Pożegnanie 60-ki
 Oceń wpis
   

Jutro czeka nas kolejna fala rozpoczętych jakichś czas temu pożegnań. Zgodnie z wytycznymi Komisji Europejskiej ze sklepów zniknąć mają klasyczne żarówki o mocy 60W. To kolejny krok w stronę edukowania na siłę społeczeństwa, które zbyt opornie asymiluje ekologiczne nowinki.

"Cóż to znaczy" - zapyta ktoś - "w dobie meta-debat nad brakiem debaty przed wyborami w Polsce, kryzysu strefy Euro, wojny domowej w Libii?" Otóż warto wiedzieć, że żarówkowy casus znaczy dużo więcej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

Jako podstawowy substytut dla żarówek proponuje się energooszczędne świetlówki. Zawierają one trujące substancje (i powiedzmy sobie szczerze, przeciętny Kowalski je wyrzuca, a nie utylizuje), dają mniej przyjemne dla oczu światło i czasem posiadają żywotność dużo mniejszą niż deklarowaną (np. zainstalowane w łazience wytrzymują pół roku zamiast dziesięciu).

Alternatywą są jeszcze żarówki LED, rozwiązanie bardzo dobre,  nowoczesne, ale wciąż drogie (potrafią kosztować ponad 100 zł). Oczywiście, jak z każdymi nowinkami, możemy się spodziewać, że ich ceny spadną, przyjdzie nam jeszcze na to jednak trochę poczekać.

Komisja Europejska zarządziła zatem wycofanie żarówek w sytuacji, gdy istniejące substytuty mają albo gorsze właściwości albo dużo wyższą cenę. Dlaczego nie zaczekano, aż ceny rozsądnych substytutów nie spadną na tyle, by zaczęły stanowić realną rynkową alternatywę dla starych żarówek? Dlaczego nie posłużono się słabszym od zakazu instrumentem fiskalnym, jak opodatkowanie żarówek czy subsydiowanie LEDów?

Odpowiedź na powyższe pytania może być dla niektórych zaskoczeniem. O ile bowiem globalni gracze zbierają cięgi za niemrawość bądź brak przewidywalności w walce z falami kryzysu finansowego, o tyle ich polityka ekologiczna jest nadgorliwym dmuchaniem na zimne. W sytuacji, gdy gospodarki krajów rozwiniętych czeka ciężka próba, łatwość z jaką decydenci forsują coraz ambitniejsze cele redukcji CO2 czy wykorzystania energii odnawialnej może szokować.

Co ciekawe, nawet jeśli w pełni zgodzimy się z modelami przewidującymi antropogeniczne ocieplenie klimatu, obecna presja na drogie proekologiczne rozwiązania nie ma sensu. Po pierwsze, w początkowej fazie ocieplenia wiele krajów korzysta na tym efekcie, co utrudnia międzynarodowy konsensus. Po drugie, zamiast wdrażać drogie i łopatologiczne rozwiązania teraz, lepiej poświęcić czas na badania i rozwój, wypracowując metody, które pozwolą walczyć z ociepleniem taniej i efektywniej (geoinżynieria, prace nad gorącą fuzją).

Czemuż zatem zazwyczaj nierychliwi decydenci tak bardzo się śpieszą w dziedzinie, gdzie rozsądek nakazywałby poczekać? Ktoś mógłby powiedzieć, że chodzi o interes tych, którzy na ekologii zbijają kokosy. Gdyby tak się sprawy miały, to w sumie nie byłoby jeszcze najgorzej - lobbing boli, ale da się z nim żyć i można go temperować. Niestety, prawdziwa przyczyna może być inna - ekologizm staje się nową panteistyczną quasi-religią, która chce uporządkować świat. Radykalnie, bez kompromisów.

Żarówkę wynalazł genialny Edison, dla wielu wciąż pozostaje ona symbolem prostej i użytecznej innowacji. Ci, którzy wydali jej bezkompromisową wojnę, w niewielkim poważaniu mają wolność i zdrowy rozsądek. Pamiętajmy o tym, bo jeszcze nie raz spróbują uszczęśliwić nas na siłę.  

Komentarze (0)
Franka można opodatkować
 Oceń wpis
   

Prognozy analityków dzielą się na dwa rodzaje: takie które się nie sprawdzają (najczęściej spotykany gatunek) i takie które się sprawdzają w połowie (rzadsza odmiana). Ostatnio słyszałem, że gdy Ameryka zbankrutuje, to frank szwajcarski będzie po 3,70 zł. To dobry przykład prognozy sprawdzającej się w połowie: Ameryka przetrwała, ale frank pobił magiczną granicę.

Interwencja Szwajcarskiego Banku Centralnego powstrzymała na moment frankowe szaleństwo, ale nie miejmy złudzeń - takie kroki sprawdzają się dobrze raz, trochę słabo za drugim razem, a potem już nie bardzo. Szwajcaria potrzebuję czegoś bardziej radykalnego...

W niepewnym świecie ery post-neo-kryzysowej frank szwajcarski stał się dobrem obsesyjnie wręcz pożądanym. Inwestorzy rzucają się na niego jak pijak na tanie wino czy zagłodzony narkoman na świeżą działkę koki. Spekulanci zarabiają lepiej niż meliniarze lub dealerzy narkotykowi z Bronxu. Franka nie można zdelegalizować jak narkotyków, ale można solidnie opodatkować jak alkohol.

Na czym polega opodatkowanie waluty? Na ujemnej stopie procentowej. Chcesz trzymać na koncie naszego wspaniałego, wszech-pożądanego franka - płać za ten przywilej. Ujemne stopy procentowe to niewątpliwie pewna ekstrawagancja, ale zdarzały się już w świecie finansów. Oczywiście bardziej opłaca się wówczas trzymać franka po prostu w skarpecie, ale nie zawsze jest to wykonalne.

Gdyby stopy na franku były znacząco ujemne (typu minus 2%), wówczas ciekawie wyglądałaby sytuacja naszych hipotecznych frankowiczów z czasów mieszkaniowego boomu - straszliwy do niedawna kredyt spłacałby się sam. To już byłaby totalna ekonomiczna jazda bez trzymanki, ale w dzisiejszych czasach nie należy wykluczać najbardziej zwariowanych scenariuszy.

Komentarze (1)
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne