Horror prostych podatków
 Oceń wpis
   

Zrzeszający małe i średnie firmy Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wystąpił ostatnio z interesującą inicjatywą - zastąpienia CIT jednoprocentowym podatkiem od przychodów.

Co ciekawe, według wyliczeń ZPiP taka operacja mogłaby przynieść  budżetowy aż 32 miliardy zysku, bowiem CIT płaci w Polsce ledwie 37% firm (pozostałe nie wykazują zysku). Podatek CIT w przeliczeniu daje ledwie 0,44% obrotu, przy czym im większe koncerny, tym ten wskaźnik jest niższy.

Wprowadzenie podatku od przychodów pozostaje w naszej rzeczywistości raczej marzeniem ściętej głowy, bo pomijając opór "lokalny", przeciwna mu jest również UE. Z drugiej strony funkcjonuje on całkiem nieźle w wielu stanach USA. Ma on oczywiście swoje wady, jak choćby tworzenie silnych bodźców do integracji pionowej przedsiębiorstw. Ma też jednak ewidentne zalety, jak olbrzymia prostota, zapobieganie kreatywnej księgowości i transferowaniu zysków.

W tej prostocie jest właśnie pies pogrzebany. Współczesne państwo opiekuńcze i służący mu intelektualiści wiele zrobili, by pokazać, że nie ma straszniejszej rzeczy niż proste podatki. Nawet globalne ocieplenie, terroryzm, pedofilia, czy szalejące nacjonalizmy to pikuś wobec niskiego, prostego i jednolitego opodatkowania.

Podatek dochodowy, z jakim mamy teraz do czynienia, to efekt niepisanej umowy wielkiego biznesu z państwem opiekuńczym, zapewniającym olbrzymie zyski temu pierwszemu i więcej władzy (przez rozbudowany aparat regulacji i egzekucji) temu drugiemu. Powszechnie lansowana teza o wyższości podatku dochodowego nad przychodowym jest natomiast wynikiem sprytnego i cynicznego wykorzystania porządku idealnego do obrony interesów w świecie realnym.

W świecie idealnym, gdzie nie istnieje kreatywne nabijanie kosztów, nie ma arbitrażu, rajów podatkowych, wszyscy oddają państwu chętnie i bez ponaglania określoną część zysku - w takim świecie podatek dochodowy sprawdza się doskonale, jest racjonalny, sprawiedliwy, tani w egzekucji. Jest tylko jeden mały problem - taki świat nie istnieje. Podatek obrotowy jest ułomny, ale ma olbrzymią zaletę - świetnie pasuje do niedoskonałej rzeczywistości, w której ludzie podatku płacić nie chcą.

Żyjemy w świecie, gdzie o bezsensowności trzymania psa pasterskiego przekonuje nas armia wilków-intelektualistów. Rozwiązania proste nie mają tu racji bytu, bo odbierają największym kasę, wpływy i władzę. Miejmy nadzieję, że może kiedyś armia prostych pastuszków z kijami zrobi tu nieco porządku.

Komentarze (3)
Kłamstwo ma długie nogi
 Oceń wpis
   

Spośród porzekadeł i ludowych mądrości, najmniej prawdziwe są te mówiące o kłamstwie.

Kłamstwo ma krótkie nogi, prawda jak oliwa - na wierzch wypływa, nie można nic trwałego zbudować na kłamstwie. Czyżby? Dziś głośno o tym, że ważnym elementem uzasadnienia  interwencji wojskowej w Iraku w 2003 były zmyślone historyjki opowiadane przez jednego emigranta:

Atak na Irak bazował na wymysłach

No proszę, jak łatwo bajkami wojnę wywołać. Bo kłamstwo nie ma krótkich nóg. Często ma bardzo długie, a budowane na nim systemy są potężne i bardzo trwałe.

Odrzućmy na chwilę politycznie poprawne gadki o równości wszystkiego i postmodernistyczne teoryjki o tym, że coś takiego jak prawda obiektywnie nie istnieje. I weźmy choćby na warsztat takie wielkie religie. Jeśli założymy, że prawdziwe jest chrześcijaństwo, to judaizm i islam są w jakimś istotnym stopniu zbudowane na kłamstwie (o śmierci Chrystusa i roli Mahometa) itd. Nikt jednak nie powie, że te wielkie systemy są nietrwałe i nie kształtują losów świata.

Z kłamstwem jest jeszcze inny problem: jeśli pominiemy jakiś porządek metafizyczny, to trudno nawet uznać, że jest szkodliwe. Badania psychologiczne już dawno wykazały, że zdrowi na umyśle ludzie wykazują pewien skrzywiony, nierealistyczny ogląd świata, a dopiero zburzenia typu depresja czynią nas obiektywnymi. Kłamstwo nie dość, że jest trwałe, to jeszcze potrafi być zbawienne (przynajmniej z utylitarnej perspektywy).

Co z tego wszystkiego wynika? Cynik bądź nihilista powiedziałby: wychodzi na to, że prawda jest niewiele warta. Moje sugestie są jednak nieco inne: wynika z tego tyle, że mało jest rzeczy równie trudnych, jak walka o prawdę. Bo bardzo naiwna jest wiara, że kłamstwo ma krótkie nogi i samo wyjdzie na jaw.  

Komentarze (4)
O wyższości mamony nad adrenaliną
 Oceń wpis
   

Dziennik donosi, że niemiecki Die Welt skrytykował Roberta Kubicę pisząc, że jego wypadek to tragiczny przykład żądzy adrenaliny w sportach motorowych. Cóż, a ja naiwny zawsze myślałem, że w sporty motorowe, w przeciwieństwie do np. gry w szachy czy pływania synchronicznego, żądza adrenaliny jest niejako wpisana...

Komentarze po tragicznym wypadek Roberta ujawniły dwa skrajnie różne oblicza współczesnego biznesu i społeczeństwa. Pierwszą z nich jest obsesyjny wręcz kult zdrowia i bezpieczeństwa. Każdy, kto ryzykuje swoje życie testując granice ludzkich możliwości, postrzegany zaczyna być jako niebezpieczny wariat. 

Presja medialna idzie jeszcze dalej i nawet niezdrowe odżywianie się i używki zyskują status zbrodni przeciw zdrowiu i życiu. Nawet niektórzy duchowni Kościół katolicki trochę się chyba zagalopowali, podciągając pod piąte przykazanie (które pierwotnie oznacza tyle co "nie morduj") różne pomniejsze grzeszki w rodzaju wypalenia papierosa czy szybszej jazdy samochodem.

Ludzie, którzy kochają ryzyko, muszą się w tak poprawnie politycznym świecie czuć bardzo wyalienowani. Dotyczy to nie tylko kierowców rajdowych, ale też choćby alpinistów, którzy ocierają się o śmierć jeszcze bardziej niż sportowcy wyczynowi (co siódme wejście na Mount Everest kończy się śmiercią, a dla K2 statystyki wyglądają jeszcze gorzej).

Ta obsesja na punkcie zdrowia i bezpieczeństwa ma zapewne podłoże w lęku przed śmiercią, z którym pozbawiona transcendentnych filarów cywilizacja radzi sobie bardzo słabo. I tak rodzi się społeczeństwo, w którym do bólu zdrowe i bezpieczne życie jest celem samym w sobie.

Jest jednak i druga strona medalu, także ujawniona po wypadku polskiego kierowcy. Stwierdzono, że regułą dla kierowców F1 jest zakaz uprawiania ryzykownych sportów poza torem wyścigowym, a Kubica był tutaj wyjątkiem. Takie rozwiązanie jest oczywiście wytłumaczalne ekonomicznie, ale jednocześnie poraża swoim wyrachowaniem - przypomina traktowanie kierowcy jako dobrze opłacanego gladiatora, który co prawda na arenie może przelewać krew, ale poza nią ma jeść zdrową sałatę i "dobrze się prowadzić".

Francuskie porzekadło powiada, że im bardziej rzeczy się zmieniają, tym bardziej pozostają takie same. Komentarze po wypadku Kubicy są tego dobrym potwierdzeniem. Cywilizowany świat brzydzi się ryzykowaniem życia i jednocześnie dobrze za nie płaci. Ryzykowanie dla adrenaliny to ciężki grzech, dla mamony - no, to już zupełnie co innego...

Komentarze (3)
Gwałtu, rety - reklamują opium!
 Oceń wpis
   

Współczesna cenzura obyczajowa potrafi zaskoczyć. Reklama perfum Belle d'Opium firmy Yves Saint-Laurent została właśnie zakazana w Wielkiej Brytanii, bo jej choreografia rzekomo nawiązuje do zażywania narkotyków. Minutowy spot można też oglądać w polskiej TV.

www.youtube.com/watch

Reklama Belle d'Opium jest śmiała, to fakt, ale nowych standardów w tym wymiarze nie wyznacza, były śmielsze spoty. Czyżby brytyjski regulator miał jakieś bardzo wyśrubowane standardy, rodem z epoki wiktoriańskiej? Chyba jednak nie, bo w zeszłym roku w tym kraju reklamowano bez przeszkód... aborcję. O co więc chodzi?

YSL oczywiście nie reklamuje opium, bo jest domem mody, a nie dealerem narkotykowym. Ta prosta konstatacja powinna zakończyć sprawę. Warto jednak zadać sobie pytanie, jakie mechanizm stoją za tak ewidentnym przykładem wybiórczej cenzury?

W telewizji pełno jest kontrowersyjnych spotów, choćby reklama pewnego batonika, którą można odebrać jako kpinę z osób starszych i zniedołężniałych, nawet jeśli zamysły jej twórców były nieco inne. Wiele reklam produktów finansowych mogło wprowadzać w błąd i zachęcać do niezbyt mądrego rozporządzania swoim majątkiem (zwłaszcza dość nachalne naganianie na szybką decyzję o kredycie hipotecznym).

Na pierwszy rzut oka, narkotyczne perfumy nie powinny być jakoś szczególnie wyróżnione, ale... Narkotyki, nawet te wirtualne i symboliczne, to dobry chłopiec do bicia. Z błogosławieństwem państwa opiekuńczego cenzor machnie pieczątką i obwieści, jak to ochronił obywatela przed wielką groźbą, że... No właśnie, nie bardzo wiadomo przed czym ochronił, ale ochronił. I to się liczy!

Atak na reklamę YSL to także ewidentny przykład na działanie prawniczego pozytywizmu, którym skażone są współczesne demokracje. Cenzor zakaże reklamy, którą dość absurdalnie zinterpretuje jako promującą narkotyki, natomiast spotów wątpliwych moralnie, ale "czystych" wg litery prawa już nie ruszy.

Dawni cenzorzy, może na wyrost, może głupio, ale jednak chcieli chronić obywateli przed zgorszeniem, demoralizacją. Obecni cenzorzy są dużo bardziej zachowawczy, nie stawiają sobie tak ambitnych celów. Wystarczy im, że od czasu do czasu sprzedadzą obywatelom iluzję, że Wielki Brat się o nich troszczy...

Komentarze (3)
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne