Skąd się biorą dzieci?
 Oceń wpis
   

Badani przez Bronisława Malinowskiego tubylcy z Wysp Trobriandzkich uważali za oczywistą bzdurę informację o tym, że dzieci biorą się z seksualnej interakcji kobiety i mężczyzny. Dla dzikich było oczywiste, że za płodność odpowiedzialne są duchy przodków. Współczesny świat niby wprost nie neguje biologicznych mechanizmów prokreacji...

Tym niemniej, śledząc ogólnonarodową dyskusję o demografii (niedawno włączyli się w nią również biskupi swoim listem pasterskim) zaczynam coraz bardziej odnosić wrażenie, że w XXI wieku dzieci tak właściwie biorą się z polityki prorodzinnej lub ewentualnie z próbówki.

W kwestii „nowoczesnej teorii prokreacji” zadziwiająca jest zgodność perspektyw: lewicowej i prawicowej, różniących się w sumie tylko drugoplanowymi szczegółami (jedni chcą np. więcej dotowanych żłobków a drudzy niższych podatków, by zostawało więcej pieniędzy na utrzymanie dzieci). Zadziwiająca jest przy tym uparte ignorowanie podstawowych faktów. A fakty są takie:

  • Liczba dzieci jest ujemnie skorelowana z zamożnością. Widać to doskonale na poziomie wewnątrzkrajowym (np. miasto-wieś) i międzynarodowym.
  • Bardzo dużo dzieci bierze się z tzw. wpadek. To taka gra natury z ludzkim wygodnictwem i nie jest to samo w sobie czymś złym – wręcz przeciwnie. Ludzie może nie palą się do posiadania dzieci, ale jak już je mają, to zwykle w miarę sprawnie się nimi opiekują.
  • Silnym korelatem liczby dzieci jest gorliwa religijność – widać to na przykładzie muzułmanów czy wspólnot neokatechumenalnych.

Stwierdzenie, że rozrodczości sprzyjają tak naprawdę bieda, trudny dostęp do antykoncepcji i religia jest do bólu prawdziwe, ale również do bólu politycznie niepoprawne. Oznacza ono bowiem, że jeśli decydentom na świeczniku naprawdę zależy na przyroście naturalnym, powinni prowadzić politykę zubożania obywateli, zakazu antykoncepcji i rozbudzania gorliwości religijnej (to ostatnie jest dość skomplikowane, ze względu na ludzką przekorę – dlatego, wbrew pozorom, dobrym narzędziem na rzecz religijności może okazać się zajadły państwowy ateizm).

Czemu zatem, wbrew oczywistym faktom, z prawa i lewa wciska się ludziom kity o tym, że dzietności ma sprzyjać bogacenie społeczeństwa i polityka prorodzinnych bonusów? Wynika to być może z tego, co psychologowie ewolucyjni nazywają strategiami reprodukcyjnymi.

Ludzie bogaci i wpływowi rozprzestrzeniali kiedyś swoje geny za pomocą licznych potomków z „nieprawego łoża”. Jednak w czasach współczesnych taka strategia jest nie do utrzymania, ze względu na zmiany w systemach prawnych, AIDS i nową obyczajowość. Teraz warstwy wyższe inwestują bardziej w jakość a nie liczbę potomstwa, wydając fortunę na wychowanie i edukację nielicznych dzieci. Przy takiej strategii faktycznie zaobserwujemy pozytywny związek między majętnością a liczbą dzieci, należy jednak pamiętać, że dotyczy to tylko relatywnie niewielkiego odsetka populacji. Jednak ta mniejszość jest wpływowa i opiniotwórcza, stąd w debacie o dzietności słychać głos zamożnych i wykształconych, nawet jeśli pozostaje on w sprzeczności z faktami.

Kwestia polityki prorodzinnej jest o tyle ciekawa, że pokazuje jak bardzo tkwimy w klinczu grup interesów i politycznej poprawności. Metoda prosta i skuteczna, jak np. odcięcie obywateli od antykoncepcji, byłaby natychmiast skrytykowana jako skrajne barbarzyństwo. W zamian za to rozważa się mało skuteczne programy ulżenia tym, którzy i tak mają najlżej. Nie pierwszy i nie ostatni to przypadek, gdy nowoczesna demokracja zjada własny ogon.
 

Komentarze (6)
Ten okrutny homo sapiens
 Oceń wpis
   

Jedną z popularniejszych postępowych idei są tzw. prawa zwierząt. Generalnie, chodzi o to, żeby przypisać zwierzętom ochronę moralną na podobieństwo ludzkiej. Niemoralne byłoby nie tylko znęcanie się nad zwierzętami (jak corrida) dla rozrywki czy takie atawistyczne akty próżności jak polowanie. Postępowcy chcą nawet, by samo zabijanie zwierząt dla skór i mięsa było zakazane. Ciekawie na ten temat w weekendowej „Rzeczpospolitej”:

www.rp.pl/artykul/936435,936477-Zwierze-cierpi-tak-samo-jak-czlowiek.html


Kwestię okrucieństwa wobec zwierząt na pewno warto dyskutować. Dobrym przykładem był chociażby niedawny szum w tzw. uboju rytualnego stosowanego przez ortodoksyjne społeczności żydowskie i muzułmanów. Jednak istnieje pewna fundamentalna granica, której piewcy moralnego postępu zdają się nie dostrzegać.

Piewcy praw zwierząt często używają argumentu w stylu „czyż taka biedna świnka nie jest lepsza od złego człowieka, np. jakiegoś seryjnego mordercy”. Trick polega na tym, że jeśli chcemy przyporządkować zwierzętom kryteria moralne, powinniśmy robić to konsekwentnie. Typową regułą w stanowieniu porządku jest to, że większym prawom towarzyszą większe obowiązki. Tymczasem…

Za skrajne zwyrodnialstwo uznalibyśmy sytuację, gdy konkubent bez mrugnięcia oka zabija dzieci swojej partnerki, które miała z jego poprzednikiem. Szalonym okrucieństwem byłaby sytuacja, gdy kobieta potajemnie morduje nowonarodzone dziecko innej kobiety i na jego miejsce podrzuca własne. A przecież takie zachowania to… standard w świecie zwierząt. Jakże symptomatyczne, że zwolennicy praw zwierząt w ogóle tych „drobiazgów” nie dostrzegają!

Świat zwierząt, ten prawdziwy - nie ten przekazywany przez słodkie kreskówki, jest niewyobrażalnie wręcz okrutny. I jest to okrucieństwo właściwie systemowe, wynikające explicite z selekcji naturalnej. Człowiek staje się moralny nie przez afirmację świata zwierząt, ale właśnie przez separację odeń, która np. w chrześcijaństwie polega na przypisaniu ludziom duszy nieśmiertelnej z wszystkimi tego konsekwencjami.

Jeśli natomiast w ferworze postępu zmuszamy ludzi do wegetarianizmu i stawiamy zwierzami na równi z nami, konsekwentnie byłoby również nauczyć lwa jeść marchewkę i zrobić resocjalizację kukułek, by wreszcie zaczęły samemu zajmować się swoim potomstwem.

Do dzieła! Niech postępowcy najpierw pogadają z tym lwem…

Komentarze (7)
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne