Prawdziwy problem wirtualnych bomb
 Oceń wpis
   

Pracując w centrum stolicy, można odnieść wrażenie, że trudno o tydzień bez demonstracji czy alarmu bombowego. W piątek znów kilka dużych instytucji zostało ewakuowanych – pięć ministerstw w Warszawie i kilka urzędów skarbowych w innych miastach. Są instytucje, np. niektóre sądy, gdzie alarmy bombowe to już po prostu rutyna, coś jak umycie okien (choć właściwie duże połaciowe okna, wymagające specjalistycznego sprzętu, myje się tam rzadziej niż urządza ewakuacje).

Cynik mógłby rzec, że ewakuacja jakiegoś urzędu to w sumie dobra rzecz, bo urzędnicy generalnie są szkodliwi i jak akurat nie pracują, to i nie szkodzą. Nie jest to do końca trafne ujęcie, bo nawet jak urzędnik jest średnio rzecz biorąc szkodliwy, to czasem powinien pewne decyzje (np. pozwolenia) szybko wydać. Poza tym, alarmy bombowe dotyczyły też instytucji pożytecznych, jak szpitale (zazwyczaj) i szkoły (tu można się jeszcze zastanowić).

Alarmy bombowe to dość ciekawy przykład systemowej absurdalności. Na przestrzeni ostatnich lat było ich mnóstwo i żaden nie okazał się prawdziwy. Wypada sobie zadać pytanie, dlaczego gościa dzwoniącego z informacją o bombie policja ma traktować poważnie?

Skąd ten wszechobecny lęk przed uprzejmym terrorystą informującym o podłożonej bombie? Owszem zdarzyło się gdzieś kiedyś, że nie posłuchano telefonicznego ostrzeżenia o zamachu i wiele osób zginęło (Hotel Króla Dawida w Jerozolimie w 1946) ale absolutnie nie da się tego porównać do realiów współczesnej Polski i współczesnego terroryzmu. Gdyby jakiś Jan Kowalki zaczął budować Arkę, zapowiadając potop, to też raczej nie powinniśmy mu dać wiary i ogłosić stanu wyjątkowego, choć potop przecież kiedyś był. Uporczywe trwanie przy paradygmacie „alarmowym” to dobitny przykład zwycięstwa kosztownego asekuranctwa nad zdrowym rozsądkiem.

Może wreszcie znajdzie się ktoś odważny i powie: ignorujmy alarmy! Przynajmniej nieoficjalnie… To ważne, bo koszty fałszywych alarmów bombowych bywają większe od kosztu prawdziwych bomb. Jak słusznie zwrócili uwagę Levitt i Dubner w „Freakonomics”, nikt jeszcze nie zginął od bomby przemyconej w bucie do samolotu, ale czas stracony na kontroli obuwia na światowych lotnikach przekłada się na kilka „osobo-żyć”.

Zaraz oczywiście podniesie się argument, że ignorowanie alarmów bombowych to młyn na wodę terrorystów. Bo będą mogli podkładać bomby, dzwonić z ostrzeżeniem i detonować. No tak… ale już teraz mogą je też po prosu podkładać i detonować bez ostrzeżenia. Tak jest chyba straszniej, nieprawdaż? Nic nie wskazuje, że prawdziwi terroryści z generacji na generację stają się większymi dżentelmenami. Raczej, niestety, odwrotnie…
 

Komentarze (4)
Dlaczego czarny charakter nie... Genderowa magia liczb
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne