O. Rydzyk i Kod Biblii
 Oceń wpis
   

Informacja z gatunku "lekkich", acz całkiem ciekawych. W Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej o. Tadeusza Rydzyka, doszło do spięcia rektora ze studentami informatyki. Poszło o to, czy jest tam za dużo (zdaniem studentów), czy za mało (zdaniem redemptorysty) wykładów z Biblii i etyki:

Rydzyk o informatyce na uczelni Bez Biblii

Artykuł w Gazecie Wyborczej ma dość jednoznaczną wymowę - biednych studentów chcą zarzucić jakimiś fikuśnymi przedmiotami, a oni biedaczki narzekają, że w "Biblii nie poprogramujemy". Czy to aby na pewno dobra perspektywa?

Szkoły wyższe od zarania były czymś więcej niż instytucjami przygotowującymi do konkretnego zawodu. Uważano, że człowiek wykształcony to nie tylko taki, który opanował jakąś dziedzinę nauki, ale również poznał pewien etos intelektualisty i nabył wiedzę ogólną o cywilizacji, w której przyszło mu funkcjonować.

Oczywiście, z wszystkim można przesadzić. W czasach studenckich otarłem się o trzy wydziały dwóch uczelni i widziałem obie skrajności. Wydział, gdzie przedmiotów "ogólno-egzystencjalnych" było całe multum, kosztem wiedzy specjalistycznej. Ale też wydział, który kształcił wysoko cenionych specjalistów, nie mających jednak prawie żadnej styczności z wiedzą ogólną, poza upchniętą na siłę odrobiną zajęć, zwanymi przez brać studencką - na poły dowcipnie, na poły trafnie - "odchamiaczami".

Szkoła o. Rydzyka nie kryje się ze swoją misją, a element kulturowy ma wpisany w nazwę. Czemu zatem się oburzać, że przywiązuje do niego dużą wagę, chcąc wykształcić osoby o szerokich horyzontach, a nie tylko specjalistów - korporacyjnych wyrobników. Można toruńskiego redemptorysty nie lubić, ale w tym przypadku wypada przyznać, że dobrze rozumie on ideę misji uniwersytetu.

Na koniec warto dodać, że prześmiewki studentów z "programowania na Biblii" były wyjątkowo prostackie. Tak się składa, że Biblia z informatyką ma nieco wspólnego. Owi studenci mogliby się chociaż zająć stworzeniem dobrej klasy ebooka z polskim przekładem Pisma Świętego, którego wciąż brakuje na rynku. A jakby mieli trochę fantazji, to może stworzyliby algorytm do kabalistycznej analizy Pisma Świętego, wzorem słynnego "Kodu Biblii". Od informatyków oczekujemy w końcu odrobiny kreatywności, a nie tylko marudzenia, nieprawdaż?

 

Komentarze (2)
Czy testosteron odbiera politykom rozum?
 Oceń wpis
   

Świat jest pełen niespodzianek i najważniejsza ostatnio informacja dla światowych finansów dotyczy oskarżenia o molestowania seksualnego pokojówki przez prezesa MFW Dominique’a Strauss-Kahna. Kto by pomyślał, że np. ekonomiczne być albo nie być Grecji będzie zależało od tak ulotnego wskaźnika, jak poziom testosteronu jurnego francuskiego ekonomisty. Słynny "efekt motyla" w pełnej okazałości.

Cała afera jest zresztą ciekawa z wielu powodów. Wszyscy skupiają się na oskarżeniach o molestowanie, a nikt nie wzrusza taki niuans, że kandydat partii socjalistycznej mieszka w apartamencie po 3000$ i lata pierwszą klasą. Właściwie to tylko jego zachowanie wobec pokojówki miało znamiona socjalistyczne, chciał wszak znieść dystans klasowy i głęboko zbliżyć się do ludu pracującego.

Jakby nie patrzeć, Strauss-Kahn znalazł się w wyjątkowo nieciekawej sytuacji. Zanim cała sprawa się wyjaśni, straci szansę na rywalizację z Nicolasem Sarkozym o prezydenturę Francji. Opinia "wielkiego uwodziciela” już jest skwapliwie wykorzystana przeciwko niemu, choć na zdrowy rozum powinno być odwrotnie. Jeśli cała sprawa okaże się prowokacją, będzie "wielkim pechowcem", jeśli oskarżenia są prawdziwe, zasłuży na miano "wielkiego głupca" .

Niepokojące jest to, że oskarżenia seksualne stają się coraz częstszą bronią w poważnych politycznych rozgrywkach. Strauss-Kahn to już trzeci głośny przypadek po Berlusconim i Assange’u. Tym bardziej, że oskarżenia takowe mogą mieść często dość miękki charakter, jak to było choćby w wypadku gwałtu-niegwałtu twórcy Wikileaks. Przecież nie jest tak, że wcześniej politycy byli grzeczni, a od roku władza im rozum odebrała.

Feministki zapewne dojrzą w tym jutrzenkę dziejowej sprawiedliwości, znak końca bezkarności samców na szczytach władzy. Trzeźwiejsza zdaje się jednak diagnoza, że choć zmieniły się dekoracje i technikalia, brudne intrygi dworskie na szczytach władzy w XXI wieku mogą się rozpędzić tak samo dobrze, jak za czasów Borgiów.

Komentarze (4)
Stadiony bez trybun
 Oceń wpis
   

Problem kiboli, pseudokibiców, stadionowych chuliganów czy jak ich tam zwał wraca z zadziwiającą regularnością. Rząd proponuje coraz wymyślniejsze środki zaradcze, kibole się śmieją w żywe oczy, ktoś tam płacze nad okrutną odpowiedzialnością zbiorową. Rozwiązania radykalne faktycznie mogą być pożądane, ale zupełnie inne niż zakazy stadionowe. Najlepsze wydaje się w ogóle rezygnacja z trybun na stadionach.

Brzmi to dość ekstrawagancko, wiem, ale ma wiele zalet. Stadiony bez trybun będą mniejsze i dużo tańsze, ale z drugiej strony będzie na nich znacznie więcej miejsca na banery reklamowe. Odpada znaczący koszt zabezpieczania imprez masowych. Gros przychodów i tak będzie pochodziło z prawa do transmisji multimedialnej, bardzo dużą rolę może tu też odegrać bukmacherka, jeśli odpowiednio się to ureguluje.

Co poczną kibole bez stadionów? Mogą sobie dalej robić ustawki w lesie na koszt własny. Mogą się przerzucić na jakąś sieciową rywalizację w wirtualne mordobicie podpięte pod Facebook. Mogą wyemigrować, zająć hodowlą rybek akwariowych, zasilić armię zawodową - możliwości jest naprawdę wiele. Jeśli znikną będzie dobrze. I to nie tylko dla piłki nożnej.

Kiboli nie ma natomiast sensu cywilizować, obrączkować, głaskać po główce czy grozić paluszkiem. To zbędny wysiłek. I tak są traktowani zdecydowanie łagodniej, niż na to zasługują - duża w tym wina środowisk prawicowych, które niekiedy postrzegają chuliganów jako swego rodzaju sojuszników (bo np. robią zadymy na paradach gejowskich) - tymczasem nic tak nie psuje  polityki, jak stosowanie głupiej zasady "wróg mojego wroga jest moim przyjacielem".

Winne są kluby piłkarskie, którym odpowiada boskie uwielbienie ze strony kiboli, nawet jeśli czasami jest to trudna miłość i chuligan pogoni piłkarza (wbrew pozorom nie ma tu sprzeczności, przypomina to nieco relacje bogów, ludzi i półbogów w mitologii greckiej). Swoją drogą to dziwne, że Kościół katolicki jakoś nie potępia głośno samego zjawiska i to nie ze względu na piąte, ale właśnie najważniejsze pierwsze przykazanie.

No właśnie. Kibolstwo to nie tylko chuliganeria, to przede wszystkim forma neopogańskiego bałwochwalstwa. Oczywiście, w politycznie poprawnym świecie wszelkie bałwochwalstwa są modne i dopuszczalne, ich krytyka prowadzi do wytoczenia ciężkich dział medialnych, histerycznych zawodzeń o stosach i inkwizycji. Musimy sobie jednak uświadomić, że próba walki z przemocą stadionową, bez refleksji nad istotą zjawiska, jest leczeniem drugorzędnych objawów, a nie choroby. Ciekawe czy np. "Gazeta Wyborcza", zaangażowana mocno w stadionowy problem, jest tego do końca świadoma...  

Komentarze (3)
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne