Proszki do prania i teorie spiskowe
 Oceń wpis
   

Wśród teorii spiskowych, są również te typu "light", jak przekonanie, że teoretycznie "te same" produkty na Zachodzie są praktycznie lepsze niż w Polsce, bo producenci traktują nas jako mniej wybrednych konsumentów. Jak to z teoriami spiskowymi bywa, czasem okazują się one prawdziwe. Dziennik donosi choćby o wyraźnie wyższej wydajności niemieckich proszków do prania nad ich polskimi odpowiednikami:

gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/332175,tajemnica-zachodnich-proszkow-do-prania-dlaczego-sa-lepsze.html

 Najlepsze w tym wszystkim jest tłumaczenie, że Niemcy koncentrują proszki od kilkunastu lat, a my dopiero od kilku. Doprawdy, zaskakujący argument. Na tej samej zasadzie, skoro oni na Zachodzie mają tablety, to my ciągle powinniśmy używać abakusów.

Proszki to zresztą tylko element większej całości. Niedawno nasi południowi sąsiedzi zbadali szereg produktów, i okazało się, że nawet Cola jest inaczej (lepiej) słodzona w Niemczech, a inaczej (taniej) na Słowacji. Przypomina to stary kawał, rodem z PRL:

Polscy specjaliści z branży papierosowej pojechali do USA, zwiedzać fabrykę Marlboro. Zachwyceni jakością amerykańskich papierosów, pytają tamtejszego technologa, jak on to robi, że ich wyroby są tak dobre, a Amerykanin nonszalancko odparł:
- No wiecie, biorę pół słomy, pół tytoniu, mieszam i upycham.
A Polacy na to:
- Aaaa, to wy jeszcze tytoń dodajecie...

Swoją droga, winnymi ułomnej jakości produktów są nie tylko producenci. Pewien wytwórca syropów, zapytany czemu produkuje syrop malinowy z aronii (sic!), odparł, że Polacy taki wolą, bo ma ładny czerwony kolor, a malina brązowy i się odbarwia. To jest dopiero klincz - nie dość, że biednemu wiatr w oczy, to jeszcze ten biedny lubi iść pod wiatr.

Komentarze (1)
Elektroniczny pedał gazu i ułańska fantazja
 Oceń wpis
   

Jedną z większych niesprawiedliwości tego świata jest fakt, że sprostowania nieprawdziwych oskarżeń mają praktycznie zawsze dużo mniejsze audytorium niż te oskarżenia. Poważną ofiarą tego przykrego mechanizmu jest japoński koncern samochodowy Toyota.

Pamiętam dobrze, jak wiele miesięcy temu rozpętano histerię przy okazji rzekomej wady pedału gazu w samochodach tego producenta. Auta miały przyspieszać zamiast hamować, co prowadziło do śmiertelnych wypadków. Prezes Toyoty musiał się kajać przed Kongresem, a na motoryzacyjnych formach nie zostawiana na koncernie suchej nitki.

Tymczasem już od paru tygodni wiadomo, że oskarżenia te były całkowicie bezpodstawne. Super-drobiazgowe śledztwo wykazało, że elektronika działała dobrze. Generalnie, winni były sami kierowcy, którym mylił się pedał gazu z pedałem hamulca. Zwieńczeniem sprawy jest precedensowy wyrok Sądu Federalnego:

wyborcza.biz/biznes/1,100896,9369745,Toyota_wygrala_w_USA_proces_o_rzekoma_wade_pedalow.html

Casus Toyoty to bardzo ciekawa lekcja z innego względu. Otóż niezmiernie często spotykam się z opinią automobilistów, jak to automatyzacja i elektroniczne systemy w nowych autach są beznadziejne, bo mądry kierowca sam wie najlepiej jak prowadzić, zmienia biegi szybciej od skrzyni dwusprzęgłowej itd. itp. Ogólnie, posiadanie jak najbardziej prymitywnego auta ma wymiar wręcz ideologiczny,  prawicowo-wolnościowy.

"Afera pedałowa" tymczasem pokazuje dobitnie, że w samochodzie zdecydowanie najsłabszym ogniwem pozostaje kierowca. To zresztą bardziej ogólna zasada, że zwykle zawodzą ludzie, a nie technika. Przypadek Toyoty powinien być dla nas ważną lekcją pokory. Niemniej, lekcje takie są zbyt bolesne dla naszego ego, by je długo pamiętać.

Automatyzacji zasadniczo nie należy się bać, bo w większości przypadków wymyślają ją inżynierowie, by ułatwić ludziom życie, a nie jakiś dyktator, by nas zniewolić. Jeśli chodzi o to drugie, to dużo groźniejsze są urządzenia typu telefon komórkowy czy tablet, a nie jakiś kabelek w naszym aucie.

Swoją drogą, rozumiem, że niechęć do automatyzacji w samochodzie może mieć podłoże atawistyczne, gdy auto utożsamiane jest z wierzchowcem, a kierowca z pełnym fantazji ułanem. Zauważmy jednak, że to podejście jest wysoce niekonsekwentne. Wszak wierzchowiec ma więcej własnego rozumu niż komputer pokładowy i kontrola nad nim jest, de facto, mniejsza niż nad nowoczesną limuzyną. Sam zaś szaleńczy galop, to nic innego jak jazda na automacie, tylko w trybie sportowym...

Komentarze (1)
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne