udział gwałtów II rodzaju w zgłaszanych incydentach. W Szwecji tymczasem (znów oficjalne dane Brå):

Most of the sexual offences are committed in a public place (50%), and the perpetrator(s) are most often unknown to the victim (63%).

https://en.wikipedia.org/wiki/Rape_in_Sweden
 

Oooops!

 

Odsetek 63% gwałtów I rodzaju to zaskakująco wysoki wskaźnik (przypomnijmy, oczekiwalibyśmy co najwyżej 20%). W połączeniu z rzekomym świetnym raportowaniem gwałtów II rodzaju, to jest szokująco wysoki wskaźnik. Jakimś dziwacznym trafem, w przeciwieństwie do reszty cywilizowanego świata, Szwedki są gwałconego nie przez kolegów z pracy, mężów, czy krewnych, ale całkiem obcych facetów w ciemnych zaułkach.
 

Tożsamość sprawców

Otóż jest to w Szwecji wielkie tabu i rzecz zamiatana pod dywan. Mamy choćby takie kwiatki:

•    Raport Brå z 1996 roku wskazywał choćby, że imigranci z Północnej Afryki popełniają proporcjonalnie nawet 23 razy więcej gwałtów niż rodowici Szwedzi.

http://www.gatestoneinstitute.org/5195/sweden-rape

•    W 2005 dane o pochodzeniu etnicznym sprawców były już utajnione. Pojawiające się w Internecie przecieki sugerują, że dwuprocentowa subpopulacja imigrantów popełnia ponad 70% gwałtów. Oczywiście można takie źródło kwestionować, ale np. oficjalne statystyki dla sąsiedniej Danii też podają nadzwyczaj duży (ponad 50%) udział osób imigranckiego pochodzenia w popełnianych gwałtach.

https://muslimstatistics.wordpress.com/2015/03/19/sweden-77-6-percent-of-all-rapes-in-the-country-committed-by-muslim-males-making-up-2-percent-of-population/

http://www.infowars.com/feminists-mute-on-muslim-rape-epidemic-sweeping-europe/

•    Szwedzki polityk Michael Hess został skazany na karę więzienia w zawieszeniu za przytaczanie informacji na temat skali gwałtów popełnianych przez imigrantów. Sąd uznał, że prawdziwość przytaczanych danych jest irrelewantna dla oceny takiego postępowania jako szerzenie nienawiści.

http://conservative-headlines.com/2014/05/swedish-politician-convicted-of-a-crime-for-posting-statistics-about-rape-on-facebook/

•    Gdy gang złożony sześciu Somalijczyków i jednego Irakijczyka (nieposiadających szwedzkiego obywatelstwa) dokonał brutalnego gwałtu na fińskim promie, szwedzkie mainstreamowe media i tak napisały, że sprawcami byli „Swedish man”…

Co z tego wynika?


Mamy zatem drastyczną, choć zamiataną pod dywan nadreprezentację imigrantów w popełnianych w Szwecji gwałtach. I teraz wróćmy do wcześniejszej statystyki – zaskakująco wysokiego odsetka gwałtów I rodzaju. Te dane są ze sobą spójne! Dokładnie czegoś takiego oczekiwalibyśmy w sytuacji, gdy jakaś niezasymilowana męska mniejszość wykazuje szczególną agresję seksualną wobec kobiet z większości. Natomiast całkiem odmiennych statystyk oczekiwalibyśmy, gdyby miały się potwierdzić spekulacje (i tylko spekulacje) o bardzo wysokiej skłonności do zgłaszania gwałtów czy kluczowej roli poszerzonej definicji gwałtu.

Skoro już jest tak niewesoło, to może przynajmniej szwedzki wymiar sprawiedliwości surowo karze sprawców przemocy seksualnej? O nie, próżne nadzieje, nawet Amnesty International w 2009 roku skrytykowała Szwecję za zaskakująco niski odsetek skazań za przestępstwa seksualne. Porównajmy zresztą Szwecję do USA. Według RAINN, co piąte zgłoszenie gwałtu kończy się aresztem, a co szesnaste wyrokiem więzienia. W Szwecji w 2007 przy 30000 zgłoszonych gwałtów, do więzienia trafiło 216 osób (jeden skazany na sto czterdzieści zgłoszeń). Cynicznie rzec by można „hulaj fallus, kary nie ma”… Tak oto się okazuje, że straszne patriarchaty czy systemy kastowe mogłyby się uczyć rozgrzeszania sprawców i obwiniania ofiar od postępowego multi-kulti…

Na końcu jeszcze warto się wytłumaczyć z tytułu. Otóż sugerowano jeszcze jedno, już nie metodologiczne wytłumaczenie nadzwyczajnej liczby gwałtów w Szwecji. Wytłumaczeniem tym miał być swoisty bunt szwedzkich mężczyzn przeciw emancypacji i wyrównanej pozycji kobiet – ot, Szwed nie radzi sobie z gender equality, więc z zemsty czy frustracji zaczyna gwałcić na potęgę (serio, nie ja to wymyśliłem). Tym samym, wielka liczba gwałtów miałaby być poniekąd miarą postępu polityki genderowej. Cóż, to ja jeszcze dwa razy pomyślę, czego właściwie mam życzyć Szwedkom i Szwedom…
 

Komentarze (0)
A bo u innych to się sprawdziło...
 Oceń wpis
   

Zbliżają się wybory a z nimi niezawodne recepty na poprawę sytuacji w kraju. Polska lewica uważa własne państwo za zacofany zaścianek, prawica za opresyjne kondominium, toteż jedni i drudzy tęskno patrzą na Zachód, choć wzrok zatrzymują na całkiem odmiennych rzeczach. Połączenie kompleksu niższości z głęboką wiarą we własną błyskotliwość owocuje popularnym „argumentem-młotkiem”, że trzeba wprowadzić u nas to i owo, bo się na Zachodzie sprawdziło (albo też, że nie wolno u nas czegoś wprowadzać, bo się na Zachodzie nie sprawdziło).

Gdyby ktoś jednak powiedział, że skoro drzewka pomarańczowe tak ślicznie rosną w Sevilli, to można je również posadzić na Mazowszu, to ci sami mędrkowie popukaliby się w czoło. A różnica jest przecież tylko taka, że rzeczywistość społeczno-ekonomiczna Polski różni się od Zachodniej nawet bardziej niż różnią się uwarunkowania klimatyczne. Polityków tymczasem, tak z lewa jak i z prawa, kusi niesłychanie prymitywna wizja, że każde społeczeństwo to wystandaryzowane stół i zestaw kul bilardowych, gdzie wystarczy odpowiednio dobrać kąt i siłę uderzenia, by deterministycznie posłać kule w odpowiednie łuzy. Tak jednak nie jest.

Zacznijmy od bardzo prostego i pouczającego przykładu. Parę lat temu komisja „Przyjazne państwo” zaproponowała wprowadzenie na szeroką skalę tzw. autoakredytacji, czyli zastąpień zaświadczeń oświadczeniami – pomysł zaczerpnięty, a jakże, z rozwiniętych demokracji zachodnich. W szerokim zakresie spraw urzędnik miał wierzyć petentowi na słowo, co znacząco oszczędzałoby czas obu stronom i obniżało koszty transakcyjne biurokracji. Napisałem wówczas w felietonie na Money.pl, że u nas się to całkowicie nie sprawdzi i jak się szybko okazało, miałem rację. Polak bowiem, niestety, jeśli może coś bezkarnie zyskać ściemniając, to będzie ściemniał a nie dokładał cegiełkę do budowy społeczeństwa opartego na zaufania. Ludzie bez najmniejszej żenady kłamali choćby w tak oczywistej kwestii jak bycie samotną matką, jeśli dawało to dodatkowe punkty przy rekrutacji dziecka do państwowego przedszkola. Przez to niesamotni idealiści, którzy składali prawdziwe oświadczenia, byli na podwójnie przegranej pozycji.

Regulacje powinny uwzględniać specyfikę społeczeństwa, w którym mają obowiązywać, powinny kanalizować energię tegoż, a nie iść na przysłowiową „czołówkę”. Polacy są narodem przekornych kombinatorów – to po prostu fakt, a nie zarzut. Prawo u nas powinno być maksymalnie proste, surowe i odporne na arbitraż, nawet jeśli przez to boleśnie „niesubtelne” i „niezniuansowane”. Ściganie się z własnym społeczeństwem, o czym marzy postępowa lewica, za pomocą spiętrzania regulacji i mnożenia urzędników jest potwornym marnotrawstwem energii i zasobów.

Jakby powyższego było mało, argument „bo u innych jest tak fajnie” bywa po prostu nieprawdziwy. Dobrym przykładem jest bezmyślne (acz na szczęście jeszcze dość nieśmiałe)  promowania u nas samochodów czy autobusów elektrycznych jako rzekomo ekologicznych. Ekologiczność pojazdu elektrycznego nie jest jakąś jego immanentną cechą, ale pochodną ekologiczności energii, którą się taki pojazd ładuje. W Norwegii, Francji, ewentualnie Kalifornii, energy grid jest czysty bądź dość czysty, oparty na wodzie bądź atomie. Generalnie udział energii ze spalania kopalin winien być niższy niż 50%, by rzeczywista emisja pojazdów elektrycznych i spalinowych się zrównywała. Zatem w Polsce, gdzie przytłaczająca większość energii pochodzi z węgla, pojazdy elektryczne nie tylko nie powinny być promowane, ale powinny być wręcz zabronione, bo trują nawet bardziej od benzynowych i dieslowskich gruchotów.

Innym, dosadniejszym przykładem na bujanie w chmurach wysoko ponad faktami jest próba przeszczepienia na polski grunt różnych regulacji z postępowej Skandynawii dotyczących wyrównywania szans kobiet. Trick jednak polega na tym, że jak sięgniemy po twarde dane, to okazuje się, że rozpiętość średnich zarobków kobiety i mężczyzny (gender wage gap) jest w Polsce wyraźnie mniejsza niż w Szwecji czy Niemczech, a zatem może warto bez uprzedzeń podumać, czego oni się mogą nauczyć od nas, raczej niż odwrotnie. Podobnie rzecz się ma z przemocą wobec kobiet, wielokrotnie większą w takiej Szwecji niźli u Polsce. Lewica ma tymczasem ogromny problem ze zrozumieniem, że nie ocenia się regulacji po tym, jak bardzo postępowe są na papierze.

Problem zaszczepiania poważniejszych regulacji na danym gruncie to coś, co w naukach społecznych nazywamy zależnością od ścieżki (path dependence). Warto tu wspomnieć tym razem prawą stronę sceny politycznej, zafascynowaną liberalizmem USA w kwestii posiadania broni. Choć sam uważam to prawo za bardzo istotny element wolności obywatelskiej, zdaje sobie sprawę, jak ekstremalnie trudne byłoby przeszczepienie go na rodzimy grunt. Przepaść oddziela społeczeństwo, gdzie łatwo dostępna broń palna jest elementem tradycji, od społeczeństwa, gdzie broń palna stałaby się łatwo dostępna z dnia na dzień. Uzbrojenie Polaków to pomysł zacny, jednak konia z rzędem temu, kto wymyśli na to sensowną ścieżkę.

Co bystrzejszy czytelnik zarzuci mi teraz niekonsekwencje, bo raz mówię o tym, że regulacja mają być dostosowane do społeczeństwa, a zaraz potem o tym, że odpowiednią ścieżką regulacji można społeczeństwo do broni palnej „przygotować”. Różnica między jednym a drugim przypadkiem jest jednak dość oczywista: tak jak różnica między przymuszaniem młodego miłośnika motoryzacji, aby został rowerzystą, a wymaganiem od niego, by zanim wyjedzie na drogę publiczną, uzyskał prawo jazdy. 

Zasada „a bo u innych to się sprawdziło” jest zresztą ogólniejszym przypadkiem fałszywej analogii, najmodniejszego chwytu erystycznego współczesnej Realpolitik. Widać do dobrze w paru gorących aktualnych debatach, ale to już temat na innych felieton.

----------

Tradycyjnie zapraszam do odwiedzania i polubienia profilu dzikonomiki na Facebooku:

www.facebook.com/dzikonomika

Komentarze (0)
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne