Jak biedny bogatemu dopłaca
 Oceń wpis
   

Świat motoryzacyjny obiegła wiadomość, że po siedmiu latach kończy się produkcja super-samochodu Bugatti Veyron, zabawki rozpędzającej się do ponad 400 km/h i kosztującej dobrze ponad milion dolarów. Historia Veyrona to jednak nie tylko ciekawostka ze świata luksusu, ale również intrygujący kazus ekonomiczny.

Veyron

Powszechnie przyjmuje się, że dobra luksusowe sprzedawane są z olbrzymią marżą. Jest to zazwyczaj prawda, jeśli uwzględniać tylko bezpośrednie koszty produkcji - materiały i robociznę, ale już nie nakłady na rozwój czy marketing. Intrygującym paradoksem jest, że pomimo obłędnej ceny, projekt Bugatti Veyron jako taki okazał się... deficytowy (ewentualnie mówiło się o minimalnym zysku po zakończeniu cyklu produkcji), głównie ze względu na astronomiczne koszty stałe.

Bugatti jest częścią koncernu Volkswagen, który sobie może na taką ekstrawagancję pozwolić, bo czerpie zyski z bardziej przyziemnych projektów. Tak oto poczciwy Kowalski, który za ciężko zarobione pieniądze kupuje wymarzoną Skodę Fabię, dokłada do miliardera, który wrzuca kolejne drogie cacko do przypałacowego garażu. Ludowe porzekadło, że biednemu zawsze wiatr w oczy okazuje się nadzwyczaj prawdziwe.

Nie jeżdżę Skodą, ale gdybym jeździł, specjalnie nie przeszkadzałoby mi to, ze dokładam się komuś do Veyrona. Miałbym motywację, do wspinaczki po szczeblach drabiny społecznej. A jeśli uważałbym sprawę za nie fair, zawsze można wybrać pojazd innego koncernu. Zatem ten rodzaj redystrybucji od bogatych do biednych jest niezbyt frustrujący.

Dużo gorsze są sytuacje, gdy rzecz odbywa się poza rynkiem i ponad naszymi głowami. Gdy musimy kupować drogie i nieefektywne wiatraki, bo ktoś rozstrzygnął, że za dużo emitujemy CO2. Gdy Kowalski wyłoży kasę dla wielkich instytucji, które trzymają greckie obligacje, w ramach specyficznie rozumianej solidarności z tymi, którzy przejedzą każdą pomoc po czym i tak zbankrutują.

Współczesne dekoracje są pod pewnym względem zbliżone do monarchii - przeciętny szaraczek ma w nich tak naprawdę coraz mniej do powiedzenia, bo o wszystkim decyduję "układy na górze". Różnica jest taka, że królewskie kaprysy (kiedyś złote karoce, dziś pewnie złoty Veyron) były chyba jednak mniej kosztowne niż wdrażanie pomysłów decydentów, którzy realizują drogie fantazje eko-intelektualistów lub wspierają gigantów "za dużych by upaść".

Komentarze (3)
O. Rydzyk i Kod Biblii Franka można opodatkować
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne