Historia nie lubi się powtarzać
 Oceń wpis
   

W ostatnich wieściach ekonomicznych z Polski i Świata dominuje temat długu w szczególności i pieniądza w ogólności. Głowimy się, co zrobić z „frankowiczami”; Grecja kombinuje, jak się wykręcić od spłaty długów; Chorwacja chce długi najbiedniejszym umorzyć. Do tego dochodzi problem samych Szwajcarów z supermocnym frankiem i ponad bilion euro ilościowego luzowania Europejskiego Banku Centralnego.

Wielkie wyzwania to czas medialnych żniw dla zwolenników prostych rozwiązań i prostych wyjaśnień. Słyszymy zatem ogólniki w stylu „długi trzeba spłacać” czy „chcieli, to mają” bądź, alternatywnie, „wszystkiemu winni banksterzy”. Gdy zapytamy szermierzy takich haseł, „a dlaczego?”, usłyszymy coś w stylu „no bo to oczywiste, bo tak zawsze było”. Prawda jest tymczasem taka, że ani oczywiste, ani nie było.

Weźmy taki pogląd: długi należy spłacać, a umarzanie to jakiś nowy wymysł nieodpowiedzialnego lewactwa. Otóż prawda historyczna jest taka, że długi prywatne, publiczne oraz międzypaństwowe (soverign debt) były całkiem często niespłacane, może nawet częściej niż spłacane. Problem ciężkich długów prywatnych, dostrzeżony został już w starożytności, choćby dlatego w szóstym wieku przed Chrystusem Solon zreformował ateńskie prawo, zakazując niewolnictwa za długi. Jeszcze wyraźniejsze rozwiązania systemowe znamy ze Starego Testamentu, według którego co siedem lat, w roku jubileuszowym, po prostu umarzano wszystkie zobowiązania. Długi publiczne również były na potęgę niespłacane, bądź częściowo obchodzone (np. przez spłatę „popsutą” monetą). Właściwie jedynym imperium, które nie miało problemu z długami był starożytny Rzym, w którym w drodze łupiestwa podbijanych nacji kumulowano duże rezerwy budżetowe – ale właśnie, czy naprawdę jest to przykład do naśladowania?

Widać już, że historia gospodarcza wygląda nieco inaczej niż to się wielu miłośnikom rzekomych oczywistości wydaje, przyjrzyjmy się teraz dokładniej owemu powtarzaniu. Niektórzy za koronny dowód powtarzalności historii uznają kryzys finansowy z 2008 roku. Powiadają „całkiem jak kiedyś: była bańka i pękła”. Owszem, w tym sensie mamy powtarzalność, ale z tego jeszcze nic nie wynika. Naprawdę istotne jest to, jak świat zareagował na kryzys, a tu żadnej powtarzalności nie ma. Wręcz przeciwnie, od 2008 roku obserwujemy postawienie na głowie wielu wcześniejszych ekonomicznych prawd objawionych. Widzimy, że bilionowemu dodrukowi pieniądza nie towarzyszy hiperinflacja, ale inflacja i stopy procentowe są bliskie zeru. Widzimy, że o bankructwie państwa nie decyduje niewypłacalność, tylko subtelne definicje księgowe. Widzimy, że można przykręcić bankom śrubę o parę miliardów, ba, nawet znacjonalizować obce banki i jakoś świat się nie wali a kapitał nie ucieka w popłochu. Stąd ci, którzy grali na globalną katastrofę, zamiast zarabiać krocie, muszą przełykać gorycz strat.

żródło: wikipedia, telegraph.co.uk

źródło obrazków: wikipedia, telegraph.co.uk

Wreszcie, jedną z ciekawszych lekcji niepowtarzalności historii mamy przy okazji debaty, co zrobić z naszymi „frankowiczami”. Zacznijmy od tego, że choć to nie pasuje do obecnie najmodniejszej narracji, mocno przed zadłużaniem się we frankach ostrzegały… same banki, a za nimi Nadzór Bankowy (ba, krzyczano wręcz, że GINB chodzi na pasku dużych banków i gnębi obywateli, próbując ograniczyć prawo do taniego zadłużania się we frankach). Wielkimi zwolennikami kredytów frankowych było za to grono ekonomistów-analityków. Bardzo pouczające jest prześledzenie ich ówczesnych argumentów, że ryzyko dla biorących kredyt we frankach jest minimalne. Argumentowano więc, po pierwsze, że duże osłabienie złotówki w świetle historii jest mało prawdopodobne, a po drugie, że jeśli nawet złotówka się bardzo osłabi, to wówczas państwo nie będzie mogło spłacić zadłużenia zagranicznego, nastąpi kolaps, hiperinflacja i reset systemu finansowego. Widać teraz jak na dłoni wiarę owych analityków, że kryzysu lubią się powtarzać według tego samego schematu, a że w głowach mieli rok 1990, ówczesne uwolnienie złotówki i sześćsetprocentową inflację…

Wiara w powtarzalność historii bierze się z naiwnego patrzenia na społeczeństwo i gospodarkę jako prosty mechanizmu, gdzie wiadomo, że jak się jeden trybik obróci o tyle, to inne się obrócą dokładnie o tyle i tyle. Tymczasem mamy do czynienia nie z maszyną, ale ewoluującą siecią sprzężeń zwrotnych. Z siecią, która – to bardzo istotne – ewoluuje szybciej, niż jesteśmy w stanie to w pełni zrozumieć. Właśnie dlatego stare schematy nie zawsze działają i właśnie dlatego, nawet jeśli ktoś miałby olbrzymie zasoby pieniądza i władzy, i tak nie mógłby pokierować światem dokładnie tak, jak sobie zapragnie… i to jest bardzo optymistyczna konkluzja. Przewidywalność jest niby miła, ale to jednak wielkie szczęście, że historia nie lubi się powtarzać.

Komentarze (4)
O wyższości wyborów... O pożytku z lobbystów i...
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne