Prognoza powyborcza...
 Oceń wpis
   

Krótko, bo w formie tzw. stusłówka. O tym. co być może nas czeka pojutrze:

 

PostClinton World

Palce rozprostowały pożółkłą gazetę. Wyblakła fotografia przedstawiała kobietę unoszącą ręce w geście tryumfu.

– Pamiętam dobrze tamte chwile – rzekł mężczyzna do syna. – Hilary wygrała przewagą pół procenta głosów, a cały świat odetchnął z ulgą. Zapowiedziała najbardziej feministyczną prezydenturę w dziejach, na doradczynię biorąc wybitną profesorkę LGBTQ Studies. Jej pierwszą decyzją było rozprawienie się z dziedzictwem patriarchatu: pod nóż poszły symbole maskulinistyczno-fallicznej dominacji, czyli balistyczne pociski nuklearne. Za jednostronne rozbrojenie Ameryki Hilary stała się murowaną kandydatką do pokojowego Nobla…

Kropla skapnęła na papier. Woda z sufitu schronu… czy może łza?

– Dobra, dość wspominek. Zakładaj hazmat suit, bierz licznik Geigera, idziemy na szaber!
 

 

 

Komentarze (0)
Klapsy poprawne i niepoprawne
 Oceń wpis
   

W ostatni weekend Facebook i reszta Internetu żyła artykułem Zbigniewa Stawrowskiego z dodatku Plus Minus „Rzeczpospolitej” – autor, profesor filozofii UKSW, w miarę zdroworozsądkowo wyłożył tradycyjną naukę o karach fizycznych. To, że artykuł spotkał się z negatywnymi reakcjami, to w sumie nic dziwnego, natomiast skala tychże, przekraczająca niekiedy granice histerii, może już zastanawiać. Najciekawsze jednak w całej sprawie są niesłychane pokłady hipokryzji zalegające obóz „antyklapsowów”, ale po kolei…

Tradycyjna doktryna wychowawcza zakłada, że rodzic może wymierzać dziecku karę fizyczną, przy czym nie ma robić tego z sadyzmu, czerpiąc z tego jakąś przyjemność, ale poprzez znany i oczywisty mechanizm warunkowania. Warunkowanie nie jest stricte instrumentalne, jak u zwierząt w laboratorium, tzn. nie ma działać na zasadzie „zrobisz to jeszcze raz, to dostaniesz jeszcze raz”, ale ma również budować w karconym młodym człowieku poczucie sprawiedliwości. Samo wymierzanie kary nie jest natomiast żadną przyjemność dla karzącego, ba – dla kochającego rodzica jest raczej przykrym obowiązkiem.

Śledząc histeryczne „antyklapsowe” komentarze można wyraźnie dostrzec ich wspólny mianownik – otóż „antyklapsowcy” upierają się, że relacja rodzic-dziecko nie może być zbudowana w ten sposób, że takie „karanie z miłości” jest albo po prostu (psychologicznie, metafizycznie?) niemożliwe, albo ewentualnie patologiczne per se. Jednym słowem upierają się, że za fizyczną przemocą MUSI stać sadyzm, a nie może troska. No i tu właśnie mamy mały problem…

Radyklani przeciwnicy klapsów wywodzą się zazwyczaj z obozów lewicowych, które kładą silny nacisk na budowanie państwa opiekuńczego. Państwo opiekuńcze opiekuje się obywatelem w ten sposób, że w bardzo wielu kwestiach wie lepiej od tegoż obywatela, co jest dla niego dobre. Wie zatem ile obywatel ma płacić podatków i na co je wydać, decyduje do jakiego wieku obywatel ma się obowiązkowo edukować, z jaką prędkością ma jeździć samochodem itd. Wobec krnąbrnego obywatela ma cały arsenał kar, z których wiele kwalifikuje się jak najbardziej jako przemoc fizyczna (np. doprowadzenie siłą na rozprawę, areszt).  Mamy tu zatem klasyczną nadrzędną relację opiekun-podopieczny i mamy cały arsenał kar fizycznych dla krnąbrnego podopiecznego.

Zwolennicy państwa opiekuńczego oczywiście zaraz podnoszą larum, że powyższe to czysta sofistyka, że nie można w żadnym razie porównywać relacji rodzic-dziecko z relacją państwo-obywatel. Doprawdy? Jeśli już, to relacja rodzic-dziecko jest dużo mocniejsza i dużo bardziej oparta na miłości i wyrzeczeniu, zatem to w niej opiekunowi powinny przysługiwać szersze prerogatywy.

Zauważmy też – co bardzo ważne – że państwo ma prawo użyć przemocy wobec obywatela w dużo szerszym spektrum przypadków niż fizyczną agresja tegoż (gdzie jest to oczywiste). Państwo ma prawo użyć przemocy wobec obywatela właściwie zawsze, gdy obywatel ma inne zdanie niż państwowe „widzimisię”, np. gdy obywatel ma inną koncepcję, gdzie mają wędrować zarobione przez niego pieniądze. Paradoksalnie, jeśli przełożylibyśmy rygor państwa wobec obywatela na rygor rodzica wobec dziecka, to właśnie państwo zaczęłoby się nam jawić jako sadystyczny pedant, który zamyka dzieciaka w ciemniej komórce za to, że nie chciał się podzielić cukierkami z kolegami z podwórka.

Teoretycznie można by bronić pozycji państwa opiekuńczego faktem, że jest ono demokratyczne, toteż obywatele mają wpływ na to, kto rządzi i jakie reguły ustala. W praktyce jest to jednak fikcja, pozycja negocjacyjna jednostki wobec państwa jest dużo, dużo słabsza niż dziecka wobec rodziców

Poruszony problem okazuje się zresztą wierzchołkiem góry lodowej, którą można by nazwać „przesunięciem kompetencji”. To nie jest tak, że przemoc i przymus zniknęły w miarę cywilizacyjnego postępu, tylko zmieniły się kompetencje w zakresie ich wymierzania, wędrując coraz bardziej w górę, w stronę bezosobowego państwowego molocha. „Antyklapsowa” histeria na lewicy może zatem wynikać nie tyle z troski o dziecięce zadki, co z dużo większej troski o podważenie monopolu państwa na przemoc. Miejsce „pokornych, grzecznych dzieciaków”, nad którymi wisi widmo rodzicielskiego prawicy, zajęli bowiem „pokorni, grzeczni obywatele”, którzy mają wiedzieć, że ustalający arbitralne reguły moloch może im uprzykrzyć życie dużo bardziej niż parę pasów w tyłek.
 

Komentarze (0)
Jak to jest z tym wiekiem emerytalnym?
 Oceń wpis
   

Rządowy projekt obniżenia wieku emerytalnego wzbudza wielkie lamenty przeróżnych etatowych ekonomistów i komentatorów. Jako argument przeciw powtarza się dwie mantry: (1) niższy wiek emerytalny to nawet o 30% niższa emerytura, (2) niższy wiek emerytalny to parę miliardów większy deficyt w ZUS w najbliższych latach. Oraz czasem jeszcze jedną – (3) ludzie dłużej żyją, więc mogą dłużej pracować. Argumentom tym trudno odmówić formalnej słuszności, natomiast zdecydowanie można im omówić kompletności. Jeśli ktoś bowiem uważa, że wyczerpują one debatę, to znaczy, że bardzo mało wie o tym, jak naprawdę funkcjonuje, tak od strony prawnej, jak i praktycznej, nasz system emerytalnej.

Zatem po kolei. Stwierdzenie „popracujesz 7 lat dłużej to będziesz miał(a) 30-40% wyższą emeryturę” zakłada, że dana osoba może swobodnie wybierać między pracą a pójściem na emeryturę. Jak to się ma do praktyki – ano nijak, odsetek osób aktywnych zawodowo po 60-ce jest mały.  Podług ostatniego „Rocznika Statystycznego Pracy” GUS, w 2015 aktywność zawodowa wyglądała tak:

wiek 45-49: mężczyźni 86,3%, kobiety 82,7%
wiek 50-54: mężczyźni 79,8%, kobiety 73,6%
wiek 55-59: mężczyźni 70,4%, kobiety 52,1%
wiek 60-64: mężczyźni 41,2%, kobiety 16,0%

Dla sporego odsetka populacji późniejsza emerytura oznacza bycie bezrobotnym przed emeryturą i ewentualne korzystanie ze wsparcia pomocy społecznej, co też kosztuje.
Wreszcie, jakiś odsetek tych osób, które przy niższym wieku emerytalnym pobierałyby świadczenie, późniejszego wieku emerytalnego po prostu nie dożyje. Około 6% kobiet umiera między 60 a 67 rokiem życia, a 5% mężczyzn między 65 a 67. To będą ci, którzy na skutek przesunięcia wieku emerytalnego zostaną zmuszeni pracować dłużej a jednocześnie nie dostaną nawet grosza z odkładanych latami składek.

Drogą kwestią, jest koszt dla budżetu. Owszem, obniżenie wieku emerytalnego będzie dla nas kosztowne w krótkim okresie. Ale czy będzie kosztowne w długim? Czy będzie kosztowne per saldo? Otóż, paradoksalnie, niekoniecznie. Repartycyjny system emerytalny (część ZUS-owska) w obecnym kształcie jest formą piramidy finansowej – to nie jest obelga, tylko stwierdzenie pewnego faktu. Od klasycznej piramidy różni się tylko tym, że jej operatora się nie zwija cichaczem, tylko finansuje niedobór miedzy wpłatami a obiecanymi wypłatami z innych źródeł, generują deficyt budżetowy.

Każda wpłacona do ZUS emerytalna złotówka jest hojnie waloryzowana algorytmem, który wyklucza dostosowanie się tejże waloryzacji do kryzysów ekonomicznych i demograficznych (co ciekawe, początkowo algorytm był elastyczny, ale potem zostało to ustawowo „poprawione”). Każda składka generuje dług ukryty (implicit debt) – tym większy, im dłużej wirtualnie „leży” na tym koncie, a przecież tym dłużej leży, im większy mamy wiek emerytalny. Skoro zaś system (piramida) waloryzuje oszczędności zbyt hojnie, to im więcej tam wpłacimy, tym gorzej dla operatora piramidy, czyli państwa, czyli ostatecznie podatników.

Inaczej mówiąc – wiek emerytalny wpływa tylko na czas (timing) przepływów gotówkowych w systemie, natomiast to, czy system emerytalny się bilansuje czy nie, zależy od metody waloryzacji kont emerytalnych. Można mieć system, który się dopina przy wieku emerytalnym 50 lat i można mieć system, gdzie wydłużenie wieku emerytalnego tylko powiększy koszty obsługi tego systemu w przyszłości. W pewnych okolicznościach obniżenie wieku emerytalnego przypomina z kolei wcześniejszą spłatę zadłużenia lichwiarzowi, co jest bolesne w krótkiej perspektywie, ale w dłuższej może wyjść nam na dobre. Tak czy owak, jeśli ktoś skupia się na wieku emerytalnym, a abstrahuje od kwestii waloryzacji kont emerytalnych, to znaczy że nie ma pojęcia o tym jak działa system repartycyjny zdefiniowanej składki, który funkcjonuje w Polsce.

Warto na koniec pochylić się nad tezą lubianą zwłaszcza przez ekonomistów akademickich – późniejszy wiek emerytalny i dłuższa praca to naturalne konsekwencje faktu, że ludzie żyją dłużej. Ten argument jest również bałamutny. Widziałem niedawno ciekawe, szeroko zakrojone badania z USA i GB nad kondycją zdrowotną tych samych kohort wiekowych (w sensie, np. „siedemdziesięciolatków”) urodzonych w kolejnych latach. Jest niezaprzeczalnym faktem, że ludzie żyją dłużej, natomiast warto zastanowić się, dlaczego żyją dłużej? Otóż okazuje się, że wcale nie dlatego, że są zdrowsi i sprawniejsi! Badając później urodzone kohorty zauważono wyższy poziom tzw. frailty, niezdolności do samodzielnego funkcjonowania, np. ze względu na upośledzenia ruchowe, które jednak nie są zabójcze samo w sobie (winne są zapewne choroby cywilizacyjne, np. otyłość). Ludzie zatem żyją dłużej dlatego, że postęp medyczny jest w stanie ich dłużej utrzymać przy życiu, ale to się wcale nie przekłada na to, że są sprawniejsi i dłużej zdolni do pracy. Taki stan rzeczy jest oczywiście bardzo problematyczny – wydatki na opiekę medyczną dla emerytów będą systematycznie rosły, czego nie da się jednak skompensować wyższą produktywnością w starszych rocznikach.

System emerytalny w obecnym kształcie wydaje się zatem nie do utrzymania – uratować nas może albo globalna katastrofa, która zresetuje wszystkie należności i zobowiązania, albo postęp technologicznym, który radyklanie zmieni porządek ekonomiczny i społeczny (dochód gwarantowany, automatyzacja produkcji, body augmentation). Nie dajmy jednak sobie wmówić, że prosta reparametryzacja systemu, jak podniesienie wieku emerytalnego, cokolwiek rozwiąże w dłuższej perspektywie – to tylko zamiatanie prawdziwych problemów pod dywan.
---

Na koniec, tradycyjnie zapraszam do odwiedzenia i polubienia Dzikonomiki na Facebooku – tam dzieje się sporo więcej niż na blogu:

https://www.facebook.com/dzikonomika

Komentarze (0)
Banalna historyjka z podwójnym morałem
 Oceń wpis
   

Tradycyjnie zapraszam do odwiedzenia i polubienia Dzikonomiki na Facebooku – tam dzieje się sporo więcej niż na blogu:

https://www.facebook.com/dzikonomika

Dawno nic nie było o samochodach, a więc...

Spacerując sobie ostatnio, przechodziłem koło czerwonego Opla Corsy C (czyli ta wersja, na której w Warszawie szkolono na prawo jazdy). Kiedyś były bardzo popularne na ulicach, teraz niewiele się ich ostało, pewnie rdza zżarła. Taka właśnie czerwona Corsa to był mój pierwszy samodzielnie nabyty samochód, więc jakiś tam sentymencik się w łepetynie zakręcił. Nie uszło wszak przy tym mojej uwadze, bo starczyło nie być ślepym, że z ta czerwienią mijanego auta jest coś nie tak – to znaczy każdy element, błotnik, maska, lusterko miał trochę inny odcień, różnica widoczna gołym okiem. No taki monochromatyczny patchwork poniekąd. Gdyby auto było na sprzedaż, nabywcy od razu powinna zapalić się w głowie czerwona (nomen omen) lampka...

... a gó[cenzura] prawda!

Przemyślmy to bowiem raz jeszcze – nie trzeba być macherem z Pleszewa, każdy średnio ogarnięty lakiernik tak szrota-składaka odpicuje, aby lakier promieniał jednolitością. No dobra - powie ktoś - jeśli to auto nie jest złożone z pięciu innych, to czemu tak wygląda? Fachowa odpowiedź brzmi, jakżeby inaczej: ten typ tak ma. Czerwony ów lakier, o ile pamiętam, nazywał się malowniczo Tizian Red, choć powinien raczej Picasso Red (no ale to był Opel, nie Citroën). W swoim aucie też ten problem miałem - co element, to inny kolor, tak się kubistycznie starzał.

Przesadnie mi to nie przeszkadzało, ale stanowiło niewątpliwy problem przy odsprzedaży, bo każdy kupujący niemal od razu podejrzewał nie wiadomo jaką masakrę w historii auta. A tymczasem przy badaniu miernikiem grubości lakieru wszystko pięknie, cienko, firmowo. Taki to już specyficzny urok branży motoryzacyjnej, że jeśli coś wygląda źle, to paradoksalnie, zapewne nie jest najgorzej. Nota bene, czerwone lakiery wydają się jakieś generalnie pechowe, jakiś czas temu spore problemy miało Mitsubishi w modelu Lancer - lakier tak odpryskiwał, że samochody przypominały muchomorki, a konsumenci straszyli pozwami.

Taka to średnio fascynująca historyjka z umiarkowanymi zwrotami akcji, ale za to mamy dwa morały:

1) nie wszystko kupa, co śmierdzi (zob. też „durian”)

2) red is bad

 

Komentarze (0)
Kto tak naprawdę stoi za kryzysem demokracji?
 Oceń wpis
   

Tradycyjnie zapraszam do odwiedzenia i polubienia Dzikonomiki na Facebooku – tam dzieje się sporo więcej niż na blogu:

https://www.facebook.com/dzikonomika

Dziś coś lżejszego dla tych, którym przejadła się polityczna codzienność…

Kryzys demokracji liberalnej staje się faktem i nie mówimy już tylko o Polsce czy Węgrzech, ale choćby ultraświeckiej Francji (coraz lepsze wyniki Frontu Narodowego) czy Stanach Zjednoczonych (Donald Trump). Typową diagnoza upatruje wzrost poparcia dla (skrajnej) prawicy w coraz widoczniejszych niedostatkach welfare state i emocjonalnym rozgrywaniu kryzysu imigracyjnego – to jednak bardzo płytkie wytłumaczenie.

Kwestionowanie porządku demokratycznego zaczęło się wcześniej niż parę miesięcy temu i wcale nie jest domeną odciętych od świata babinek, ale ludzi młodych i wykształconych, czujących się w nowoczesnym świecie jak ryba w wodzie. Ktoś zatem tych ludzi urobił, ukształtował jeszcze zapewne w dzieciństwie jako piątą kolumnę do rozsadzenia demokratycznych struktur. Chwila refleksji i stosunkowo łatwo wskazać winnego – to telewizyjne bajki!

Bajki?!

A, owszem. Te same postępowe bajki, na które spadają gromy od nieogarniętych kaznodziejów z Frondy. Na pierwszy rzut oka agenda współczesnych kreskówkowych seriali jest bardzo nowoczesna, wręcz modernistyczna: nacisk na wielorasowość, sporo ekologii, emancypacja, nowoczesne podejście do ról w rodzinie z okazjonalnymi kwestionowaniem autorytetu ojca („Świnka Peppa”), wszechobecna tęczowość („Pogodusie”, „My Little Pony”), elementy New Age na każdym kroku (magia, supermoce) itd. No po prostu koszmar konserwatysty, można by rzec. Ale zaraz, zaraz… czegoś tu ewidentnie brakuje. Tak, owszem, dobrze zgadujecie – demokracji!

Czyż nie jest zaskakujące, że przy tak postępowym programie bajek pominięto zarazem tak podstawowy, fundamentalny element, jakim jest porządek demokratyczny?! Zdawałoby się, że nawet do baśni osadzonych w realiach quasi-feudalnych (np. „Rycerz Mike” czy „Jej Wysokość Zosia”) powinny być przemycane elementy demokracji liberalnej, jakieś formy reprezentacji parlamentarnej stanów niższych itp. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie – to agenda autokratyczna jest przerzucana do współczesności. Monarchów możemy spotkać nawet w tak nowoczesnych bajkach jak „Stacyjkowo” czy pełnometrażowe filmy o Barbie. Co bardzo ważne, nie są to monarchie tytularne, fasadowe – władza tych niby cukierkowych księżniczek jest jak najbardziej realna i absolutna, np. w odcinku Barbie „Akademia księżniczek” pojawia się kwestia dekretu, który zrównuje z ziemią całą dzielnicę i wywłaszcza jej mieszkańców bez odszkodowania. O demokratycznym państwie prawa czy porządku konstytucyjnym nikt się nawet nie zająknie.

Weźmy na tapetę takie ponoć feministyczne „My Little Pony: Przyjaźń to magia”. Absolutną władzę w – o ironio – Equestrii, sprawuje od wieków księżniczka Celestia, wpierana przez koterię alikornów (elityzm i rasizm w jednym). To nie jest już nawet zwykły monarchizm, to legitymizm w wersji hardcore! Przyjaźń, fundament ideologiczny serialu, wcale nie ma tam demokratycznego charakteru, Księżniczka Przyjaźni Twililight Sparkle co prawda usadza swoje przyjaciółki przy okrągłym stole w pałacu, ale na żadne kolektywne podejmowanie decyzji nie ma tam tak naprawdę miejsca.

Elementy demokracji pojawiają się w bajkach w formie szczątkowej i w sumie nie wiadomo do końca, czy naprawdę demokratycznej – mamy więc np. instytucję burmistrza (w „Słoniczce Elli” czy „My Little Pony”) choć w sumie nie wiadomo, czy funkcja ta nie została obsadzona odgórnie. Prezydent jako zwierzchnik występuje co prawda w „Rastamyszy”, no ale bajeczki z odurzonymi maryśką gryzoniami to nawet dziecko na poważnie nie weźmie. Motyw głosowania, jeśli już pojawia się w bajkach, to w kontekście plebiscytów, jakichś konkursów piękności dla gawiedzi, co oczywiście z demokracją jako taką nie ma nic wspólnego – wręcz przeciwnie, jest już prędzej swoistym opium dla rządzonego twardą ręką pospólstwa.

Ktoś powie: ale to tylko bajki! Nieprawda, to agitki. Zanim młody człowiek trafi na pierwszą lekcję z wiedzy o społeczeństwie, będzie przez setki godzin indoktrynowany antydemokratyczną agendą, a  czym skorupka za młodu nasiąknie…

Uświadomiwszy sobie, jak sprawy stoją, łatwo rozwiążemy zasygnalizowany wcześniej paradoks, że bajki są niby takie nowoczesne, a jednak potwornie reakcyjne. Jest to element niesłychanie perfidnego spisku. Fasadowo mamy te wszystkie feminizmy, tolerancje, równouprawnienia, gendery i wszyscy są zachwyceni, z postępową lewicą na czele. A że przy okazji księżniczka w różowej sukni – oj tam, oj tam, konwencja dla dziewczynek. Tymczasem jest dokładnie na odwrót, to wszystko mistrzowskie smoke and mirros krypto-monarchistów. Wystarczy chwilę pomyśleć: żaden postępowiec tak naprawdę nie potrzebuje korony i berła by lansować swoją agendę, ale już monarchista, chcący wykorzystać wehikuł mainstremowych mediów, musi się taktycznie ubrać w tęczowe ciuszki, które odrzuci i zdepcze do przejęciu władzy.

Czy można zatem coś zrobić? – zapytacie. A nie, już za późno, cieszcie się liberalną demokracją, póki możecie. Przyszłość należy do księżniczek!
 

Komentarze (0)
Mowa jest srebrem, warczenie złotem…
 Oceń wpis
   

Zacznijmy od starego, żenującego dowcipu:

Facet poderwał babkę, która miała bardzo długie włosy zaplecione w warkocze. Baraszkują w łóżku i on przez przypadek jakąś tak się niefortunnie oparł, że mocno ją za fryzurę pociągnął.
Ona: „Auuu! Warkocz!”
On: „Wrrrrr! Wrrrr!”

Niektórzy już się pewnie domyślili, że skoro warkot, to będzie o tak lubianej na dzikonomice motoryzacji. To prawda, acz o rzeczach dużo lżejszego kalibru niż afera Volkswagena, której też pewnie poświęcimy osobny felieton za jakiś czas. Dziś skupimy się na odgłosach, które się wydobywają spod maski – albo też, jak się zaraz okaże – nie tylko spod maski.

Dawnymi czasy wsłuchiwanie się kierowcy w odgłos pracy silnika i układu napędowego miało spore znaczenie praktyczne, można wręcz rzec, że było istotnym elementem sztuki prowadzenia pojazdu. Doskonale zobrazował to w 1939 roku John Steinbeck w swoich „Gronach gniewu” opisujących exodus wywłaszczonych farmerów do Kalifornii. Od sprawności rozklekotanej ciężarówki zależał tam los trzypokoleniowej rodziny – kierowca musiał dokładnie monitorować odgłosy dochodzące spod maski, by zainterweniować zawczasu, zanim coś się przegrzeje lub ostatecznie rozleci.

Od tamtych czasów wiele się zmieniło – o groźbie awarii informują zapalone kontrolki czy komunikaty komputera pokładowego; same zaś odgłosy silnika straciły czysto utylitarną funkcję i stały się, w zależności od preferencji kierowców, albo niepożądanym szumem albo miłym uchu pomrukiem. Kierowcy, którzy pożądają ciszy w kabinie, generalnie nie mają na co narzekać, o ile dysponują jako-tako zasobnym portfel. Jednak ci, dla których ryk potężnego silnika jest najprzyjemniejszą muzyką i zarazem magnesem na spacerujące w pobliżu top-modelki, mają ostatnimi czasy powody do niezadowolenia.

Moda na ekologię (jednak całkiem od afery VW nie uciekniemy) nie oszczędziła również samochodów sportowych i tzw. supersportowych, co jest swego rodzaju absurdem – spadek spalania aż o całe pięć litrów na sto km oznacza oszczędności rzędu piętnastu-dwudziestu złotych dziennie, tymczasem dzienna amortyzacja (utrata wartości) takiego auta sięga ładnych kilkuset złotych. Tak czy owak, silniki aut sportowych mają być oszczędniejsze, są więc coraz mniejsze, coraz bardziej naszpikowane nowinkami technicznymi, a przez to… nie mruczą już tak, jak kiedyś.

Kierowca wydający na sportowe auto jakieś pół miliona złotych (albo więcej) oczekuje doznań na najwyższym poziomie, w tym miłej dla ucha reakcji silnika na gaz. Ponieważ jednak nowoczesne jednostki mu tego nie zapewniają, producenci pozwalają sobie na drobne oszustwo – odgłos sinika sztucznie wzmacniany/generowany przez głośniki systemu audio. Warto też nadmienić, że sztuczne poprawianie dźwięku w kabinie załatwia (o ile załatwia) tylko połowę problemu, bo aspekt „bulwarowego lansu” czy „podrywu na silnik” jak nie działał, tak dalej nie działa. Co ciekawe, sam pomysł nie jest nowy, proste gadżety generujące pomruk potężnej V8-ki w miejskim autku istniały już dawno i uchodziły… – jakżeby inaczej – za szczyt obciachu, a nie nowinkę techniczną. Awangardą we wprowadzaniu takich rozwiązań okazał się koncern BMW, doprowadzając wielu zagorzałych fanów do wściekłości i desperackich ingerencji w elektronikę auta.

Sztuczne wzmacnianie odgłosu silnika w kabinie stosuje też Lexus, i to choćby w nowej sportowej limuzynie GS-F, której wolnossący pięciolitrowy silnik – i to jest chyba w całej sprawie najbardziej intrygujące – uchodzi za dobrze brzmiący sam w sobie. Lexus na dodatek wcale się z tym rozwiązaniem nie kryje, wręcz przeciwnie, wymienia je jako jeden z ważniejszych atutów w auta w materiale promocyjnym. W stosunku do sytuacji z BMW mamy zatem istotną zmianę paradygmatu – poprawia się coś, co jest samo w sobie dobre, i wcale się z tym nie kryje:

lexusenthusiast.com/2015/09/16/video-lexus-gs-f-key-performance-features/

W czym problem – padnie teraz fundamentalne pytanie – czy nie ważne jest to, że miły dźwięk dociera do uszu kierowcy? Oczywiście znajdą się tacy, którym to nie przeszkadza. Tak samo jak znajdą się tacy faceci, którym nie przeszkadza, że ich partnerka udaje orgazm. Tym bardziej, że przecież technicznie jest wykonalne, by taki udawany orgazm był bardziej ekstatyczny od prawdziwego – i potem można się pochwalić przy piwie „udawany orgazm mojej żony jest głośniejszy i dłuższy od szczytowania sąsiadki za ścianą”.

Czy może jednak nie bardzo…

Warto zajrzeć tutaj: America’s best-selling cars and trucks are built on lies...

Problem okazuje się zatem dość fundamentalnej natury – wyboru między niedoskonałą twardą rzeczywistością a „doskonalszą” ułudą. Wyboru, który tylko częściowo dokonujemy sami, a coraz chętniej robią to za nas rządy, media i korporacje – w imię oszczędności, politycznej poprawności, czy walki o rząd dusz. Sprawa jest dość skomplikowana, bo można argumentować, że cały rozwój cywilizacyjny jest w jakimś sensie ucieczką człowieka od natury. Marudzenie na sztuczny dźwięk w aucie jest tak samo sensowne – powie ktoś – jak egzystencjalny lęk farmerów we wspomnianych „Gronach gniewu” przez bezdusznym traktorem zastępującym konia. Mimo wszystko byłbym skłonny uznać, że lęk przed wirtualizacją jest czymś jakościowo innym niż lęk przed techniką – zresztą w tej samej książce Steinbecka mamy świadectwo młodego kierowcy, który zajrzenie pod maskę superluksusowego Cadillaca V-16 opisuje niemal jako mistyczną ekstazę. Technika jako taka może nas skłaniać do podejmowania nowych wyzwań, jak choćby podbój kosmosu. Wirtualizacja, odwrotnie, ma nam zapewnić zaspokojenie tu i teraz – bez wysiłku, bez ryzyka, bez interakcji z innymi ludźmi. Tu choćby leży problem z wirtualnym seksem: nie chodzi tam li tylko o jego (nie)przyzwoitość, ale o to, że przez wieki i tysiąclecia pożądanie kobiet z krwi i kości było wielką siłą napędową władców, innowatorów, artystów. Czy na pewno można ją zastąpić rywalizacja o liczbę zaliczonych wirtualnych laseczek?

Jestem oczywiście realistą i zdaję sobie sprawę, że pewnych trendów odwrócić się nie da. Nie ma dla nas powrotu do wierzchowców, lepianek i odręcznych map na garbowanej skórze, ale możemy pozostać czujni – odsiewać te nowinki, które ułatwiają i umilają życie, od tych, które są życia surogatem. To nie będzie łatwe, bo różnym wielkim „po tamtej stronie” zależy, byśmy bezrefleksyjnie łykali pigułki, czyniące z nas rozleniwionych niewolników w imię naszego rzekomego dobra.  Doprawdy, nie dajmy sobie wmówić, że udawany orgazm jest lepszy, skoro głośniejszy.

Komentarze (0)
Gwałt jako miara postępu
 Oceń wpis
   

Rocznica 11 września 2001 to dobry moment na wpis o multi-kulti.

Przy okazji zamieszania z uchodźcami, trwa debata o mniejszość muzułmańskiej w Europie. Pojawia się tam ciekawy casus Szwecji, kraju, który obecnie przoduje w Europie a nawet na świecie w statystykach przemocy wobec kobiet – szczególnie szokujący jest wskaźnik gwałtów, w którym Szwecja z ponad sześćdziesięcioma przypadkami na sto tysięcy mieszkańców deklasuje nawet kraje trzeciego świata:

Co więcej, w przeciwieństwie do większość państw rozwiniętych, wskaźnik ten tam systematycznie rośnie, zamiast spadać. Jedni winią za to politykę multikulturowości, sugerując, że to muzułmańscy imigranci są odpowiedzialni za wzrost liczby gwałtów w ostatnich czterdziestu latach o 1400%.

Zwolennicy mutlikulturowości argumentują zaś, że powyższe statystyki są całkiem nieadekwatne, gdyż:

1.    Liczba raportowanych gwałtów zależy od świadomości społecznej, generalnie im społeczeństwo bardziej postępowe i rozwinięte w wymiarze równości płci (Szwecja przoduje w gender equality index) tym większa liczna raportowanych aktów przemocy.

2.    Definicja gwałtu zmienia się w czasie i różni między jurysdykcjami. W Szwecji wielokrotny gwałt na ten samej osobie liczy się jako kilka, a sama definicja przemocy seksualnej jest dość inkluzywna, stąd taka liczna raportowanych incydentów.

Niektórzy, jak bloger slwstr dodają jeszcze taki:

3.    Skoro w krajach bez imigrantów liczba gwałtów jest mała, w krajach muzułmańskich liczna gwałtów jest mniejsza, to jakim cudem w mieszanym miałaby być tak duża?

Zwolennikom trzeciego argumentu polecam wziąć pod rozwagę problem jeszcze bardziej fundamentalny: skoro mamy bardzo mało gwałtów kobiet na kobietach, niewiele gwałtów mężczyzn na mężczyznach, to jakim cudem jest tyle gwałtów mężczyzn na kobietach? Doprawdy, czy to tak trudno uwierzyć, że w pewnych kulturach tknięcie siostry sąsiada kończy się poderżniętym gardłem, ale jednocześnie gwałt na żonie obcego to powód do przechwałek przy kubeczku kumysu?

A teraz dzikonomicznie weźmy się za liczby:

Raportowanie i definicja gwałtów

Po pierwsze, teoria o tym, że Szwedki są szczególnie skłonne do zgłaszania gwałtów jest myśleniem życzeniowym bez podparcia w danych. Według szacunków Brå(Szwedzkiego Urzędu do Zapobiegania Przestępczości) zgłaszanych jest tylko około 20% gwałtów. Wiki zestawia to z np. szacunkiem 25% dla Wielkiej Brytanii. National Institute of Justice oraz fundacja RAINN szacują odsetek zgłoszeń w USA na ca. 31%.

W dalszego analizie bardzo przydatne okaże się odróżnienie gwałtu dokonanego przez osobę całkiem obcą ofierze (nazwijmy to rodzajem I, klasyczny model zbira nocą w parku) oraz gwałtu przez osobę znaną ofierze – kolegę z pracy, sąsiada, kogoś z rodziny (rodzaj II). Badacze problematyki przemocy seksualnej są zgodni, że gwałtów II rodzaju jest popełnianych dużo więcej, a także, że zawsze były one mniej chętnie zgłaszane, choć ta dysproporcja stopniowo maleje. Cytując NIS.GOV:

Among victims, the biggest increase in reporting was in cases where women had been attacked by people they knew. Historically, such cases had been much less likely to be reported.

Wg RAINN, w USA zgłaszane gwałty II rodzaju stanowią około 82% całości zgłaszanych gwałtów. Dane dla UK (Home Office: An Overview of Sexual Offending in England and Wales) mówią nawet o 90%. Analogiczny udział w gwałtach popełnianych musi być jeszcze większy przez wspomniany wyżej reporting bias. Zastanówmy się zatem, jaki będzie efekt większej śmiałości kobiet w zgłaszaniu przemocy i szerszej definicji prawnej,  wprowadzającej choćby pojęcie gwałtu małżeńskiego, czy liczącej gwałt seryjny jako kilka incydentów? Oczywistym efektem będzie bardzo wysoki udział gwałtów II rodzaju w zgłaszanych incydentach. W Szwecji tymczasem (znów oficjalne dane Brå):

Most of the sexual offences are committed in a public place (50%), and the perpetrator(s) are most often unknown to the victim (63%).

https://en.wikipedia.org/wiki/Rape_in_Sweden
 

Oooops!

 

Odsetek 63% gwałtów I rodzaju to zaskakująco wysoki wskaźnik (przypomnijmy, oczekiwalibyśmy co najwyżej 20%). W połączeniu z rzekomym świetnym raportowaniem gwałtów II rodzaju, to jest szokująco wysoki wskaźnik. Jakimś dziwacznym trafem, w przeciwieństwie do reszty cywilizowanego świata, Szwedki są gwałconego nie przez kolegów z pracy, mężów, czy krewnych, ale całkiem obcych facetów w ciemnych zaułkach.
 

Tożsamość sprawców

Otóż jest to w Szwecji wielkie tabu i rzecz zamiatana pod dywan. Mamy choćby takie kwiatki:

•    Raport Brå z 1996 roku wskazywał choćby, że imigranci z Północnej Afryki popełniają proporcjonalnie nawet 23 razy więcej gwałtów niż rodowici Szwedzi.

http://www.gatestoneinstitute.org/5195/sweden-rape

•    W 2005 dane o pochodzeniu etnicznym sprawców były już utajnione. Pojawiające się w Internecie przecieki sugerują, że dwuprocentowa subpopulacja imigrantów popełnia ponad 70% gwałtów. Oczywiście można takie źródło kwestionować, ale np. oficjalne statystyki dla sąsiedniej Danii też podają nadzwyczaj duży (ponad 50%) udział osób imigranckiego pochodzenia w popełnianych gwałtach.

https://muslimstatistics.wordpress.com/2015/03/19/sweden-77-6-percent-of-all-rapes-in-the-country-committed-by-muslim-males-making-up-2-percent-of-population/

http://www.infowars.com/feminists-mute-on-muslim-rape-epidemic-sweeping-europe/

•    Szwedzki polityk Michael Hess został skazany na karę więzienia w zawieszeniu za przytaczanie informacji na temat skali gwałtów popełnianych przez imigrantów. Sąd uznał, że prawdziwość przytaczanych danych jest irrelewantna dla oceny takiego postępowania jako szerzenie nienawiści.

http://conservative-headlines.com/2014/05/swedish-politician-convicted-of-a-crime-for-posting-statistics-about-rape-on-facebook/

•    Gdy gang złożony sześciu Somalijczyków i jednego Irakijczyka (nieposiadających szwedzkiego obywatelstwa) dokonał brutalnego gwałtu na fińskim promie, szwedzkie mainstreamowe media i tak napisały, że sprawcami byli „Swedish man”…

Co z tego wynika?


Mamy zatem drastyczną, choć zamiataną pod dywan nadreprezentację imigrantów w popełnianych w Szwecji gwałtach. I teraz wróćmy do wcześniejszej statystyki – zaskakująco wysokiego odsetka gwałtów I rodzaju. Te dane są ze sobą spójne! Dokładnie czegoś takiego oczekiwalibyśmy w sytuacji, gdy jakaś niezasymilowana męska mniejszość wykazuje szczególną agresję seksualną wobec kobiet z większości. Natomiast całkiem odmiennych statystyk oczekiwalibyśmy, gdyby miały się potwierdzić spekulacje (i tylko spekulacje) o bardzo wysokiej skłonności do zgłaszania gwałtów czy kluczowej roli poszerzonej definicji gwałtu.

Skoro już jest tak niewesoło, to może przynajmniej szwedzki wymiar sprawiedliwości surowo karze sprawców przemocy seksualnej? O nie, próżne nadzieje, nawet Amnesty International w 2009 roku skrytykowała Szwecję za zaskakująco niski odsetek skazań za przestępstwa seksualne. Porównajmy zresztą Szwecję do USA. Według RAINN, co piąte zgłoszenie gwałtu kończy się aresztem, a co szesnaste wyrokiem więzienia. W Szwecji w 2007 przy 30000 zgłoszonych gwałtów, do więzienia trafiło 216 osób (jeden skazany na sto czterdzieści zgłoszeń). Cynicznie rzec by można „hulaj fallus, kary nie ma”… Tak oto się okazuje, że straszne patriarchaty czy systemy kastowe mogłyby się uczyć rozgrzeszania sprawców i obwiniania ofiar od postępowego multi-kulti…

Na końcu jeszcze warto się wytłumaczyć z tytułu. Otóż sugerowano jeszcze jedno, już nie metodologiczne wytłumaczenie nadzwyczajnej liczby gwałtów w Szwecji. Wytłumaczeniem tym miał być swoisty bunt szwedzkich mężczyzn przeciw emancypacji i wyrównanej pozycji kobiet – ot, Szwed nie radzi sobie z gender equality, więc z zemsty czy frustracji zaczyna gwałcić na potęgę (serio, nie ja to wymyśliłem). Tym samym, wielka liczba gwałtów miałaby być poniekąd miarą postępu polityki genderowej. Cóż, to ja jeszcze dwa razy pomyślę, czego właściwie mam życzyć Szwedkom i Szwedom…
 

Komentarze (0)
A bo u innych to się sprawdziło...
 Oceń wpis
   

Zbliżają się wybory a z nimi niezawodne recepty na poprawę sytuacji w kraju. Polska lewica uważa własne państwo za zacofany zaścianek, prawica za opresyjne kondominium, toteż jedni i drudzy tęskno patrzą na Zachód, choć wzrok zatrzymują na całkiem odmiennych rzeczach. Połączenie kompleksu niższości z głęboką wiarą we własną błyskotliwość owocuje popularnym „argumentem-młotkiem”, że trzeba wprowadzić u nas to i owo, bo się na Zachodzie sprawdziło (albo też, że nie wolno u nas czegoś wprowadzać, bo się na Zachodzie nie sprawdziło).

Gdyby ktoś jednak powiedział, że skoro drzewka pomarańczowe tak ślicznie rosną w Sevilli, to można je również posadzić na Mazowszu, to ci sami mędrkowie popukaliby się w czoło. A różnica jest przecież tylko taka, że rzeczywistość społeczno-ekonomiczna Polski różni się od Zachodniej nawet bardziej niż różnią się uwarunkowania klimatyczne. Polityków tymczasem, tak z lewa jak i z prawa, kusi niesłychanie prymitywna wizja, że każde społeczeństwo to wystandaryzowane stół i zestaw kul bilardowych, gdzie wystarczy odpowiednio dobrać kąt i siłę uderzenia, by deterministycznie posłać kule w odpowiednie łuzy. Tak jednak nie jest.

Zacznijmy od bardzo prostego i pouczającego przykładu. Parę lat temu komisja „Przyjazne państwo” zaproponowała wprowadzenie na szeroką skalę tzw. autoakredytacji, czyli zastąpień zaświadczeń oświadczeniami – pomysł zaczerpnięty, a jakże, z rozwiniętych demokracji zachodnich. W szerokim zakresie spraw urzędnik miał wierzyć petentowi na słowo, co znacząco oszczędzałoby czas obu stronom i obniżało koszty transakcyjne biurokracji. Napisałem wówczas w felietonie na Money.pl, że u nas się to całkowicie nie sprawdzi i jak się szybko okazało, miałem rację. Polak bowiem, niestety, jeśli może coś bezkarnie zyskać ściemniając, to będzie ściemniał a nie dokładał cegiełkę do budowy społeczeństwa opartego na zaufania. Ludzie bez najmniejszej żenady kłamali choćby w tak oczywistej kwestii jak bycie samotną matką, jeśli dawało to dodatkowe punkty przy rekrutacji dziecka do państwowego przedszkola. Przez to niesamotni idealiści, którzy składali prawdziwe oświadczenia, byli na podwójnie przegranej pozycji.

Regulacje powinny uwzględniać specyfikę społeczeństwa, w którym mają obowiązywać, powinny kanalizować energię tegoż, a nie iść na przysłowiową „czołówkę”. Polacy są narodem przekornych kombinatorów – to po prostu fakt, a nie zarzut. Prawo u nas powinno być maksymalnie proste, surowe i odporne na arbitraż, nawet jeśli przez to boleśnie „niesubtelne” i „niezniuansowane”. Ściganie się z własnym społeczeństwem, o czym marzy postępowa lewica, za pomocą spiętrzania regulacji i mnożenia urzędników jest potwornym marnotrawstwem energii i zasobów.

Jakby powyższego było mało, argument „bo u innych jest tak fajnie” bywa po prostu nieprawdziwy. Dobrym przykładem jest bezmyślne (acz na szczęście jeszcze dość nieśmiałe)  promowania u nas samochodów czy autobusów elektrycznych jako rzekomo ekologicznych. Ekologiczność pojazdu elektrycznego nie jest jakąś jego immanentną cechą, ale pochodną ekologiczności energii, którą się taki pojazd ładuje. W Norwegii, Francji, ewentualnie Kalifornii, energy grid jest czysty bądź dość czysty, oparty na wodzie bądź atomie. Generalnie udział energii ze spalania kopalin winien być niższy niż 50%, by rzeczywista emisja pojazdów elektrycznych i spalinowych się zrównywała. Zatem w Polsce, gdzie przytłaczająca większość energii pochodzi z węgla, pojazdy elektryczne nie tylko nie powinny być promowane, ale powinny być wręcz zabronione, bo trują nawet bardziej od benzynowych i dieslowskich gruchotów.

Innym, dosadniejszym przykładem na bujanie w chmurach wysoko ponad faktami jest próba przeszczepienia na polski grunt różnych regulacji z postępowej Skandynawii dotyczących wyrównywania szans kobiet. Trick jednak polega na tym, że jak sięgniemy po twarde dane, to okazuje się, że rozpiętość średnich zarobków kobiety i mężczyzny (gender wage gap) jest w Polsce wyraźnie mniejsza niż w Szwecji czy Niemczech, a zatem może warto bez uprzedzeń podumać, czego oni się mogą nauczyć od nas, raczej niż odwrotnie. Podobnie rzecz się ma z przemocą wobec kobiet, wielokrotnie większą w takiej Szwecji niźli u Polsce. Lewica ma tymczasem ogromny problem ze zrozumieniem, że nie ocenia się regulacji po tym, jak bardzo postępowe są na papierze.

Problem zaszczepiania poważniejszych regulacji na danym gruncie to coś, co w naukach społecznych nazywamy zależnością od ścieżki (path dependence). Warto tu wspomnieć tym razem prawą stronę sceny politycznej, zafascynowaną liberalizmem USA w kwestii posiadania broni. Choć sam uważam to prawo za bardzo istotny element wolności obywatelskiej, zdaje sobie sprawę, jak ekstremalnie trudne byłoby przeszczepienie go na rodzimy grunt. Przepaść oddziela społeczeństwo, gdzie łatwo dostępna broń palna jest elementem tradycji, od społeczeństwa, gdzie broń palna stałaby się łatwo dostępna z dnia na dzień. Uzbrojenie Polaków to pomysł zacny, jednak konia z rzędem temu, kto wymyśli na to sensowną ścieżkę.

Co bystrzejszy czytelnik zarzuci mi teraz niekonsekwencje, bo raz mówię o tym, że regulacja mają być dostosowane do społeczeństwa, a zaraz potem o tym, że odpowiednią ścieżką regulacji można społeczeństwo do broni palnej „przygotować”. Różnica między jednym a drugim przypadkiem jest jednak dość oczywista: tak jak różnica między przymuszaniem młodego miłośnika motoryzacji, aby został rowerzystą, a wymaganiem od niego, by zanim wyjedzie na drogę publiczną, uzyskał prawo jazdy. 

Zasada „a bo u innych to się sprawdziło” jest zresztą ogólniejszym przypadkiem fałszywej analogii, najmodniejszego chwytu erystycznego współczesnej Realpolitik. Widać do dobrze w paru gorących aktualnych debatach, ale to już temat na innych felieton.

----------

Tradycyjnie zapraszam do odwiedzania i polubienia profilu dzikonomiki na Facebooku:

www.facebook.com/dzikonomika

Komentarze (0)
Meandry progresji podatkowej
 Oceń wpis
   

Na początek ogłoszenie  dla czytelników, którzy tu zaglądają przez BBlog.pl/Money.pl. Dzikonomika właśnie dorobiła się strony na Facebooku, zapraszam do polubienia i śledzenia – poza powiadomieniami o nowych felietonach będzie tam parę zakręconych stałych działów jak „dziku-haiku”, czy „żenujący dowcip konserwatywny”, a nawet surrealistyczne rebusy. Gorąco polecam:

Ad rem, czy o progresywnych podatkach:

Pewnie nikt mi nie uwierzy, bo jestem jedynym takim człowiekiem w paru równoległych wszechświatach, ale kiedyś wypowiadałem się ciepło o pewnych formach progresji podatkowej na łamach – uwaga, uwaga – „Najwyższego Czasu” (nie wierzycie, trudno, ale to prawda).  Zatem, można by rzec, temat jest mi bliski.

Progresja podatkowa jest ostatnio modna. Jednym z powodów jest pewnie fakt, że w języku angielskim „pogressive” znaczy również postępowy, więc jeśli popierasz progressive to jesteś progressive i very cool. Progresywny podatek dochodowy ze skrajną stawką 75% postuluje u nas pewna nowa lewicowa formacja, znana najbardziej z tego, że nie ma u siebie nikogo znanego. Prawo i Sprawiedliwość coś też przebąkuje, że jak dojdzie to władzy to doda do PIT-u trzeci próg podatkowy.

Łopatologiczną agitkę na rzecz progresji podatkowej pojawiają się też co jakiś czas w mediach głównego nurtu, nawet bardziej zachodnich niż rodzimych. Mamy zazwyczaj do czynienia z mocnym naginaniem pojęć, więc tak spróbuję co nieco dzikonomicznie sprawy wyprostować.

Po pierwsze, najprostszy argument za progresją „bogatsi powinni płacić więcej” jest oczywiście pomieszaniem z poplątaniem. Przy podatku proporcjonalnym bogaci płacą więcej – dwa razy tyle zarabiasz, dwa razy tyle płacisz. Proste jak drut. A zatem, uczciwie postawione pytanie brzmi: „Czy bogatsi powinni płacić ponad-proporcjonalnie więcej"?

Argumentów jest wiele. Zacznijmy od tych najmniej trafnych.

(1) Argument z więcej niż proporcjonalnych korzyści.

Bogaci powinni płacić ponad-proporcjonalnie więcej, bo ponad-proporcjonalnie korzystają z tworzonej z podatków infrastruktury. To jest tyleż urocza co oczywista nieprawda, a kwestie została opisana dawno tzw. prawem Aarona Directora. Najbogatsi w zdecydowanie mniejszym stopniu niż reszta społeczeństwa korzystają z państwowej edukacji, służby zdrowia, policji a nawet infrastruktury komunikacyjnej (mają własną, np. private jet). Gdyby to miało być kryterium, podatki powinny być regresywne, ba, wręcz z zerową stawką krańcową.

(2) Argument z malejącej krańcowej użyteczności majątku.

To bardzo sprytny argument, bo bazuje na obserwacji, z którą właściwie wszyscy się zgadzają (acz i tu są możliwe pewne paradoksy, jak utility monster Nozicka). Jak bułka dla zagłodzonego ma większą wartość niż ta sama bułka dla sytego, podobnie jeden dodatkowy dolar dla biedaka ma większą użyteczność niż jeden dodatkowy dolar dla bogacza. A zatem – powiadają progresiści – jeśli mamy milion dolarów, to dużo większe social welfare uzyskamy, przekazując je tysiącu biedakom niźli jednemu multimilionerowi. Oczywistość! Pozamiatane! Kurtyna…

Ale zaraz, zaraz – można by pomarudzić – ten milion dolarów to tak z nieba spadł, jakiś demiurg go zrzucił w kopercie? Nie, to tylko kolejna werbalna manipulacja, jak z tym „niepłaceniem więcej”. Punktem wyjściowym nie jest jakiś abstrakcyjny milion, ale bardzo konkretny milion jako krańcowy dochód multimilionera – dochód, który chcemy mu zabrać aby poprawić sumaryczny dobrobyt. Progresistom bardzo zależy, by kwestię podatków sprowadzić do abstrakcyjnej kalkulacji, ale tak się nie da – mamy tu kwestie praw, integralności, sprawiedliwości w różnych, niekoniecznie utylitarnych wymiarach.

By zilustrować, gdzie leży problem, weźmy inny, bardzo wyraźmy casus malejącej użyteczności krańcowej – narządy parzyste. Użyteczność pierwszej zdrowej nerki jest wielokroć wyższa niż drugiej. Pierwsza nerka – to życie, druga – taki tam backup. Większość ludzi ma obie nerki zdrowe, ale są tacy, którzy nie mają żadnej – a zatem przeszczep nerki w oczywisty sposób poprawia social welfare, poprawia radykalnie, dużo bardziej niż jakiś tam transfer majątku. Dlaczego zatem progresiści nie postulują obowiązkowych przeszczepów narządów parzystych? A może jacyś postulują, tylko trochę się wstydzą powiedzieć, to wówczas przepraszam. Jest i wiele innych przykładów, mniej spektakularnych, ale też mocnych, np. dziesiątek dziecko w jednej rodzinie i bezdzietność w drugiej.

Widać zatem, że rachunek utylitarny to jeszcze za mało do progresji podatkowej – potrzebne są dodatkowe założenia o prawach jednostki. Choćby takie, czy dolary Kowalskiego są jego własnością, czy może raczej własnością państwa-hegemona, które łaskawie określa, jaką częścią owoców swej pracy Kowalski może dysponować.

Podsumowując, argument o malejącej użyteczności krańcowej, owszem, ma ekonomiczny sens – ale uczciwie trzeba dodać, że jest obciążony bardzo nieciekawą, totalitarną i depersonalizującą jednostkę filozofią.

(3) Argument z różnic majątkowych.

Ten argument bywa wstydliwie przemilczany, choć nie wiem czemu, bo na tle pozostałych jest całkiem niegłupi. Chodzi w skrócie o to, że ludzie oceniając własny dobrostan (subjective well-being) bazują w większym stopniu na porównaniach z innymi niż na wskaźnikach obiektywnych – to dość uniwersalna prawidłowość, wielokrotnie potwierdzana w badaniach psychologicznych. Innymi słowy, „najbogatszy” żebrak na przecznicy odczuwa większą satysfakcję życiową niż „najuboższy” mieszkaniec luksusowego apartamentowca. Istnienie w społeczeństwie osób bardzo bogatych wpływa zatem negatywnie na dobrostan uboższej mniejszość, co – zdaniem progresistów – implikuje postulat obniżania różnic majątkowych, czemu służą choćby progresywne skale podatkowe.

Argument z różnic majątkowych jest nieco podobny do argumentu z malejącej krańcowej użyteczność. Niemniej, bazuje raczej na psychologii i etyce niż bezdusznym rachunku utylitarnym. Silne antagonizmy społeczne osłabiają państwo od wewnątrz, zatem ich łagodzenie można uznać za niegłupią strategię, niezależnie od sympatii ustrojowych. Jednakowoż, warto sobie zadać pytanie, czy psychologiczna podbudowa polityki nie powinna się raczej opierać na promowaniu cnót a nie zaspokajaniu przywar? Pompowanie dobrostanu większości przez przycinanie dochodów mniejszości jest w końcu instytucjonalizacją zawiści, czyli bardzo paskudnej cechy charakteru. Warto w tym momencie przypomnieć lewicowym progresistom, że oni sami stanowczo odrzucają argument przeciw związkom homoseksualnym oparty na konstatacji, że „to obrzydliwe dla wierzącej większości”. Ale to przecież ta sama kategoria, co argument, że „bogactwo bogatych kłuje w oczy ubogich”.   

Dyskomfort związany z nierównościami majątkowymi jest, owszem, zjawiskiem uniwersalnym, ale nie wszędzie tak samo nasilonym. Pokazuje to doskonale poniższy wykres z raportu OECD – jak widać, korelacja między rzeczywistą skalą nierówności (mierzoną współczynnikiem Giniego) a postrzeganiem różnic majątkowych jak „zbyt dużych” jest właściwie zerowa:

http://www.oecd.org/site/progresskorea/44109816.pdf

A zatem, z psychicznym dyskomfortem związanym z nierównością można by walczyć nie tylko redystrybucją, ale również uwielbianą przez lewicę inżynierią społeczną. Przywary takie jak zawiść warto chyba wyplenić z oświeconego społeczeństwa, nieprawdaż?

(4) Argument z równych szans.

To dość popularny i uniwersalny argument nie wprost, o mocnej podbudowie filozoficznej (jak słynny eksperyment myślowy Johna Rawlsa z "kurtyną  niewiedzy"). Na takim poziomie ogólności, argument ten jednak cierpi na podobną słabość co argument z malejącej użyteczność – jest zbyt abstrakcyjny i ignoruje pewne całkiem naturalne elementy społecznego porządku jak prawa własności. Niemniej, na poziomie bardziej szczegółowym jest wart rozważenia.

Podnoszenie kwestii równych szans (fairness) w kontekście podatku dochodowego bazuje na mniej-więcej takim rozumowaniu: szczęściarz zarabia więcej, ponieważ miał zapewniony lepszy start (np. bogatych rodziców, którzy zapewnili mu lepsze wykształcenie i kapitał na rozkręcenie biznesu), a zatem powinno się mu jakoś „ściąć tę nadwyżkę”, by nieco podnieść szanse innych aspirantów w „kolejnym cyklu rozliczeniowym”. Jest wiele problemów z takim rozumowaniem – choćby taki, że bazuje ono na dość wybiórczej i prehistorycznej wizji funkcjonowania gospodarki:

Po pierwsze, nowoczesna gospodarka zawiera naprawdę duży czynnik niepewności. Lewica fascynuje się wyciąganiem faktów typu, że „a ten miliarder to jednak nie zaczynał jako pucybut, bo miał bogatego wujka” nie zauważając, że jednak bardzo wiele dzieci bogatych rodziców nie tylko własnej fortuny nie zbija, ale nawet uszczupla tę rodzinną.

Po drugie, we współczesnym świecie sukces jest coraz bardziej oparty na wymiarze niematerialnym, a więc niepowiązanym z odziedziczonym kapitałem. Łatwość kreowania wartości w sferze intelektualnej owocuje systemem, który Nassim N. Taleb nazwał extremistanem (od ekstremalnie skośnego rozkładu wyników). Weźmy choćby taką literaturę – dyscyplinę, w której ani odziedziczony majątek, ani wykształcenie nie są żadnymi gwarantami sukcesu. I co się okazuje: w USA „Top 20” bestselerów (sporo mniej niż 0,1% wszystkich tytułów na rynku) generuje połowę całkowitej sprzedaży. Toż to chyba większe nierówności niż w Starożytnym Egipcie!

Trudno zatem argumentować, że zabieranie człowiekowi sukcesu większej części owoców jego pracy jest dbałością o fairness. Jeśli ktoś jest bardzo przywiązany do samej idei, to powinien ją realizować w bardziej adekwatny sposób, np. przez bezwyjątkowy podatek od spadków i darowizn (warto tu przypomnieć poglądy Johna Stuarta Milla, który będąc zaciekłym przeciwnikiem podatku dochodowego był jednocześnie wielkim orędownikiem podatku od spadków jako metody przeciwdziałania szkodliwej koncentracji majątku).

Przejdźmy jeszcze szybko do rysu historycznego – zwykle powinien on być na początku, ale tutaj bardziej pasuje przy końcu, po analizie argumentów za progresją. Fakt, można się spotkać z twierdzeniem, że  podatek progresywny nie jest żadnym wymysłem współczesnej lewicy, ale rzeczą właściwie tak starą jak ludzka cywilizacja. W takich, na ten przykład, Starożytnych Atenach, istniały pewne obciążenia dotyczące tylko garstki najbogatszych obywateli, którzy na do dodatek z dumą je płacili. To, co jest skrzętnie przemilczane przy podobnych casusach, to realizacja zasady taxation with representation. Opodatkowanie bogatych przy istnieniu jednocześnie cenzusu majątkowego jest sytuacją całkiem odmienną co do praktyki i idei od każdego z wymienionych wyżej powodów do progresji, nieprawdaż? W takim układzie podatek płacony dumnie przez najbogatszych jest raczej rodzajem ustrukturyzowanej jałmużny niż podatkiem we współczesnym rozumieniu tego słowa.

A jak już jesteśmy przy historii, to warto wspomnieć o pewnej bardzo specyficznej formie progresji w podatku dochodowym, która jest skrzętnie przemilczana przez progresistów. Zwała się ona niewolnictwem. Ekonomicznie rzecz biorąc, pełne niewolnictwo to układ, w którym pan opodatkowuje pracę niewolnika podatkiem progresywnym z najwyższą stawką 100% powyżej minimum egzystencji (napisałem „pełne”, bowiem istniały i inne układy – wykształcony niewolnik w starożytnym Rzymie niekiedy zatrzymywał jakąś nadwyżkę i ostatecznie wykupywał się z niewoli). Jest w tym rozumowaniu – niewątpliwie – kropla sofistyki, ale jest też pewna intuicja. Choćby taka, ze podział owoców pracy między niewolnikiem a panem nie podlega negocjacji – czyli całkiem jak między obywatelem a państwem. Krańcowa stawka podatkowa 75% jest zaś, jakby nie patrzeć, bliższa do wspomnianych niewolniczych 100% niż do 0% i to powinno jej zwolennikom dać co nieco do myślenia. Doprawdy, trudno na gruncie moralnym bronić systemu, który zakłada przymus oddawania komukolwiek i na jakikolwiek cel większości owoców swojej pracy.

Summa summarum, progresja podatkowa jest rzeczą oczywistą tylko wtedy, gdy przyjmiemy pewne, już całkiem nieoczywiste założenia, np. o maksymalizowaniu przez państwo arbitralnie wybranej funkcji użyteczności. Lewica uwielbia ukrywanie (przed)założeń i redefinicję pojęć, bo wtedy łatwo udowodnić, że proponowane recepty są jedynie słuszne. Na podobnej zasadzie wszelkie próby redukcji obciążeń podatkowych są dyskredytowane jako rzekomy „demontaż państwa”, całkiem jakby jakakolwiek rewizja jakichkolwiek zobowiązań była uniwersalnie szkodliwa (zatem lewicowy rząd nie mógłby również, na ten przykład, wypowiedzieć konkordatu).

Progresywny podatek dochodowy jest więc tematem zastępczym. Jeśli dacie się wciągnąć w debatę na jego temat bez sięgania głębiej, do założeń o prawach jednostki i roli państwa, to progresiści was rozwałkują. W innym przypadku, balonik nie jest już taki trudny do przekłucia.

 

Komentarze (0)
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
 Oceń wpis
   

Od niedzielnego wieczoru etatowi mędrcy mainstreamowych mediów wylewają hektolitry łez nad tym, co teraz z Polską będzie, całkiem jakby pędził na nas co najmniej meteoryt tunguski (no, o tym za chwilę). Ponoć też cywilizowany świat załamuje ręce nad losem, jaki Polacy Polakom zgotowali. Ba, nawet rynki finansowe przeżywają straszliwe załamanie.

O, doprawdy?

Owszem, złotówka się trochę osłabiła, a giełda trochę spadła, nie są to jednak ruchy w jakimkolwiek stopniu odbiegające od typowej dziennej zmienności, nic w kategoriach, powiedzmy, dwóch odchyleń standardowych czy tym bardziej wartości ekstremalnych, które by o czymś być może świadczyły.

Trick leży jednak w czymś jeszcze innym. Otóż nie ma większego sensu patrzeć na to, co na rynkach dzieje się po niedzieli, skoro wygrana Andrzeja Dudy była do przewidzenia – a była, zarówno po dobrym wyniku w pierwszej turze, jak również choćby po kursach bukmacherskich, które pozwalają odgadnąć werdykt wyborców dużo lepiej niż sondaże (to forma tzw. prediction market). Przykładowo, w 2008 roku amerykańscy bukmacherzy przewidywali wygraną Obamy już lipcu, na cztery miesiące przed wyborami, kiedy wielu uważało jego kandydaturę za proszenie się o klęskę.

Skoro wygrana Andrzeja Dudy nie była niczym zaskakującym, nie była niczym w stylu spadającego z nieba meteorytu, to powinna zostać zdyskontowana przez efektywny rynek dużo wcześniej. Zatem gracz giełdowy, który ma podaną na tacy informację z prediction market i nie wie co z nią począć przez dwa tygodnie to, pardonnez moi, dupa wołowa a nie rekin finansjery.

Sporo innych powyborczych kwiatków można zresztą utrafić, od choćby rzucany tu i ówdzie mem, jakoby „banki były przerażone wygraną Dudy”. No i co z tego, warto na trzeźwo zapytać. Gdyby zwycięski kandydat obiecał bankom np. obniżkę podatków i przywrócenie tylnymi drzwiami bankowego tytułu egzekucyjnego to zapewne „banki byłby zachwycone wygraną Dudy”, tylko… no właśnie, czy zwykli ludzie również? Analitycy ekonomiczni już nie mają za dobrej opinii, więc dobrze by było, aby nie upadali jeszcze niżej…
 

Komentarze (1)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
Najnowsze komentarze
2015-05-31 05:43
alebeka:
O pożytku z lobbystów i przekupnych naukowców...
BLABLABLA i nic wiecej. jaja jak berety !
2015-05-31 05:39
jasamjasam:
Usłużni analitycy o refleksie szachisty
Ales "felieton" wymoscil ! I z tego sie tak cieszysz jak by ci ktos w kieszen naplul?
2015-02-25 22:58
bdzik:
Historia nie lubi się powtarzać
Proszę czytać ze zrozumieniem. W proteście przeciw w sumie bardzo łagodnej rekomendacji S[...]
O mnie
Bartłomiej Dzik
Z wykształcenia ekonomista. Badacz szeroko rozumianego hazardu. Miłośnik literatury, gier komputerowych, czekolady i paru innych rzeczy. Może kiedyś zostanie pisarzem :-)
Kategorie
Ogólne