Eko-panika i magia liczb
 Oceń wpis
   

"Gazeta Wyborcza" bije na alarm – jeśli nie ograniczymy emisji CO2 do atmosfery, to do roku 2100 oceany się zakwaszą, a ich lustro wzrośnie nawet o jeden metr. Straty z tego tytułu dla ludzkości mogą wtedy sięgać od 0,5 do prawie 2,0 bilionów dolarów rocznie. No po prostu mega-ultra-hiper-Armagedon:


wyborcza.pl/eko/1,113774,11431299,Drogie_oceany___ile_zaplacimy_w_przyszlosci_.htmll

Dwa biliony piechotą nie chodzą, jakby powiedzieli dziś Obama czy Barroso. Liczba robi wrażenie. Gdy jednak zaczniemy podchodzić do problemu na trzeźwo, to owo wrażenie to nagle pryśnie niczym mydlana bańka:

Po pierwsze. Załóżmy czysto teoretycznie, że te obliczenia są trafne i oddają dokładnie pesymistyczny stan rzeczy. Załóżmy, że mamy do czynienia z tym najgorszym, dwubilionowym wariantem. A teraz obliczmy na poczekaniu, ile wyniesie sumaryczne PKB na świecie w roku 2100, nawet przy założeniu jakiegoś mizernego wzrostu typu 1,5% rocznie. Co się okazuje? Otóż te mega-szokujące dwa biliony w roku 2100 to nie będzie nawet 1% produktu światowego brutto. Cóż… a miało być tak strasznie.

Po drugie. Załóżmy wciąż, że szacunki kosztów globalnego ocieplenia są właściwe. Ale to przecież tylko jednak strona medalu. Drogą są koszty walki z globalnym ociepleniem, które już teraz urastają do bardzo niebagatelnych rozmiarów. Racjonalna kalkulacja wymaga zestawienia zdyskontowanych przyszłych strat z ponoszonymi teraz kosztami ograniczenia emisji. Może się okazać, że choć duże stężenie dwutlenku węgla jest niebezpieczne, to walka z nim jest jeszcze gorsza i najlepiej – o ekologiczna zgrozo – nauczyć się żyć z nadmiarowym CO2 (tzw. scenariusz adaptacyjny, o którym wielu orędowników walki z ociepleniem najwyraźniej nie ma pojęcia).

Po trzecie. Zastanówmy się, jak wiele znamy celnych prognoz obecnej sytuacji pochodzących z roku 1924 (88 lat temu) – ktoś wtedy trafnie zdiagnozował główne zagrożenia dla rozwoju ludzkości, przewidział cenę baryłki ropy naftowej itd. itp.? Dlaczego więc dajemy wiarę szacunkom, które z taką dokładnością (1979 mld. USD) przedstawiają koszty bardzo trudnego w modelowaniu zjawiska na rok 2100?

Czyżby, przez te 88 lat nic się nie mogło ważnego w geopolityce, nauce (energetyka, geoinżynieria, biotechnologia) i Układzie Słonecznym wydarzyć? Poza rosnącym stężeniem CO2 wszystko będzie tak jak jest, zrozpaczeni ludzie będą stali na plaży i patrzyli, jak oceany po dwa milimetry rocznie zalewa ich domy i liczyli miliardowe straty? Dobre sobie…

Przewidywanie na prawie sto lat w przód jest o tyle ciekawe, że choć nie mamy pojęcia, co się przełomowego wydarzy, to zapewne popełnimy największy błąd, przewidując , że nic się nie wydarzy. Eko-prorocy w swych prognoza przypominają pod tym względem XIX-wiecznych pozytywistów i za kilkadziesiąt lat podobnie będą postrzegani. Na razie czekajmy więc spokojnie, nie dając się zwariować eko-panice.
 

Komentarze (3)
Jestem gangsterem, nie palę!
 Oceń wpis
   

Jak to jest z aktorami, każdy wie – degeneracji, pijacy, rozwodnicy, rozrabiacy i tak dalej. Na dodatek zupełnie niesłusznie zarabiają niebotyczne pieniądze – nie to co pałający chęcią pomocy obywatelom urzędnik czy wymyślający plan zbawienia ludzkości akademicki aktywista.

Okazuje się jeszcze, że ci wredni aktorzy palą na scenie papierosy, gdy grają ludzi z półświatka – przynajmniej w Teatrze Narodowym w Londynie, co oburzyło walczącego z biernym paleniem amerykańskiego profesora:

wyborcza.pl/1,75248,11374780,Papierosy_na_scenie_teatralnej_truja_widzow.html

Zakaz palenia na scenie czy planie filmowym to w ogóle większy problem: niektórzy to uważają za ograniczenie swobody ekspresji, inni popierają w ramach mody na zdrowe życie. Problem zdaje się błahy i trzeciorzędny, ale rzecz w tym, że mamy do czynienia z jednym z wielu symptomów boleśnie zaburzonej proporcji.

Z jednej strony, za objaw wolności uchodzi przekraczanie granic dobrego smaku czy deptanie drobnomieszczańskiej moralności – obrzydliwe instalacje „artystyczne” w publicznych galeriach, płatny morderca jako archetyp sympatycznego bohatera, antykoncepcja bez zgody rodziców dla trzynastolatek (to ostatnie w Wielkiej Brytanii). Z drugiej, w dobrym tonie jest się kłaniać świętym krowom postępu – krucjata przeciw palaczom czy blokowanie budowy ważnej obwodnicy z powodu troski o jakąś żabkę.

Na mój zaściankowy konserwatywny rozumek, mamy do czynienia z pewnym przewartościowaniem – tradycyjne wartości, mocno osadzone w chrześcijaństwie, są wypierane przez panteistyczno-newageowski melanż, bo natura nie znosi próżni. Bohaterem starych czasów jest seksistowski honorowy twardziel z papierosem w zębach, który dawał łupnia złym gangsterom. Bohaterem nowych będzie wyluzowany i najlepiej biseksualny gangster wegetarianin, jeżdżący ekologicznym elektrycznym autem. Obowiązkowo niepalący.

Postępowcy mają na ustach hasła o prawie do samorealizacji, dbałości o zdrowie publiczne i troski o Matkę Ziemię. W praktyce zamiast starego gorsetu norm moralnych proponują gorset nowy. Nawet ciaśniejszy, ale za to w modnym zielono-różowym kolorze.

Komentarze (2)
Kryzys zaufania
 Oceń wpis
   

Pisałem kiedyś, że słuszna skądinąd inicjatywa, by zastąpić stos papierkowych zaświadczeń oświadczeniami obywateli ma w Polsce małe szansę powodzenia, bo urzędnik będzie teraz musiał sprawdzać, czy obywatel nie bajerował. Okazuje się, że coś jest na rzeczy, o czym przekonujemy się przy okazji rekrutacji do przedszkoli. System preferuje rodziców samotnie wychowujących dzieci lub małżeństwa, gdzie obydwoje rodziców pracuje. I co się okazuje: „Dziennik Gazeta Prawna” donosi, ze rodzice w elektronicznych formularzach kłamią, by zwiększyć szanse swoich dzieci:

http://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/600521,rodzice_klamia_by_miec_szanse_na_zapisanie_dziecka_do_przedszkola.html

Co ciekawe, gminy mają bardzo ograniczoną możliwość weryfikacji prawdziwości deklaracji, a gdyby nawet - za bezczelne kłamstwa rodzicom nie grożą żadne prawne konsekwencje. System, który w zamierzeniu miał uprościć życie wszystkim, staje się polem do popisu dla tych bardziej cwanych. Niestety.

Przykład z rodzicami przedszkolaków to tylko kropla w większej beczce wielkiego problemu, który rozprzestrzenia się po całym świecie. Problemu, jakim jest powolny upadek społeczeństwa opartego na zaufaniu. Zaufanie, wiara w przyzwoitość współobywateli en masse, jest fundamentem niskich kosztów transakcyjnych współżycia społecznego. Owszem, można byłoby żyć w społeczeństwie, gdzie nikt nikomu nie ufa i np. każdy kierowca jest potencjalnym psychopatą, który chce nas przejechać, a nasze ciało wrzucić do bagażnika i sprzedać na narządy. Można tak żyć, ale wówczas gros naszych zasobów materialnych i kreatywności poświęcilibyśmy na zabezpieczaniu się przed zakusami pozbawionych skrupułów bliźnich.

Za społeczeństwo bardzo silnie oparte na zaufaniu długo uchodziły Stany Zjednoczone. Symbolem takiego modelu były chyba słynne pojemniki z gazetami - wrzucało się monetę, otwierało pojemnik i można było zabrać gazetę. Teoretycznie, można było zabrać i dziesięć sztuk, ale jakoś tak prostym i przyzwoitym obywatelom to nawet do głowy nie przychodziło. Jednak i tam czasy się zmieniają. Ostatni raz byłem w USA w roku 2006 i już wtedy było widać, że ekspansja latynoskich imigrantów poważnie nadwyręża system oparty na wierze w ludzką przyzwoitość. Dziś jest pewnie jeszcze gorzej.

Kryzys zaufania to rzecz znacznie poważniejsza niż kryzys finansowy, fiskalny i im podobne. Gospodarkę i finanse publiczne można w teorii naprawić prosto (co nie znaczy bezboleśnie) - poprzez zaciskanie pasa, zmuszanie ludzi do dłuższej pracy, redukcję biurokratycznej hydry. Na to, jak sprawić, by ludzie stawali się przyzwoitsi (albo chociaż nie stawali się mniej przyzwoici) nie ma nawet dobrej teorii.

Jest źle, a będzie jeszcze gorzej - na to wygląda, choć nie to jest przesadnie dzikonomiczna konkluzja. Pozostaje się cieszyć, że do beczki dziegciu ktoś jednak czasem stara się dodać łyżkę miodu. Choćby w kwestii obrotu książkami elektronicznymi, gdzie klasyczne zabezpieczenie typu DRM zostaje coraz częściej zastępowane dużo słabszym tzw. watermark. Mała rzecz, a cieszy, bo bazuje na założeniu, że ktoś płaci za książkę, bo tak mu nakazuje przyzwoitość, a nie dlatego, że musi.

Ktoś pewnie powie - może z jakichś przyczyn taka strategia biznesowa się opłaca. Może tak. Ze względu na wspomniane wyżej koszty transakcyjne, powszechna przyzwoitość generalnie się opłaca. Niemniej, przyzwoitym warto być chyba zawsze, tak po prostu.  

Komentarze (0)
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne